Legendarni zbójnicy i współczesny gapa czyli zacznijmy od początku…

Za oceanem mają Zorro, synowie Albionu mają Robin Hood’a, Węgrzy swojego Ondraszka. My i Słowacy mamy Janosika. Wszystkich tych rzezimieszków łączy jedno – walczyli o dobro lokalnych społeczności oddając biednym to co zabrali bogatym (tym złym wiadomo). I ja chciałem zostać częścią tej zbójnickiej legendy zapisując się na Zimowego Janosika. Wyszło jednak trochę inaczej niż niosą przekazywane z pokolenia na pokolenia przypowieści. Nie dość, że niczego nikomu nie dałem to co gorsza zapomniałem zabrać. O tym jednak za chwilę… Na bieg ten trafiłem szukając zastępstwa za mocno rozreklamowany i geograficznie mi bliższy Zimowy Ultramaraton Karkonoski, który rozpalił moją ochotę na dłuższy bieg w zimowej scenerii. Regulamin ZUKu nie przewiduje jednak udziału w nim takich żółtodziobów jak ja tak więc zmuszony byłem zrezygnować w związku z brakiem odpowiedniej liczby punktów ITRA.

Przygotowania, zimowe odliczanie i ruszamy do Szczawnicy…

Zapisałem się już w listopadzie na najdłuższą wersję biegu o wdzięcznej nazwie „Będziesz Kwicoł”, która miała mnie sprawdzić na dystansie ponad 45 kilometrów. Tygodnie mijały i wszystko szło zgodnie z planem. Podczas pobytu w Tatrach w styczniu nabawiłem się jednak kontuzji Achillesa. Kilka tygodni przed samym startem sprawdziłem się na 5 – kilometrowym biegu z serii City Trail nad poznańską Rusałką gdzie wróciłem do domu mocno utykając na lewą nogę. Pozostały czas poświęciłem na pracę nad tym żeby zaleczyć kontuzję przez co zbyt dużo nie biegałem. Jakby tego było mało na dzień przed wyjazdem złapałem od churchlających koleżanek w pracy jakieś przeziębienie. Byłem więc przeszczęśliwy jadąc na południe Polski z bolącym gardłem… W związku z tym, że jechałem z rodziną, za bazę wypadową obraliśmy Szczawnicę. Dotarliśmy do niej w piątek po południu. Wiadomo relaks, zwiedzanie, rozruch i te sprawy oraz ładowanie lekarstw w związku z nasilającymi się objawami choroby. W sobotę rano byłem już w pełni kaszlący z bolącym gardłem. Pojawiło się odwieczne pytanie – biec czy nie biec… Po godzinie 15:00 stawiłem się w biurze zawodów po odbiór pakietów. Znajdowało się ono w restauracji Turbinka mieszczącej się na koronie zapory w Niedzicy.

Szybki odbiór pakietu gdzie wzbudziłem zdumienie organizatorów wymieniając bluzę z pakietu na czapkę. Wszystko bardzo szybko i sprawnie. Dostałem też trzy opaski uprawniające osoby towarzyszące do wstępu na teren zapory podczas biegu.  Mimo tego, że zima w tym roku mocno dopisała to na kilka dni przed wyjazdem nad Polskę nadciągnęła odwilż. Śnieg w większości kraju się roztopił a jego skrawki zostały w rejonach górskich. Widok rozpościerający się po  okolicy pokazywał jasno, że i tu w Niedzicy wiosna zawitała na dobre. Termometr to tylko potwierdzał pokazując ponad 10 stopni Celsjusza.

Nie wszystko jednak stracone! Zacienione rejony okolicy oraz zbocza o wystawie północnej pokrywał bialuteńki śnieg. Na dodatek całe Jezioro Czorsztyńskie przykryte było grubą białą taflą po której maszerowało wiele ludzi. Spacer po okolicy pozwolił napawać się nadzieją, że w wyższych partiach biegu śniegu nie zabraknie.

