Dziwne czasy ostatnio. Niepewność goni niepewność. Dlatego nie ma co za dużo siedzieć i myśleć, a trzeba działać. I tak dobre już kilka miesięcy temu z grupką znajomych stwierdziliśmy, że w październiku wybierzemy się na Podlasie na zawody biegowe Bison Ultra – Trail, które w ofercie miały trasy 16, 35, 50 oraz 100 kilometrów. Karol wybrał 16-tkę, chłopaki po 35, a mnie po namyśle przypadła 50-tka. Postawiłem więc na doświadczenie, a nie wiek 😉 Najdłuższy dystans przez chwilę chodził mi po głowie, ale jednak się na niego nie zdecydowałem. I całe szczęście!

Lato minęło, dni zrobiły się krótsze. W końcu przyszedł koniec września i nastał październik. I nagle na jakieś 24 godziny przed startem okazało się, że kolega wirus mocno działa na Podlasiu i powiat białostocki w dzień startu od północy zostanie wskazany jako czerwony. Zamieszanie na FB, miliony postów ze strony znawców tematu i orędowników prawdy – serdecznie współczułem wtedy organizatorom, którzy na bank mieli zylion telefonów. Dodatkowo przy odprawie online pytania, które były zadawane na oficjalnym profilu przez niektórych ludzi sprowadziły mnie do zadumy nad tym, czy ludziom w tych czasach pozjadało mózgi…? Wygrało bezapelacyjnie pytanie o to, czy na trasie będą dzikie zwierzęta… Ostatecznie mimo obaw ludu, okazało się, że organizator nie wystawia żadnych dzikich zwierząt na trasę, a co ważniejsze mimo obostrzeń wirusowych bieg się odbędzie. 2 x uffff…. Niestety okazało się też, że kolega Karol nie będzie mógł się z nami wybrać.

Pakowanie, koniec pracy i w piątkowe popołudnie lecieliśmy już Najdroższą Autostradą Galaktyki w kierunku Warszawy.

 

Na miejscu trochę korków, potem wypadek na S8 do Białegostoku i w końcu zameldowaliśmy się w Supraślu trochę po 21:00. Wyskok do biura zawodów i odbiór pakietów ze sprawdzaniem wymaganego ekwipunku.

 

Wszystko sprawnie i z zachowaniem wszelkich norm nakazanych przez miłościwie nam panujących. Transfer na nocleg w Domu Pielgrzyma położonym w centrum Supraśla, w budynkach Monasteru Supraskiego (warto poczytać o historii tego miejsca…) i przygotowanie do porannego startu.

 

Pakowanie plecaka przyszło mi tym razem jakoś wyjątkowo trudno… Czy brać te żelki, czy tamte? A co z żelami? A magnez? Ile płynów? Tylko wymagane minimum, czy więcej? A może cola? A kurtka taka, czy sraka? A czapka? Problemy nowoczesnego świata… Wszystko przez to, że Supraśl to nie Tatry, czy Karkonosze i w teorii mało rzeczy jest Cię w stanie zaskoczyć na trasie. W górach wiesz, że może Cię spotkać wszystko i na te ewentualność warto się przygotować… Dodatkowo czas, który zejdzie na pokonanie trasy powinien być zdecydowanie krótszy niż taki kilometraż gdzieś na grani. Tak więc po co mi taki ciężki plecak z bukłakiem??? Z tą myślą udałem się spać, ale przez ból mięśni czworogłowych (tu kłania się po raz pierwszy canicross…) i mój syndrom niespokojnych nóg zasnąłem gdzieś dopiero koło 01:30.

 

Budzik o 06:00 nie był najcudowniejszą melodią dla ucha, ale trzeba się było zebrać. Wstawanie szło mozolnie, zwłaszcza że pozostała część ekipy gniła jeszcze w wyrach przez późniejszą godzinę startu. W końcu jednak doprowadziłem się do porządku i wraz ze wschodem słońca ruszyłem na start zlokalizowany kilometr od naszego noclegu. W nocy popadało, a poranek przywitał nas mocnym wiatrem. Pani Chmurka kilka dni przed startem mówiła, że będzie ładnie, ale kłamała. Przy wyjściu z budynku napatoczyłem się na dwójkę biegaczy z Bydzi, którzy też maszerowali na start. Na miejscu dezynfekcja, maseczki, odstępy i wszystko tak jak powinno.

 

Foto: Bison Ultra – Trail

Start mojej fali zaplanowany był na 07:00 i równo z kukułką tak też się stało – ruszyliśmy w regulaminowych odstępach na trasę. Przede mną dystans 50 kilometrów i trochę ponad 600 metrów przewyższeń i właśnie te przewyższenia mnie mocno zastanawiały. Czy to efekt skali na mapie, czy tereny w okolicy są tak pofałdowane…? Wiadomo nie jesteśmy w górach, ale nie trzeba być w górach żeby znaleźć górki 😉

 

Pierwszy mostek i bieg wzdłuż rzeki Supraśl po czym odbijamy w Puszczę Knyszyńską. Zaczyna też padać. Deszcz z większym lub mniejszym natężeniem będzie nam towarzyszył aż do ostatnich kilometrów biegu. Jest przyjemnie chłodno, ale nie zimno. Przynajmniej na początku… Już na trzecim kilometrze czuję zapieczone łydki i bolące czworogłowe. Jednak trening canicrossowy z Darkiem i jego psami na dwa dni przed startem nie był najlepszą opcją… Przez chwilę myślę nawet o tym, czy nie zejść z trasy na pierwszym punkcie kontrolnym, ale wstrzymuję się z decyzją, zobaczymy, jak to będzie.

 

Do miejscowości Królowy Most ze startu miałem około 15 kilometrów. Nie było na tym odcinku nic spektakularnego, czy też technicznego co po pewnym czasie zaczęło mnie męczyć. Ot takie 15 km klepki po szutrach i piaskach. Taki typowo „biegowy” bieg, gdzie nie ma ostrych podejść, czy innych przeszkód. Podbiegi, jeśli były to takie max kilka procent z kategorii „Nie wypada tego nie biec mimo, że się nie chce”… Strasznie takich nie lubię 😉 Stawka zaczyna się rozciągać. Przyspieszam, żeby urwać większą grupę zawodników, której członkowie co chwila wyliczają jakim tempem biegniemy. Oj to nie na moją głowę, ma być cicho i spokojnie. W końcu znajduję swoje tempo i po prostu biegnę. Nie napiszę tutaj nic spektakularnego. Ot las, potem kawałek asfaltu. Ooooo kawałek szlaku Green Velo, byłem tutaj rowerem jadąc wschodnią granicą Polski. I znowu las plus więcej deszczu. Kawałek łąki i przez mostek na rzece Płoska wbiegam do miejscowości Królowy Most znanej z serii „U Pana Boga…”. Boga nie spotkałem za to przebiegłem koło bufetu i przez punkt pomiaru czasu kierując się w dalszą drogę. Nie było sensu zatrzymywać się na tym punkcie, skoro mam ze sobą pełno wszystkiego. Warto tutaj wspomnieć, że na ten punkt właśnie zostaną za chwilę dowiezieni zawodnicy z dystansu 35km, w tym ekipa ode mnie. Królowy Most jest dla nich miejscem startu. Mam nadzieję, że mnie nie dogonią 😉

Czas na drugą część trasy, która zaczynała się bardzo ciekawie wyglądającym na mapie podbiegiem. Niecałe sto metrów w górę na kilometrze, o(!) w końcu coś się będzie działo. Przebiegam przez asfalt obstawiony przez Straż Graniczną i szerokim szutrem zaczynam podbieg mijając po prawej stary cmentarz prawosławny. Warto wspomnieć, że w miejscu tym znajduje się zbiorowa mogiła 37 mieszkańców wsi Popówka, w tym 16 dzieci, rozstrzelanych przez wojska niemieckie w lipcu 1943 roku. Pacyfikacja wsi była karą za wspieranie lokalnego oddziału sowieckiej partyzantki pod dowództwem Dymitra Nowikowa ps. „Miszka”, które wyszło na jaw wiosną 1943 roku, gdy białostockie Gestapo zdołało wprowadzić do oddziału swojego agenta, Eugeniusza Biwojno. Najmłodsza ofiara mordu liczyła rok, a najstarsza 60 lat…

Szutrowa droga pnie się powoli w górę. Po niecałym kilometrze od asfaltu odbija mocno w lewo. Kolejne sto metrów to całkiem ostre podejście wąską dróżką wydeptaną między krzakami na Górę Św. Anny. W końcu zaczyna się robić ciekawiej.

Fot. Fototeka.eu Tomasz Król

Jakieś wąwozy, ładne widoczki. Na górze mijam mogiłę powstańców styczniowych i biegnę czymś w rodzaju grzbietu mijając drewnianą wieżę widokową górująca nad okolicą. Szybki zbieg i raczej płaski odcinek około pięciu kilometrów do wsi Nowosiółki. Tam trochę asfaltu w asyście Straży Granicznej i kręcimy w lewo na szeroką szutrową drogę dobiegając po niecałym kilometrze na drugi punkt kontrolny i bufet. Tutaj staję na chwilę uzupełniając węgle i popijając ciepłą herbatę nalewaną przez wolontariuszy. Jest zimno. Przemoczone deszczem rzeczy kleją się do ciała, a wszystko to owiewa mocny, ziny wiatr.

Dziękuję za gościnę i odbijam w lewo ruszając w dalszą drogę. Po chwili mostek na rzece Słoja i kręcimy w prawo przez kolonię o dumnie brzmiącej nazwie Kondycja. Tak, dobra kondycja to podstawa 😉 Kilka długich prostych i lekki podbieg do wsi Borki. Trasa znowu płaska jak stół i tak kolejne ponad pięć kilometrów, gdzie dobiegam do sołectwa Łaźnie. 11 października 1943 r hitlerowcy dokonali tutaj pacyfikacji mordując 55 osób. Ofiary tej tragedii upamiętnia wysoki prawosławny krzyż stojący we wsi. Mimo mrocznych kart historii osada ta ma też inny wart wspomnienia fakt.

Fot. Jan Nyka – fotografia

W 2014 we wsi wybudowano drewnianą, prawosławną cerkiew pod wezwaniem św. Łukasza Biskupa Krymu. Jest to jedyna w Polsce cerkiew poświęcona św. wyznawcy Łukaszowi Wojno-Jasienieckiemu, arcybiskupowi Symferopola i Krymu uważanemu przez wielu za patrona lekarzy.

Ruszam dalej kręcąc w lewo i po chwili w prawo przebiegając przez mostek na rzece Sokołda. To 36 kilometr trasy, mimo ładnych widoków dopada mnie lekkie zmęczenie, muszę zrobić kilkaset metrów spacerkiem. Podjadam żel, popijam wodą, wrzucam też magnezowego shot’a. Spotykam też chłopaka, któremu padł Garmin. Krótka rozmowa, motywacja do dalszej pracy i lecimy dalej. Kolega zostaje po jakimś czasie trochę z tyłu przechodząc znowu do marszu, gdyż odczuwa mocny ból ud. Biegnę przez malowniczą wieś Surażkowo kierując się na zachód na Konne.

 

Po kilku kilometrach docieram na ostatni punkt kontrolny i bufet. Miejsce jak wiele na Podlasiu przesiąknięte historią. Tu właśnie na gałęzi wielkiego dębu powieszonych zostało przez wojsko carskie trzech powstańców, którzy schronili się w okolicznych domach na nocleg. Mogiła “miatieżników” znajduje się również w tym miejscu. Dostaję od wolontariuszy kubek coli i garść winogron, czytam informację na temat wydarzeń, które miały tutaj miejsce ponad 150 lat temu…

Czas jednak ruszać dalej, deszcz już tylko w sumie lekko kropi, ale jest mi mocno zimno. Nie ma co tracić ciepłoty organizmu. Kolejne ponad dwa kilometry to znany mi dobrze obraz szerokiej, szutrowej drogi. Jednak na końcu tego odcinka stoi młoda wolontariuszka kierująca biegaczy w lewo na ostre podejście, zaczynamy zabawę w rezerwacie przyrody Krzemienne Góry.

Fot. Internet

Jest fajnie 😉, całkiem stromo i nie jest to jedna górka jak na początku trasy, a dosyć interwałowy teren z kilkoma podbiegami i ostrymi zbiegami wału kemowego ciągnącego się przez okolicę.

 

Jest nawet traska zjazdowa dla rowerów… Można się zmęczyć to na pewno, ale jest przy tym kupa zabawy. Takich czasoumilaczy spodziewałem się na całej trasie, no ale… Po trochę ponad trzech kilometrach zabawy wszystko wraca do normy i po ostatnim zbiegu jesteśmy znowu na płaskim. Kilkaset metrów ulicą Podleśną i w prawo przez podmokłe łąki do kładki nad rzeką Supraśl. Podnoszę wzrok i widzę w oddali górujący nad miastem monastyr. Na zegarku do końca trasy niecałe trzy kilometry, a klasztor wydaje się oddalony o jakieś 895 kilometrów 😉 Te wspomniane, ostatnie trzy kilometry to chyba najtrudniejszy moment biegu. Zbieram się w sobie zamykając głowę przed złymi myślami i bodźcami ze zmęczonych nóg. Mijam jednego z idących zawodników mobilizując do biegu, ale po chwili znowu biegnę sam. Jedna prosta, druga prosta, przebiegam koło mostku, którym rano wbiegałem na trasę. Ostatnie kilkaset metrów. Dorzucam jeszcze do pieca i w końcu jestem na mecie, gdzie wolontariusze wręczają mi pakiet finishera z medalem.

 

Medal bardzo ładny, ale puszka piwa Żubr w tym momencie zdecydowanie ładniejsza 😉

 

Mimo, że od pewnego czasu walczę z wagą i nie spożywam produktów dolnej i górnej fermentacji to tym razem mi się należy! Pojedynczy Żubr nie ma ze mną szans 😛 Cytując jedną z reklam KP – „Żubr ratuje życie!” Co prawda w reklamie chodziło bardziej o zagrożone gatunki zwierząt, ale no tutaj też było jakieś zagrożenie 😉

Całkiem fest wieje, ale zrobiło się naprawdę przyjemnie, gdy słońce wyszło zza chmur. Po żuberku zarzucam jednak kurteczkę, bo mokre rzeczy bardzo szybko oddają ciepłotę ciała. Ruszam na nocleg żeby wziąć prysznic i się przebrać. Na miejscu szybki ogar i chwila odpoczynku. Dzwoni jednak reszta ekipy, która też skończyła zmagania z dystansem 35 kilometrów. Zabieram żetony na jedzenie, które dostaliśmy od organizatora i ruszam w okolice biura zawodów, gdzie siadamy w knajpie na jedzeniu.

 

Wybieramy jakieś lokalne przysmaki i czas uzupełnić stracone kalorie. Wracamy na nocleg żeby chłopacy mogli doprowadzić się do porządku i po kilku godzinach ponownie ruszamy „w miasto”. Jedzenie pyszne, ale chmary komarów szturmujących nas na każdym kroku psują trochę zabawę. Czas uciekać do domu, chociaż znajdujemy jeszcze moment na szybki izotonik nad rzeką. Potem noc, sen, budzik, pakowanie i uciekamy dalej, tym razem już w stronę domu.

 

I tym oto sposobem moja przygoda z Bison Ultra – Trail dobieg końca. Z perspektywy czasu cieszę się, że nie zapisałem sie na najdłuższy dystans. Dlaczego? Bo trasa była baaaardzo biegowa. Poza kilkoma miejscami nie było gdzie “odpocząć” na ostrych podejściach. W obecnej formie raczej nie dałbym rady szybko przebierać nóżkami przez sto kilometrów… Na podziwianie okolicy nie było niestety zbytnio czasu, ale Podlasie to naprawdę piękna i magiczna kraina.

Wynik sam w sobie muszę uznać za całkiem satysfakcjonujący w mojej obecnej sytuacji. Gdy planowałem bieg przyjąłem limit sześciu godzin jako powiedzmy optymalny czas ukończenia tych zawodów. Wersja pesymistyczna to oczywiście wszystko co powyżej, a opcja optymistyczna zakładała urwanie z tego czasu 30 minut. Finalnie udało się te założenia ciut poprawić i zrobić czas 05:21:09 z miejscem #86 OPEN na niecałe trzy stówki startujących.

Na koniec podziękowania dla ekipy wyjazdowej za bardzo udany wypad, a dla organizatorów Bison Ultra – Trail gratulacje i ukłony za super zawody z wzorową organizacją w tych ciężkich czasach!

 

Bison Ultra – Trail, bo żubr występuje w puszczy!