Na ZUKa polowałem już od dłuższego czasu. W zeszłym roku w związku z symbolicznymi występami na ultra najzwyczajniej nie spełniałem wymogów. W tym roku z dużo bogatszą cenzurką z uśmiechem na ustach wypełniałem formularz zgłoszeniowy licząc na szczęście w losowaniu. Jako, że należę raczej do tych, którzy w grach liczbowych mają więcej pecha niż szczęścia to oczywiście nie zostałem wylosowany. Trafiłem jednak z jakimś kosmicznie dalekim numerem na listę rezerwową. Szanse minimalne, ale zawsze. Może akurat jakieś dwadzieścia osób zrezygnuje ze startu i jestem! Tak się oczywiście nie stało. Mijały kolejne dni i temat ZUKa odłożyłem już w sumie do szuflady na następny rok. Okazał się jednak, że koleżanka Magda również polująca na start w tej imprezie zmieniła plany a na dodatek w odmętach internetu znalazła osobę szukającą chętnego na odkupienie pakietu. Szybka akcja i po kilku dniach widniałem już na liście zawodników. No i ekstra, będzie to doskonałe zakończenie startów zimowych oraz godne uczczenie pamięci Tomka Kowalskiego, który był mocno związany z Poznaniem. W piątek 9 marca oczywiście praca i o 16:30 z zegarkiem w ręku kieruję się na południe. Czas trochę goni bo biuro zawodów otwarte do 22:00, ale trasa przez Świebodzin i Zieloną Górę jakoś leci. Gdzieś w okolicy Złotoryi wybieram ten zły skręt i muszę przeprawić się przez chyba najbardziej dziurawą drogę w okolicy wiodącą przez lasy i jakieś kopalnie. Masakra… W Karpaczu melduję się jakoś po godzinie 21:00. Szybki skok w kierunku biura zawodów mieszczącego się w DW Mieszko gdzie odbieram pakiet startowy.

Spotykam kilku znajomych w tym Krystiana Ogłego, który tym razem nie startuje i będzie pomagał zawodnikom na trasie przy Śnieżnych Kotłach. Przed Krystianem za kilka tygodni kolejny etap Ultra – Trail World Tour czyli Maraton Piasków. Chwila na pogaduchy i zawijam się na parking gdzie mam zamiar przekimać te krótką noc w samochodzie. Tutaj ogromne podziękowania dla Ani oraz Marcina z Klubu Ślimaka Torpedy, którzy wybrali się do Karpacza na romantyczny weekend bez obstawy, a mimo to udostępnili mi miejsce do spania w sowim kamperze. Meeega dzięki!!! Tym oto sposobem nie musiałem się już martwić, że zamarznę na kość podczas snu zapakowany w trzy śpiwory.

Szybka wyprawa po jakieś węgle i mogliśmy usiąść wygodnie porozmawiać o tym co nas czeka pakując plecaki. Noc trwała krótko, bo o 05:00 byliśmy już w połowie obudzeni, a o 05:30 na nogach. Szybka kawka i kierujemy się na sprawdzenie obowiązkowego ekwipunku. Temat szybko załatwiony, pakujemy się do autobusów i jedziemy w kierunku Jakuszyc.

Gdy docieramy na Polanę Jakuszycką zaczyna padać deszcz. Jest kilka stopni „na plusie” i lekko wieje. Ogólnie ZUK był jednym z tych biegów gdzie aparat w związku z aurą był przez większą część czasu zbyt zalany wodą żeby porobić zdjęcia. Dlatego też fotek będzie w tej relacji jak na lekarstwo 🙂 Po odstaniu swojego w najdłuższej kolejce świata do WC wpadamy z Marcinem na metę dokładnie na dwie minuty przed startem. Szybkie focisze i ruszamy!

Przed nami 54 kilometry trasy oraz 2100 metrów w górę i jakieś 2300 metrów w dół. Ruszam w połowie grupy sondując teren i pozostałych biegaczy. Stawka powinna być raczej mocna tak więc warto popatrzeć jak będzie się zachowywała na początku trasy. Czołówka oczywiście robi swoje, jednak reszta nie forsuje jakoś mocno tempa. Zaczynam powoli przesuwać się w górę mijając kolejnych zawodników. Nim docieram do Szosy Czeskiej. Muszę zrobić pauzę na zawiązanie sznurówek i ponownie zaczynam gonić. Skręcamy z szosy i wbiegamy na zielony szlak prowadzący na Halę Szrenicką. Kilka miesięcy temu śmigaliśmy tutaj na zawodach enduro na dojazdówce do jednego z Osów. Po chwili znajdujemy się dokładnie na trasie OSu, który na kartach historii zapisał się jak najbardziej bagnisty OS wszech czasów 😀

Chyba biegowo pokonuję ten odcinek szybciej niż latem rowerem 🙂 Lekki podbieg i skręcamy na północ ze szlaku w kierunku Wodospadu Kamieńczyka. Mijamy go gdzieś na siódmym kilometrze. Deszcz zaczyna zamieniać się w marznący deszcz, a po chwili w śnieg. Gdy zbliżamy się do wyjścia ze ściany lasu zaczyna dmuchać. Na Hali Szrenickiej widoczność prawie zerowa, a wiatr urywa głowę.