Wszystko załatwione tak więc można było wracać do hotelu. Po drodze wpadliśmy jeszcze naładować się przed biegiem jonami w Pijalni Wód Mineralnych w Szczawnicy. Mieszanka wody Jan oraz Magdalena miała postawić nas na nogi i pomóc mi w nadchodzącym biegu. Na dodatek gdyby ktoś chciał zabrać swoją drugą połowę na randkę a nie ma na przykład zbytnio kasy bo rowery w serwisie przed sezonem to jest to doskonały wybór. Kubeczek wody ze słomką kosztuje jakieś 1,80 PLN 😀

Po powrocie na nocleg załadowałem jakieś tam węgle wrzucone na ruszt i ponowna kuracja lekowa. Najgorsze było to, że czułem się strasznie osłabiony. Nie napawało to optymizmem…

Jestem turbo łosiem, zdradliwa trasa i przepiękne widoki…

Na kilka godzin przed snem zrobiłem ostatni przegląd sprzętu. Plecak, żele, bidony, opaski kompresyjne, folia NRC – są! Z piętnastu par skarpetek wybrałem te jedyne, z kilku par rękawiczek przygotowałem te najlepsze na panujące obecnie warunku. Z kilku zabranych czapek wybrałem ulubioną. Z kilku par spodni… Moment moment… Gdzie są spodnie??? W milisekundę poczułem jak krople potu spływają mi po plecach… Przez moment myślałem, że eksploduję, po chwili byłem bliski załamania. Spodnie zostały w domu 600 kilometrów od hotelu. Szybki telefon do Tomka ze sportujesie.pl. Spodni długich nie ma, ale powinien mieć krótkie. Jest jeszcze opcja organizator i stoisko z rzeczami biegowymi w biurze zawodów. Z pomocą przychodzi też moja małżonka, która poleca sprawdzić jak będą mi leżały jej legginsy w rozmiarze S. W akcie desperacji zaciągam je do pępka – na stanie w miejscu będą ok, ale co podczas biegu? Nie ma co nad tym myśleć – rano na bank ogarnę coś u orga, Gdy obudziłem się o 05:00 rano w niedzielę byłem już na tyle chory, że nie miałem ochoty na nic a na pewno nie na bieg. Szybko przemyślałem temat i smarkając zwlekłem się w łóżka. Około 6:30 byłem pod biurem zawodów i tutaj straszne wieści. Na stoisku z rzeczami są jakieś spodnie, ale raczej krótkie i damskie. Zostawiam więc tylko depozyt i biegnę do auta po legginsy żony. Szybki zaciąg do pozycji zaczepnej i jedziemy na spotkanie z Tomkiem pod zamek. Tam dostaję od niego krótkie spodenki, które zamierzam założyć na górę i jakoś to będzie… Spodenki Tomka kończą swoje życie między moim lewym jajkiem i prawym udem rozpadając się na dwie części. Bomba! Lepiej być nie może. Zostaję więc w pożyczonych legginsach małżonki patrząc się na nią błagalnym wzrokiem w poszukiwaniu odpowiedzi co mam robić. Jako, że jest ona chyba największym estetą odnośnie ubioru jakiego znam zadaję jedno, bardzo ważne pytanie – „Jak wyglądam…?” W odpowiedzi pada – „Może być, znikniesz w tłumie…” To mi wystarczy 🙂 Lecę na start. Zdaję sobie sprawę, że większość oczu na dziedzińcu przed zamkiem kieruje się właśnie na mnie. Po 5 sekundach mam już to głęboko w tyłku. Przyjechałem tutaj tyle kilometrów, chory, bez spodni – nikt mi już tego biegu nie zabierze 😀 Jeszcze trochę śmiechu z ekipą przy pozowaniu do zdjęcia i można się skupić na starcie.

Organizator przeprowadził szczegółową odprawę jednak przez całe zamieszanie ze spodniami dotarło do mnie tylko „…do góry, lód, śnieg, błoto, lód, uwaga, lód, raz jeszcze uwaga, meta…” Gdy rozbrzmiewa sygnał startu przez sekundę myślę jeszcze o całej sytuacji i z uśmiechem na ustach ruszam pod górę. Wbijam sobie również ponownie do głowy założenia na ten bieg – ma być spokojnie, równo, bez szaleństw i nastawiania się na wynik, najlepiej w jak najniższych strefach – to ustaliłem z trenerem i mam się tego trzymać. W końcu bieganie jest tylko dodatkiem dla mnie na ten moment. Pierwsze 3 kilometry to asfaltowy podbieg z różnicą poziomów niecałe 200 metrów. Na górze chwilę biegniemy w lesie po czym znowu na otwartej przestrzeni. Jest diabelnie ślisko, temperatura w nocy spadła poniżej 0 stopni i nawierzchnie trochę ścięło. Na szczęście posypało lekko świeżym śniegiem, który pomaga czasem złapać kontrolę na zlodowaciałym podłożu. Od samego początku widać jednak, że biegnący w kolcach czy raczkach będą mieli przewagę na tej trasie. Przynajmniej psychologiczną. Gdy meldujemy się na Cisówce przed nami rozpościera się przepiękny widok na Tatry.

Trochę w doł i trochę w górę po czym wbiegamy na łąki prowadzące w kierunku miejscowości Dursztyn. Wbiegamy do wsi gdzie w jakimś budynku mieści się punkt kontrolny i bufet. Szybkie nawodnienie, trochę suszonych daktyli i można lecieć dalej. Podbieg na łąki po kopnym śniegu i biegniemy w kierunku wsi Łapsze Wyżne. Biegnę równo i nawet całkiem sprawnie upajając się przepięknym widokiem na okolicę.

Mija kolejne kilka kilometrów i zbiegam do miejscowości Trybsz gdzie na około 19 kilometrze mieści się kolejny PK i bufet. Jest mnóstwo jedzenia i picia, są nawet potrawy na ciepło. Wiem, że jak zjem to puszczę pawia bo męczący odcinek przed nami. Spotykam też kolegę z liceum, który chyba niezbyt mnie pamięta kiwając tylko głową, że pamięta, ale jego oczy zdają się mówić co innego. Chociaż w sumie gdybym kiedyś na ultra spotkał zarośniętego gościa o wzroście 2 metrów w półprzezroczystych, przymałych legginsach damskich uśmiechającego się do mnie i mówiącego, że mnie zna pewnie też bym tylko kiwał głową żeby już sobie ode mnie poszedł 😉 Teraz kilkadziesiąt metrów asfaltu i pniemy się pod górę. Przed nami Wierchowina i Pawlikowski Wierch. Momentami jest bardzo mocno pod górę. Przeplatanka – czasem ślisko, czasem kopny śnieg. Miejscami jest też błoto po kolana. W okolicach Pawlikowskiego Wierchu skupiam się na zlodowaciałym zbiegu i nie zauważam zmiany kierunku trasy. Zatrzymuję się po chwili bo coś tu nie gra. Za mną cała zgraja biegaczy. Szybki sprawdzanie map i GPXów. W końcu ktoś mówi, że musimy wrócić pod górę. Tam odnajdujemy trasę. Kierujemy się na wieś Grocholowie a potem na Łapszankę.

Widok na Tatry zapiera dech w piersiach. Słychać latający nad nimi helikopter. Ten dźwięk budzi we mnie zawsze niepokój. Na płaskim odcinku stopa wpada mi w śnieg i mocny ból przeszywa moją lewą nogę. Tylko nie to… Tylko nie Achilles znowu… Na początku nie czuję go jednak zbytnio. Ból zaczyna jednak narastać. Przed 30 kilometrem znajduje się kolejny bufet. Dobiegam do niego utykając.

Na bufecie chwytam tylko szybko drożdżówkę zagryzając ją bananem i dwa kubki picia. Nie chce stawać na dłużej bo mam wrażenie, że mogę już nie ruszyć. Zbiegamy do wsi i zaczynamy podbieg na najwyższy punkt trasy, szczyt Hołowiec (Kopylec) znajdujący się na poziomie 1035 metrów nad poziomem morza. Kolejne 6 kilometrów to zbieg po dosyć przyjaznym dla nóg terenie czyli mieszance traw z czasami występującym błotem. Czasami biegniemy jednak duktami, które z pozoru wyglądają na błotniste, bez śniegu a czyha w nich ogromne niebezpieczeństwo. Błoto jest zmarznięte i śliskie jak żywy lód, czasami ciężko utrzymać się na nogach. Pewne odcinki muszę iść krok za krokiem trzymając się gałęzi.

W końcu zaliczam małe przyłożenie. Pierwsza myśl – a jak te moje spodenki pękły mi na tyłku to jak ja teraz dobiegnę do mety? Na szczęście są całe 🙂 W miejscowości Łapsze Niżne znajduje się ostatni punkt kontrolny z bufetem. Szamam na szybko jakąś zupkę, popijam colą i izo. Chwytam też banana i żel przewidziany dla uczestników. Super połączenie dla żołądka 😉 Uśmiech wywołuje u mnie kartka z napisem, że żele przewidziane są po jednym na zawodnika. Śmieję się dlatego bo doskonale przypominam sobie moje pierwsze utra z Radkowa we wrześniu ubiegłego roku gdzie żele były dostępne w dużych ilościach na bufetach i ludzie brali garściami, prawie kartonami… Zupełny brak kultury… Wybiegam z bufetu, biegnie mi się bardzo ciężko. Czytam informację jaka wisi na każdym z mijanych PK. Doskonale widoczna grafika pokazująca ile zostało do mety, z jakimi przewyższeniami i profilem trasy. Do mety dyszka… Eeee jakoś to będzie. Podbiegamy koło cmentarza i wpadamy znowu na łąki biegnąc w kierunku Przełęczy Przesła.

  Zostawiamy Tatry za sobą. Podbiegi zaczynają mi się już dłużyć, ale im bliżej mety tym czuję się lepiej na duchu. Tylko Achilles systematycznie z kilometra na kilometr odzywa się mocniej i mocniej. Gdy wpadam do wsi Niedzica – Zamek wiem, że został mi już tylko kawałek. Ostanie kilka kilometrów to ciągły zbieg – po pewnym czasie zwalniam żeby nie obciążać nóg. Te kilka minut różnicy nie zmieni zbyt wiele. Teraz już tylko kilka instrukcji od obsługi z megafonem i kieruję się na tamę. Przebiegam przez nią, w dole meta. Jeszcze tylko trochę schodów w dół i jestem!

Dystans lekko ponad 48 kilometrów. Czas 6 godzin 17 minut i coś tam sekund. Założenie miałem na 7 godzin spokojnego biegu tak więc wyszło lepiej niż się spodziewałem. Na mecie spotykam rodzinkę. W związku z tym, że mamy ze sobą dwa psy, które nie lubią stać w miejscu i unikają tłumów robię szybkie foto z medalem i zbieram się do auta nie kosztując niczego z jedzenia na mecie a podobno było przepyszne.

Tak to bywa… Hala maszyn gdzie zebrali się wszyscy „finiszerzy” robi wrażenie. Zaplecze przygotowane przez organizatorów również. Całe mnóstwo ludzi ze swoimi kibicami. Każdy wspomina trasę i bieg. Widać same zadowolone twarze.

Przebieram się w aucie i udaję się w drogę do hotelu. Na miejscu szybkie uzupełnienie węgli oraz białek i mam chwilę czasu na podziwianie medalu. Przyznać muszę, że to solidny kawał dobrej roboty i to z personalizacją. Naprawdę miłe zaskoczenie. Ogólnie czuję się dobrze chociaż trochę palą mnie czwórki i bolą stopy. Mocno boli mnie niestety Achilles. Trzeba będzie się nim zająć… Do końca dnia wybieram się tylko na krótki spacer spędzając resztę na relaksie i nieróbstwie. Rano wymeldowanie i długa, męcząca podróż do domu.

Podsumowując…

Gdy wrzucałem Zimowego Janosika w kalendarz miałem nadzieję na przygodę. Nie wiedziałem wtedy, że będzie to jedna z ciekawszych moich przygód jak do tej pory. Głównie oczywiście przez brak spodni na starcie… 😀 Te pożyczone dały jednak radę i całość mogłem doprowadzić do końca. Bieg ten był też wyjątkowy z jeszcze jednego powodu – z powodu piękna trasy. Jeju jak tam było cudownie i pięknie. Widoki na Spisz, na Tatry, na Pieniny to jest coś czego nie da się zapomnieć. Polecam każdemu wybrać się na Zimowego Janosika czy też Ultrajanosika latem i sprawdzić się w tej cudownej krainie. Naprawdę można się zakochać…

Część zdjęć ze strony www.zimowyjanosik.pl

Zimowy Janosik 2017 i ja, facet w rajtuzach…
%d bloggers like this: