Wyprawę do Maroka planowaliśmy od prawie pięciu lat. Oczywiście nie w sposób ciągły 😉 Pomysł po prostu pojawiał się i znikał na przestrzeni tego okresu i zawsze zabrakło “czegoś” do finalnej realizacji. I tak oto minionego października zarezerwowaliśmy z Karolem bilety lotnicze z Berlina do Marrakeszu. Pozostało kilka tematów organizacyjnych i popytanie wśród znajomych, czy jest ktoś chętny na szybki wypad w stylu alpejskim 😉 Plan zakładał cztery dni na całość: przylot z Polski, dwa dni akcji w górach i powrót do kraju. Ogólnie bardzo kompaktowo. Może i nie jest to wypad w Himalaje, ale jednak wszystko zostało postawione na jedną kartę. Coś się wysypie to nie ma opcji na jakiekolwiek ruchy. Ekipa zainteresowanych rozrastała się z dnia na dzień. Kolega Tomek ze sportujesie.pl wziął na swoje barki kwestię wyboru i dogrania szczegółów z agencją, która miała pomóc nam w dotarciu do celu. Warto tutaj nadmienić, że po wydarzeniach z grudnia 2018 roku, gdy zamordowano niedaleko wioski Imlil turystki ze Skandynawii, wprowadzono obowiązek posiadania przewodnika w drodze na Toubkal’a. Ustaliliśmy co mieliśmy ustalić, wykrystalizowała się też finalna ekipa na wyprawę. Łącznie zebrało się nas siedem osób. Niestety ze względów służbowych Karol musiał zrezygnować z wyjazdu 🙁 Mnie pozostało dopakować graty…
 
W sobotę 7 marca w godzinach porannych wyruszyłem z częścią ekipy na Berlin. Reszta grupy startowała z Wrocławia. Spotkanie na parkingu w Schonefeld przed południem, przejście na lotnisko i odprawa. Po wszystkim można było zrelaksować się przy piwku.
 
W Europie zaczynał szaleć już wtedy “wirus”, tak więc zachowaliśmy pewne środki ostrożności, jednak na samym lotnisku życie toczyło się całkowicie normalnie. Ludzi w maskach było dosłownie kilku i wydawało się, że nosili je bardziej w celu zrobienia jakiegoś klimatycznego selfiacza niż w celach ochrony zdrowia. Nam humory mocno dopisywały do czasu załadowania się na pokład samolotu.
 
Samolot sam w sobie był już opóźniony. Gdy siedzieliśmy już za zamkniętymi drzwiami okazało się, że zdecydowana większość lotów w Europie została dotknięta strajkiem francuskich kontrolerów ruchu lotniczego. Dla nas oznaczało to czekanie przed pasem startowym około 1,5 godziny na przyznanie slotu przez Eurocontrol.
 
W końcu kapitan przekazał nam radosną nowinę, doczłapaliśmy na początek pasa i ruszyliśmy w końcu w drogę do Afryki. Na szczęście okazało się, że przez wspomniane problemy będziemy mogli trochę przyspieszyć na trasie i lot nie potrwa zakładanych ponad czterech godzin, a trochę krócej. Wpadło trochę snu, ale poza tym raczej nudy z nogami pod brodą.
 
Rozrywki dały dopiero Alpy, które zaśnieżonymi szczytami pozdrawiały nas na trasie przelotu. W okolicy Marsylii odbiliśmy na zachód i polecieliśmy wzdłuż linii brzegowej Francji, a potem Hiszpanii. Gdzieś koło miasta Almeria zaczęliśmy przebijać się przez Morze Śródziemne, a dokładniej jego część, czyli Morze Alborańskie. Nad terytorium Maroka przyjęły nas w swą gościnę Góry Rif będące najdalej na północ wysuniętym pasmem łańcucha górskiego Atlas.
 
Przelecieliśmy nad miastem Fez i zaczęliśmy podejście do lądowania w Marrakeszu. Wszystko szło zgodnie z planem poza jedną kwestią… Spoglądając przed lądowaniem na Atlas Wysoki nie dostrzegłem zbytnio śniegu na szczytach.
 
Wyglądało na to, że nasz zimowa wyprawa nie będzie do końca zimowa, a sprzęt zimowy po prostu przeleci się po świecie 😉 Nie byłem zbytnio zadowolony z tego faktu, ale no nic takie życie. Po lądowaniu szybko przeszliśmy do hali przylotów gdzie rozpoczął się wielki cyrk z ankietami na temat przebytych chorób i odwiedzanych ostatnio miejsc. Zostały one wprowadzone w związku z “wirusem”. Na lotnisku przypadał jeden długopis na pięciuset pasażerów i spowodowało to trochę problemów. Potem już tylko jak w każdym kraju arabskim kilkukrotna kontrola dokumentów, masa pieczątek oraz spojrzeń panów z wąsami, by w końcu odebrać bagaże i wymienić walutę. Teraz już tylko kontrola przy wyjściu z hali przylotów i zostaliśmy przejęci przez naszego kierowcę Muhammada. Dla lepszego zrozumienia historii przyjmijmy, że był to Muhammad #1 😉
 
Ruszyliśmy przez jeszcze bijące żarem dnia i spalinami ulice Marrakeszu do naszego hotelu, który mieścił się blisko centrum otoczonej czerwonymi murami Medyny, czyli starego miasta.
 
Szybki wyskok na jednej z głównych ulic i ruszamy krętym korytarzem uliczek. Pierwsze wrażenie trochę dziwne, ale zaraz pośród gołych murów i zakratowanych okien wchodzimy do środka naszego hotelu Riad ViewPoint.
 
Pozostało nam wypełnić karty meldunkowe oraz skosztować herbaty Maghrebi, zwanej również w językach berberyjskich Atay, którą doskonale określa poniższy cytat:
“Pierwsza szklaneczka delikatna jak życie,
druga mocna jak miłość,
trzecia gorzka jak śmierć…”
 
Zjedliśmy też pyszną kolację przygotowaną przez Muhammada #2 i rozbiliśmy się w pokojach. Czasu na zwiedzanie przez spóźnienie samolotu i długi proces opuszczania lotniska niestety już nie było. Chociaż teraz pisząc te relację stwierdzam, że po prostu daliśmy dupy. Poszliśmy tylko do lokalnego sklepiku po wodę, a wyprawę na zwiedzanie odpuściliśmy. Można było się jednak zebrać i wyruszyć gdzieś na miasto, ale jednak zmęczenie podróżą zrobiło swoje. Inna kwestia to trochę ciężka część dzielnicy gdzie mieszkaliśmy, ale do tego klimatu chyba po prostu trzeba się przyzwyczaić…
 
Marrakesz jest miastem, które żyje jeszcze bardzo długo po zapadnięciu zmroku, ruch na naszej ulicy był naprawdę srogi, a stężenie spalin ledwo pozwalało oddychać. Serio… Byłem w tym mieście w 2015 roku, ale wtedy nie rzuciło mi się to w oczy. Tym razem było naprawdę fatalnie.
 
Po powrocie do pokoju trochę pogadaliśmy, przepakowaliśmy rzeczy i poszliśmy spać.
Rano wczesna pobudka i wyskok na miasto. Niestety o tych godzinach Marrakesz tak naprawdę zaczyna budzić się do życia. Wiele miejsc znanych z tłoku wieczorami jest zupełnie pustych. Handlarze dopiero zaczynają się rozstawiać w wąskich uliczkach. Klimatyczny/specyficzny (wybór określenia należy do Ciebie) plac Dżama al-Fna to po prostu pusty rynek z kilkoma sprzedawcami świeżych soków. Wieczorem wszystko tutaj kipi tańcząc w korowodzie świateł, kolorów, intensywnych zapachów jedzenia i przypraw oraz ogłuszającej muzyki, która niemalże wprowadza w trans. Inną kwestią jest to, że dzień odkrywa pewne “niedoskonałości” arabskich miast 😉 W nocy jest pięknie i klimatycznie w myśl zasady – “czego oczy nie widzą tego sercu nie żal”. Kończąc wątek my po prostu zrobiliśmy sobie spacer po lekko wymarłej okolicy.
 
Do hotelu wróciliśmy kilkanaście minut przed umówionym spotkaniem z Muhammedem #1, który miał zabrać nas w dalszą podróż, robiąc jeszcze szybkie zakupy w “naszym” lokalnym sklepiku.
 
O godzinie 10:00 ruszyliśmy na południe do oddalonej o niecałe 70 kilometrów wioski Imlil.
 
Początkowe kilometry to oczywiście sam Marrakesz i jego przedmieścia z szalonymi uczestnikami ruchu drogowego. Przyznać muszę, że pełen szacun za poruszanie się w tym chaosie. Jestem ciekaw ile osób ginie dziennie w Maroku w wypadkach drogowych, bo wydaje się, że tych osób jest wiele…
 
Po jakiejś godzinie jazdy wjeżdżamy w górzysty teren, droga mocno zwęża, a nawierzchnia robi się mocno dziurawa. Momentami w sumie to jej nie ma, ale ogólnie jedzie się bardzo przyjemnie. Przed samym Imlil jeszcze posterunek kontrolny żandarmerii i już jesteśmy na miejscu. Sama wioska to trochę takie arabskie Zakopane jednak w zdecydowanie mniejszej skali. Wszystko jednak żyje tutaj z turystyki. Na każdym kroku napotkasz człowieka chcącego coś Tobie sprzedać, pokazać, poprowadzić na wycieczkę. My jednak mieliśmy już wszystko załatwione. Po wypakowaniu z busa przejęli nas kolejni panowie o imionach Muhammad #3, Muhammad #4 oraz Muhammad #5 i zaprowadzili nas na drugie piętru swojego riad gdzie mieliśmy chwilę odpocząć, przepakować się i wypić herbatkę.
 
Zrobiliśmy co mieliśmy zrobić, rozliczyliśmy finalną kwotę za całość wypadu i zasiedliśmy z naszym przewodnikiem Muhammadem #6 do analizy mapy i poszczególnych punktów trasy naszej wyprawy. Nasz opiekun na pierwszy rzut oka mocno specyficzny, w typowo berberyjskim stroju. Przyznać muszę, że na początku zapachniało trochę cepeliadą jednak im dalej w las tym kolega zyskiwał co raz więcej naszego zaufania. Z ciekawostek okazało się, że był już na Toubkalu w swoim życiu jakieś pięćset razy. Nawet jeśli liczba ta jest trochę “podkręcona” na potrzeby turystyczne to i tak szacun 😀 Po niecałej godzinie to co nie było nam potrzebne na pierwszym etapie podróży zostało zapakowane na muły, a my z resztą bagaży (w sumie prawie wszystkim co mieliśmy 😉 ) ruszyliśmy w kierunku spoglądającego na nas z daleka Toubkala.
Początek trasy to marsz przez uliczki pełne ludzi i straganów, by po chwili zacząć podejście ścieżką przez park. Po drodze mija nas wiele wycieczek, przewodników z indywidualnymi klientami oraz mułów wiozących bagaże i towar dla schronisk. Ruszamy z poziomu 1800 metrów nad poziomem morza. Przed sobą mamy trochę ponad 11 – kilometrową trasę na wysokość 3200 metrów na poziomem morza.
 
Wychodzimy po około dwóch kilometrach na asfaltową drogę, która otacza wioskę znajdującą się w dolinie. Z przeciwległego zbocza wspomnianej doliny spotyka na nas jedna z 11 “wsi” jak to mówił nasz przewodnik tworzących Imlil.
 
Po około 30 minutach od rozpoczęcia wyprawy po lewej stronie mijamy berberyjską wioskę Aroumd będącą najwyżej położoną osadą w Dolinie Ait Mizane, która zwężając się prowadzi w kierunku Toubkala. Przeszliśmy jakimiś zakamarkami na szutrową drogę, aby po kilkuset metrach wyciągnąć paszporty po raz pierwszy na początkowym posterunku kontrolnym szlaku. Policjant wyglądał na mocno znudzonego, dodatkowo zastanawialiśmy się, czy sprzęt, który miał przed sobą jest w ogóle podłączony do prądu…
 
Chwilę to wszystko trwało, ale finalnie spisał co miał spisać i ruszyliśmy doliną wzdłuż rzeki Rheraya, a raczej tego co z niej zostało. Początkowo płasko i spokojnie, jednak po chwili droga zaczęła kluczyć po zboczach doliny łapiąc kolejne metry wysokości. Po pewnym czasie zrobiliśmy pierwszy postój przy samotnie stojącej chatce. Zaczęło się robić gorąco dlatego poza kawałkami pomarańczy serwowanymi przez przewodnika skusiliśmy się też na zakup świeżego soku wyciskanego z tych owoców przez Muhammada #7.
 
Same pomarańcze nie zrobiłyby furory jako owoce do zjedzenia, były raczej z tych przemysłowych, ale na przemiał do soku nadawały się idealnie. Relaksując się przy łykach pysznego, zimnego soczku dowiedzieliśmy się, że siedzimy dosłownie metr od miejsca gdzie zostały zamordowane wspomniane już wcześniej turystki ze Skandynawii. Ot taka ciekawostka podróżnicza… W teorii na szlaku, niezbyt daleko od wsi, ale gdybym był na wypadzie z kumplem to nie rozbiłbym tam namiotu… Tak czy siak stało się to co się stało i można teraz tworzyć wiele wersji i wariantów. Przewodnik wspomniał tylko, że osoby, które dopuściły się tego morderstwa pracowały przy remoncie jednej z chat u wylotu doliny. My w sumie nie dopytywaliśmy, lokalsi też nie byli zbytnio rozwięźli na ten temat więc po odpoczynku ruszyliśmy w dalszą podróż.
 
Dalsza droga nie była zbytnio wymagająca. Ot klepanie kolejnych kilometrów z raczej stałym wzniosem. Z minuty na minutę robiło się jednak co raz bardziej gorąco. Po około sześciu kilometrach dotarliśmy do zabudowań otaczających sanktuarium – grobowiec z okresu przed islamskiego o nazwie Sidi Chamharouch, co w wolnym tłumaczeniu znaczy Król Dżinów. Kaplica poświęcona jednemu z siedmiu dżinów będąca celem wędrówek znajduje się na wysokości 2350 metrów nad poziomem morza i jest wielkim głazem pomalowanym na biało. Na wypłaszczeniu za kaplicą znajduje się miejsce, gdzie rytualnie zabijane są zwierzęta podczas egzorcyzmów, w celu wsparcia leczenia chorób psychicznych, czy też po prostu w prośbie o szczęście i zdrowie lub pomoc przy rozwiązywaniu problemów. My jednak zajęliśmy się rzeczami trochę bardziej przyziemnymi, gdyż kilkadziesiąt metrów dalej na szlaku po kolejnym spisaniu paszportów przez wojsko czekał na nas posiłek regeneracyjny.
 
Po standardowej, wrzącej, słodkiej herbacie, która wbrew pozorom wspomaga organizm zdecydowanie bardziej podczas upałów niż zimne trunki, podano do stołu coś na uzupełnienie kalorii.
 
Była pyszna, pożywna zupka, od groma warzyw, ryba, mięso z tajine, makarony i oczywiście khobz, czyli marokański chleb służący lokalnej społeczności za sztućce 😉 Brzuszki były naprawdę zadowolone. Po posiłku dopasowaliśmy też naszą garderobę do dalszej drogi, bo zrobiło się naprawdę upalnie. Po prawie godzinnej przerwie zebraliśmy się do kupy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Do pokonania została nam ta bardziej wymagająca połowa trasy 😉 Szlak zaczął całkiem mocno piąć się w górę i zrobiło się wąsko. Co pewien czas mijały nas kolejne muły schodzące z góry, powodując momentami lekkie zatory. Nie było to jednak nic upierdliwego. Kolejna przerwa “aklimatyzacyjna” nastała dosyć szybko. Chodziło o to żeby trochę lekko pooddychać i napić się wody, co jest dosyć ważne przy zdobywaniu wysokości (nawet teoretycznie nie jakieś szalenie dużej).
 
Po chwili rozmowy zebraliśmy się w dalszą drogę. Następne 2 – 3 kilometry to sukcesywne, ale spokojne zdobywanie wysokości i walka z piekącym słońcem. Kolejnym miejsce postoju był trzeci już posterunek wojskowy gdzie spisano szczegółowo nasze paszporty, a my korzystając z okazji napiliśmy się z Thomasem zimnej coli.
 
Po wznowieniu marszu szlak się lekko wypłaszczył, a my weszliśmy do doliny, którą prawie na samym końcu zamykało naszej miejsce docelowe tego dnia, czyli schronisko Refuge Toubkal Les Mouflons. Trasa niby prosta i niezbyt długa, bo było to tylko niecałe trzy kilometry, ale ciągnęło się to wszystko całkiem długo. Powoli zaczęło wychodzić z części ekipy zmęczenie długim dniem i tempo raczej mocno spadło.
 
Zdecydowanym plusem tej części wycieczki było słońce kryjące się powoli za szczytami górującymi nad doliną. Można było już nawet poczuć zimny, lekki wiatr, który chłodził zmęczone mięśnie. W końcu po niecałych 5 godzinach 20 minutach zameldowaliśmy się pod drzwiami schroniska na wysokości 3207 m.n.p.m.
 
Warto tutaj nadmienić, że agencja, którą wybraliśmy zakwaterowała nas w “nowym” schronisku, prywatnym, które zostało wybudowane ciut ponad 20 lat temu. Co ciekawe zlokalizowane wyżej schronisko Toubkal Refuge zostało wybudowane w roku 1938. Po wojnie zostało przejęte przez Club Alpin Francais Casablanca, które to w roku 1999 przeprowadziło generalny remont tego miejsca. I tak oto “nowsze” schronisko, w którym spaliśmy jest uznawane przez ludzi za mniej komfortowe. Nam jednak nie sprawiało to kłopotu. Po chwili krzykliwej rozmowy naszego przewodnika z obsługą schroniska weszliśmy na piętro w kierunku pokoju. Pamiętać trzeba, że tubylcy rozmawiają bardzo żywiołowo, pierwsza nasza myśl była taka, że nie ma dla nas noclegu, a panowie po prostu dogrywali godzinę kolacji 😉 Sama sala była całkiem spora, wypełniona po obu stronach jednym wielkim piętrowym łóżkiem z przejściem pomiędzy. Miejsc po każdej ze stron było pewnie ze 20. Część naszej ekipy zajęła górne prycze, a większość skupiła się na dole. Po przeciwnej stronie spały dwie dziewczyny, jeśli dobrze pamiętam to z Francji, poznaliśmy je gdy skończyły wymiotować w ubikacji przez wysokościówkę 😉
 
Chwila odpoczynku, lekki przepak, przebranie rzeczy i już po zmroku zameldowaliśmy się na kolację. Jedzenia było w bród – dwa dania z dokładką, deser i woda dla każdego. Naprawdę brzuszki były zabezpieczone przed snem 😀 Po strawie wróciliśmy na piętro i dopakowaliśmy plecaki na jutrzejszy atak. Nasz przewodnik załatwił z obsługą, że możemy zostawić wszystko czego nie potrzebujemy w pokoju. Zasugerował oczywiście żeby nie zostawiać niczego cennego i wartościowego, czy też dokumentów, ale to akurat nic specyficznego w schroniskach górskich. Ludzie jak wiadomo bywają różni, na całym świecie… Każdy z nas na lepszy sen dostał od przewodnika śpiwór oraz gruby koc. Oczywiście można było się zastanawiać jaki przebieg mają te sprzęty i ile ciekawych ekosystemów zostało przez lata wytworzonych w ich zakamarkach, ale kogo by to w sumie interesowało 😛 O 21:30 rozpoczęła się cisza nocna i światła w budynku zgasły. Po chwili rozmowy każdy zabrał się za próbę zaśnięcia, z różnym skutkiem. Mimo braku innych objawów przebywania na ponad 3000 m.n.p.m. moje tętno na zegarku kręciło się między 110, a 120 uderzeń. Po godzinie wyciszania organizmu zeszło do okolicy 80 uderzeń, ale nadal było to dużo za dużo. Standardowo moje tętno spoczynkowe oscyluje w okolicy 42 – 45 uderzeń, nawet jeśli jestem po mocnym treningu to bardzo rzadko przekracza 50. W skroniach czułem jak serce przetacza krew. Problemy ze snem nastawiają mnie od razu negatywnie na psychice i to dodatkowo nakręcało sytuację. Gdzieś w okolicy północy do problemów dotarł również chrapiący Thomas. No tylko jeszcze tego brakowało… Około 01:00 do pokoju wszedł jakiś gościu machający latarką (na szczęście nie miał maczety…), po 02:00 wparował do nas przewodnik dziewczyn upewniający się, czy wszystko z nimi ok i czy mają ciepłe koce. Pobudka o 04:30 nie była zaskoczeniem gdyż długo przed odliczałem już minuty do alarmu. Wraz ze mną jeszcze kilka osób, które walczyły z bezsennością. Ubraliśmy się ciepło i zeszliśmy na śniadanie. Było całe mnóstwo chlebków z masłem i dżemem oraz kawa i herbata. Kalorii każdy z nas załadował po uszy 😉 Po posiłku mieliśmy kilka minut na zorganizowanie się w pokoju, a kilka minut po 05:00 rano czekaliśmy już na resztę ekipy troszkę powoli dołączającą do nas.
 
Nie ma co ukrywać, było zimno. Po poprzednim, upalnym dniu i spaniu jeden przy drugim na łóżkach, czuć było bardzo mocno panujący chłód. Termometr wskazywał -5 stopni Celsjusza.
W końcu utworzyliśmy szyk bojowy 😉 i przystąpiliśmy do ataku na najwyższy szczyt Afryki Północnej ruszając w kierunku wyższego schroniska. Zaraz za nim skręciliśmy w lewo i z niezbyt obszernego plateau ruszyliśmy stromą ścieżką pod górę. Od razu można było odczuć, że jesteśmy wyżej niż dzień wcześniej i organizm jednak czuje skutki wysokości. Każdy krok powodował na początku zadyszkę. Po pierwszych 20 minutach gdy nasza ekipa rozciągnęła się bardzo mocno zebraliśmy się do kupy i Muhammad wskoczył na czoło pochodu regulując tempo.
 
Ruszyliśmy dalej dosłownie krok za krokiem. Na początku nie mogłem tego ogarnąć, po prostu ślimaczyliśmy się pod górę. Zaczęło robić się zimniej przez mocniejszy z kroku na krok wiatr. Po odejściu na chwilę na stronę wróciłem na szlak i próbowałem szybkim krokiem dogonić resztę ekipy. Udało mi się, ale gdy dołączyłem do osoby zamykającej wydawałem dźwięki jak nieszczelny parowóz. Teraz udało mi się przekonać organizm, że po prostu musimy iść krok za krokiem dla dobra grupy. Bez tego większości z nas nie uda się wejść na szczyt. Przy kolejnym postoju założyłem puchówkę. W końcu przestałem marznąć i zaczęło się robić ciepło.
 
Kolejne kilkaset metrów w pionie i postój na herbatkę oraz coś na ząb. Ruszamy dalej… Im wyżej tym co raz częściej miejscami na szlaku zalegał zmarznięty śnieg i lód, trzeba uważać. Przed nami i za nami światła czołówek innych ekip malują niestworzone wzory na tle kruczo czarnych zakamarków nocy. Poza śniegiem i lodem czasem idziemy po wielkich głazach, by po chwili mozolnie piąć się pod górę czymś w rodzaju piargów. Nogi zapadają się wtedy i ciężko o utrzymanie tempa. Z minuty na minutę noc zaczyna ustępować. Na wschodniej części nieboskłonu robi się jaśniej. Po kolejnych kilkuset metrach, gdy przystajemy na moment, za naszymi plecami za szczytem Biguinnoussene, który tworzy łańcuch po przeciwnej stronie doliny żegna nas zachodzący księżyc.
 
 
Powoli suniemy dalej. Kolejne metry i kolejny postój na uzupełnienie kalorii oraz płynów. Robi się zdecydowanie zimniej.

 

Ruszamy w dalszą drogę, by po kilku minutach dotrzeć na przełęcz Tizi’n Toubkal położoną na wysokości 3940 m n.p.m. Jest już na tyle jasno, że nie potrzebujemy czołówek. Zaczyna mocno wiać, przewodnik informuje nas, że tydzień wcześniej wiał tu huraganowy wiatr i żadna grupa nie wyszła ze schronisk w kierunku szczytu.

 

Budzące się słońce rozpala pomarańczowymi promieniami zachodni wierzchołek Toubkala wznoszący się na 4030 m n.p.m. My odpoczywamy i dozbrajamy się w kolejne warstwy rzeczy. Temperatura nadal spada, jest już -10°C i robi się naprawdę nieprzyjemnie. Niektórzy mocno już przemarzli.

 

Ruszamy podejściem na północny – wschód. Jest zdecydowanie mniej stromo, ale nadal trzeba iść pod górę 😉 Po prawej stronie szlaku ciągnie się całkiem nieprzyjemnie wyglądająca przepaść, ale sam szlak nie jest zbytnio eksponowany. Trochę wyżej nad nad nami widać już wierzchołek.
 

Nasza grupa mocno się rozciąga.  Nie ma pojedynczej ścieżki, a kilka biegnących równolegle. Teren jest dosyć zdradliwy. Luźne, kamieniste podłoże lubi wyjechać spod butów. Musimy jeszcze skręcić w prawo i przed nami ostatnie kilkadziesiąt metrów do szczytu. Jeden krok, drugi, trzeci i po 3 godzinach 15 minutach od wyjściu ze schroniska i pokonaniu trochę ponad trzech kilometrów meldujemy się na szczycie Jebel Toubkal. Najwyższy szczyt Maroka, gór Atlas oraz Afryki Północnej jest nasz. Co ciekawe jest to dopiero dziewiętnasty co do wielkości szczyt Afryki… No, ale dla mnie jest to pierwszy czterotysięcznik i reszta statystyk się na razie nie liczy 😉
 

Słońce zaczyna rozgrzewać powietrze. Jest jeszcze zimno, ale chłód przynajmniej nie przeszywa już do szpiku kości. Widoki na górze są obłędne, niestety zdjęcia z telefonu nie oddadzą tego, co widziały oczy. Przed nami rozciąga się bezkresna przestrzeń pasma Atlasu Wysokiego. Na południe widok na Antyatlas i dalej aż po Saharę. Gdyby mocno wspiąć się na paluszki to wprawne oko może i dałoby radę dostrzec wody Oceanu Atlantyckiego… Potęga gór działa tutaj mocno na wyobraźnię. Te szczyty przeżyją nas, kolejne pokolenia i zapewne całą ludzkość… Czas na chwile zadumy nad sensem istnienia i życiem… Tylko ja, góry i cisza…

Dociera reszta ekipy. Po zrobieniu dobrych kilku fotek zabieramy się za schodzenie do schroniska. Nasz przewodnik daje nam wolną rękę, ale trzymamy się raczej w zasięgu wzroku. Zejście prowadzi szlakiem ciut bardziej na północ, bo nasza pierwotna droga kryje się przed słońcem w cieniu zachodniego wierzchołka i straszy momentami lodem oraz płatami śniegu. A nikt nie chce zjechać na tyłku kilometr w dół do doliny… Rzucając jeszcze okiem na północ przy zejściu z głównego wierzchołka widać drogę północną prowadząca na Toubkal. Jest dłuższa i bardziej wymagająca oraz prowadzi przez wschodni wierzchołek szczytu Tibherine. Na nim dostrzec można resztki samolotu Lockheed L-749 Constellation. No dobra… Bez lornetki dostrzec niczego raczej nie można, ale owszem szczątki są, a wspomniany samolot rozbił się tam w listopadzie 1969 roku lecąc z portugalskiego Faro na wyspę Sao Tome będącą wtedy jeszcze w rękach Republiki Portugalii. Finalną destynacją lotu była Republika Biafry, sporne terytorium, które odłączyło się od Nigerii i istniało do roku 1970. Wspomniany samolot miał przewozić broń i amunicję. Z ciekawostek historycznych dowódcą wojsk lotniczych Republiki Biafry w nigeryjskiej wojnie domowej , zwanej też wojną surowcową, był Jan Zumbach – podpułkownik Królewskich Sił Powietrznych, as myśliwski Polskich Sił Powietrznych na obczyźnie oraz pilot Dywizjonu 303 z czasów Drugiej Wojny Światowej.  

Zejście jest dosyć męczące. Nie dość, że strome to do tego bardzo sypkie. Grupa rozciągnęła się dosyć mocno, gdy szybkim krokiem pokonywaliśmy kolejne metry deniwelacji.

Po odpoczynku na szerokiej półce skalnej zaczęliśmy dalsze zejście, które przeszło z bardzo sypkiego na mocno kamieniste. Na kamieniach momentami trzeba było uważnie stawiać nogi. Głównie przez wilgoć, ale momentami można było też trafić na lód. Jeszcze tylko szybkie przejście pod lodospadem i w dole, przed nami, ukazały się schroniska.

Schodząc w ich kierunku wyszliśmy w końcu z cienia na palące promienie słońca. Nooo teraz zrobiło się znowu ciepło… Czekając na resztę ekipy strzeliliśmy sobie z kolegą Thomasem colę. Mhhhmmm, smakowała jak nigdy… Mając przed sobą marsz do Imlil dobrze nasmarowaliśmy się też kremem z filtrem.

 

Po chwili pojawiła się reszta ekipy. Wszyscy cali i zdrowi, chociaż niektórzy mocno zmęczeni ostatnimi wydarzeniami. Po zapakowaniu tego co potrzebne, zdaniu koców i śpiworów ruszyliśmy w drogę powrotną. Początkowo trasa była całkiem spoko, ale im dalej tym było zdecydowanie bardziej gorąco, a każdy kilometr ciągnął się w nieskończoność.

 
 
 
 
Jak na poniedziałek to mijaliśmy naprawdę sporo ludzi idących w stronę szczytu, a do tego wiele załadowanych dostawami dla schronisk mułów. W połowie trasy, na wysokości plus minus 2300 metrów zasiedliśmy ponownie do posiłku serwowanego przez przewodników w osadzie Sidi Chamharouch. Musieliśmy zdjąć też kilka warstw ubrań i ponownie przesmarować twarze blokadami. Temperatura w słońcu była zdecydowanie powyżej 40 stopni, mózg parował…

 

Kilka kilometrów dalej zeszliśmy w końcu do równiny zalewowej rozciągającej się przed Imlil, mijając po prawej wioskę Aroumd. Ostatnie kroki na szlaku i po prawie 18 kilometrach tułaczki jesteśmy w Imlil. Od porannego wyjścia ze schroniska minęło dokładnie dziesięć godzin. Spijamy herbatkę, rozmawiamy z organizatorami o wrażeniach z wyprawy i po szybkich zakupach wsiadamy do busa, który wiezie nas do Marrakeszu. Na rogatkach miasta zatrzymuje nas jedna z policji kontrolując dokumenty kierowcy i robiąc groźne miny. Podobno różne służby zatrzymują kierowców dosyć często poza miastem sprawdzając co tam w trawie piszczy. Dzięki uprzejmości kierowcy mamy też możliwość zrobienia zakupów w supersamie. Ceny alkoholu, a nawet piwa są w Maroku skandaliczne 😉 Pomijam już fakt, że nie jest tak łatwo kupić piwko w tym kraju z wiadomych względów. W hotelu jesteśmy późnym popołudniem. Taki wycieczkowy czas wolny. Każdy robi co mu się podoba. Godziny lecą bardzo szybko. Czas na sen i wczesną pobudkę. Rano transport na lotnisko, standardowe kilka kontroli i czekamy na lot.

Przy piwku czytamy co tam za wirusowe wiadomości płyną do nas z kraju. Panika już mocno rozkręcona w mediach. Trochę niepewności co to będzie z naszym powrotem. Samolot jednak pojawia się o czasie. Ładujemy się do niego uciekając przed palącym słońcem. Jest trochę wolnych miejsc, ale pustek nie ma. Maseczki ma może z kilka osób.

 

 

Szybki start i przy nawrocie żegnamy się prez okna samolotu z Marrakeszem. Po czterech godzinach lotu meldujemy się na berlińskim lotnisku w strugach deszczu. Odbiór bagaży idzie całkiem sprawnie. Thomas szybko udaje się na autobus do Wrocławia, a my wsiadamy w auto i kierujemy się ku granicy. Tam już kontrole, badanie temperatury i inne oświadczenia – na szczęście dotyczy to tylko busów i autokarów.
My osobówką przelatujemy bez problemu. Po pewnym czasie Thomas daje znać, że przeszedł kontrolę autobusu i leci już A4 w stronę domu. My w domu meldujemy się w godzinach wieczornych. Tak kończy się cała wyprawa jak i jeden z ostatnich, normalnych dni w dobie zbliżającej się pandemii. Reszta to już historia… Gdy w końcu kończę pisanie tego posta od powrotu z Marrakeszu mijają 222 dni, a sytuacja jest bardzo daleka od normalności…
Oby jeszcze kiedyś udało się nam swobodnie poruszać po świecie… Nie dajmy się zwariować…

 

 
Jebel Toubkal i 4K po raz pierwszy…