No nie będzie to wycieczka biegowa w słoneczku i ciszy jak na Zimowym Janosiku. Po jakichś 82 minutach od startu melduję się na Szrenicy. Widzę na odległość swojego długiego nosa tak więc widoczków raczej brak 😉 Przede mną i za mną we mgle walczą cały czas inni zawodnicy. Wiatr tak gra na kapturze mojej kurtki, że zaraz oszaleję. Jeden wielki, ciągły, mocny furkot materiału łopoczącego na wietrze. Zaraz wpadnę w jakiś stan hipnozy od tego. Obym tylko nie spotkał po drodze Filipa Chajzera… Na czternastym kilometrze docieram na Śnieżne Kotły gdzie zawodników wspiera kolega Krystian. Ledwo go poznaję, on mnie już na bank nie. Piździ niesamowicie. Kolejne kilka kilometrów to walka z zacinającym od strony czeskiej wiatrem i mokrym śniegiem, który wali w zawodników jak śruciny. Staram się trzymać ręką kaptur żeby osłonić oczy. Prawą powiekę mam sklejoną od mieszanki wody i lodu. Przebieram rękawiczki na grubsze. Jeszcze chwila i melduję się na Przełęczy Karkonoskiej.

Tutaj jakby spokojniej, cała masa narciarzy, turystów przechadzających się ze spokojem po okolicy. Trochę groteskowo. Znam te okolice doskonale z wielu wypraw. Gdyby teraz odpuścić i zbiec w dół do Podgórzyna, tam na bank jest cisza, ciepło i spokój. Eeee to nie dla mnie, trzeba kształtować charakter i walczyć dalej. Przy odrodzeniu ekipa wolontariuszy zaprasza na „coś ciepłego” do schroniska. Szkoda mi jednak czasu i ciepła. Spodnie, czapka, rękawiczki są przesiąknięte wodą. Każdy postój będzie oznaczał wychłodzenie i mega bubę po powrocie na trasie. Przede mną niecałe dziewięć kilometrów do Śnieżki.

Jest to najgorszy odcinek całego biegu. Wieje niemiłosiernie. Na dodatek oblodzony trawers, którym biegniemy sprawia wiele problemów z utrzymaniem równowagi. W plecaku mam łańcuchu, ale cały czas myślę, że przecież za chwilę będzie lepiej. Dobre kilka razy zaliczam glebę, taką zwyczajną przez poślizgnięcie. Dwa czy trzy razy jednak podcięty huraganowym wiatrem na lodzie wywijam takie orły, że czuję jak ziemia drży w posadach… Pojawiają się niecenzuralne wstawki, zaczyna mnie to wszystko łagodnie mówiąc wkurzać. Przede mną biegnie jakaś dziewczyna. Też co chwila podnosi się ze śniegu. Ehh nie jestem chociaż sam 🙂 Mijam ukryty gdzieś po lewej Mały Staw i wybiegam na Równię pod Śnieżką. W Śląskim Domu melduję się po niecałych czterech godzinach biegu. Jestem cały mokry i przemarznięty. Szybkie jedzenie, picie, coś ciepłego i chwila relaksu. Muszę jednak zagryźć zęby i lecieć dalej. Początek po wyjściu ze schroniska zgodnie z przewidywaniami jest mega ciężki. Ciało zdążyło ostygnąć, a mokre rzeczy lepią się do mnie w przeszywającym, zimnym wietrze. Na szczęście szybko się rozgrzewam bo wdrapuję się na Śnieżkę. Idzie dosyć mozolnie, ale nie jest jakoś bardzo ciężko. Bardzo bałem się o jakość podejścia, głównie o lód. Jest gdzie się poślizgnąć, ale nie ma tragedii. Wchodzi się całkiem stabilnie. Na górze jest chyba apogeum wiatru dlatego szybkie foto i lecę dalej.

Po zejściu pod wierzchołek tonę w mleku. Przez kilkanaście sekund stoję i nie wiem gdzie biec. Z mgły wyłania się pan w odblaskowej kamizelce wskazując drogę. Zaczynam jakieś trzynaście kilometrów zbiegu. Początek jest dosyć stromy, tak więc nie ma co szaleć. Po chwili zasuwam już pełnym krokiem w dół grzbietu. Przebiegam koło czeskiego schroniska Jelenka i kieruję się na Sowią Przełęcz. Jeszcze kilka kilometrów i wpadam na Przełęcz Okraj. Tutaj już cisza i spokój, bez wiatru, bez śniegu, zza chmur nieśmiało zaczyna przebijać słońce. Na bufecie łapię kilka kawałków banana i colę. Zasysam też żel popijając wodą. Szybka pogawędka z GOPRowcami, którzy ostrzegają o zbiegu, który jest przed nami. Początek luźny, ale im dalej w dół tym więcej lodu, kamieni i korzeni. Na końcu zbiegu szlak wygląda jakby ktoś wylał z góry wielkie wiadro z wodą i potraktował ciekłym azotem. Jeden wielki jęzor lodu ciągnący się wzdłuż szlaku. Mijam to cudo przedzierając się bokiem przez las żeby nie złapać kolejnego zająca. Przed Kowarami odbijamy na zachód robiąc jakby wielką pętlę od Przełęczy Okraj. Zaczynam podbieg do Leśnictwa Jedlniki. Przede mną stoi auto na poznańskich blachach. Kilka osób pomaga starszemu panu, który chyba zasłabł. Wygląda raczej kiepsko. Pytam czy potrzebują jakiejś pomocy, czy może folia NRC kolejna się przyda. Dostaję informację, że sytuacja jest pod kontrolą. Biegnę więc dalej. Po chwili mija mnie Defender GOPRu lecący na bombach w dół. Oby wszystko skończyło się pozytywnie… Profil trasy pokazuje, że niby powinno być spokojnie jednak po chwili docieram do krętej, górskiej ścieżki, która pnie się mocno pod górę. Eee no ile można…? Docieram po chwili do nieistniejącej już osady Budniki. Tutaj wpadam na szutrową drogę, która będzie mi towarzyszyć podczas kilku kilometrów zbiegu. Mijam dobre kilka osób, które opadły z sił. Po chwili kolejne i kolejne. Kurczę chyba łącznie do mety jakieś dwadzieścia osób. Mijam ekipę z GOPRu, która zagrzewa do walki. Do mety niecałe trzy kilometry. Jakiś ostry, ale krótki podbieg. Nogi wypadają z rytmu, muszę przejść do marszu. Przede mną cmentarz i podbieg dookoła niego – hmmm mogłoby być już z górki. Kolejne kilkanaście metrów w górę WTF????? 😀 Teraz już tylko stok narciarski i dzida w dół. Żeby tylko nie połamać nóg lub nie rozwalić kolan w tym zapadającym się śniegu. Przebiegam przez kładkę i jestem na deptaku w Karpaczu. Magia tego miejsca zawsze daje mi kopa. Po tylu godzinach na odludziu w samotności gdzie jedynym towarzyszem był łopoczący kapturem kurtki wiatr nagle wbiega się między setki ludzi. Większość bije brawo, dopinguje, krzyczy moje „ulubione” dawaj, dawaj 😉 Im bliżej mety tym więcej takich osób, tłumy… Przebijam piątkę z czekająca na Marcina Anią i lecę do mety. Ostatnie kilka metrów… Mimo, że jestem biegowym żółwiem czuję się jakbym właśnie wygrywał mistrzostwa świata… A co!!! Carpe diem… Te chwile są moje, będą ze mną zawsze, do samego końca. Ostatni skok i jestem! Zbita piątka z prowadzącym, medal i chwila zadumy w głowie dlaczego tak bardzo chciałem pobiec ten bieg. Tak, to było godne uczczenie pamięci Tomka Kowalskiego!

Chwytam kubek wody bo strasznie mnie wysuszyło na końcówce i idę do Ani poczekać na Marcina, które melduje się na mecie po chwili.

Szybkie przebranie w suche rzeczy, spakowanie gratów i muszę na szybko jechać do Poznania. Docieram do domu po czterech godzinach jazdy. Mimo początkowej fazy zmęczenia poszło całkiem gładko.

Podsumowując, czas na mecie 07:08:21. Mocno chciałem znaleźć się w pierwszej setce jednak chcieć, a móc to zupełnie co innego. Miejsce #115 musi mi na jakiś czas wystarczyć. Zwycięzca zrobił te trasę 04:32:17… Nie mam pytań, terminator normalnie 😀 W tym wcieleniu nie grożą mi na szczęście takie wyniki 😛 Był to trudny bieg, przynajmniej dla mnie, gdzie wiele razy musiałem wstać z kolan (dosłownie i w przenośni). Ogólnie jednak jestem zadowolony, nie ma co marudzić. Jeśli ktoś jeszcze nie biegł to mocno polecam. Naprawdę warto pojawić się na starcie ZUKa w kolejnych latach!

 

 

Zimowy Ultramaraton Karkonoski im. Tomka Kowalskiego
avatar
%d bloggers like this: