Zeszłoroczny Zimowy Janosik minął pod kątem choroby oraz braku spodni biegowych i przede wszystkim śniegu. Mimo tego było wspaniale i obiecałem sobie, że mimo, iż biegów nie powtarzam to zamelduję się w Niedzicy na starcie raz jeszcze. Upewniłem się jeszcze w tym przekonaniu łapiąc DNFa na letnim Ultrajanosiku 😉 Bociany odleciały, liście pospadały z drzew i zaczęła się w Polsce pora deszczowa. Zima również nadeszła dosyć szybko, chociaż tylko z nazwy i pożegnaliśmy Stary Rok wspominając czasy (cytując klasykę apeli wojskowych) „prawdziwej zimy, nie ch…i obecnej, dziewięciodniowej przyzakładówki k….a”. Wyszło na to, że roku 2018 zbierze się całkiem zgrabna ekipa jadąca na południe. Życie bywa jednak przewrotne i tak oto kolegę Karola (pozdrawiam serdecznie jeśli czytasz i wiem, że zrobią Ci w końcu ten szkielet z adamantium 😛 ) rozbolało kolanko przez co plany się lekko zmieniły. Wyjazd rodzinny zmienił się w wypad samców, a po chwili ewoluował w wyskok na bieg bo z kolegą Błajetem wpadliśmy na genialny pomysł, że po biegu wskoczymy w auto by w nocy dokulać się jakoś do domu. W końcu szkoda tracić całej niedzieli na powrót skoro można zrobić to na fleku zaraz po zawodach. Plan godny, ale jednak troszkę ryzykowny. Zwłaszcza, że w końcu ktoś wysłuchał naszych próśb i zapowiadała się bardzo zimowa aura. Summa summarum wczesnym piątkowym popołudniem odebrałem kolegę Błajeta z północnej flanki po czym lecieliśmy do Mosiny zabrać jeszcze Łukasza i w drogę! Wybrany wariant przez Wrocław ma swoje plusy jak i minusy i tak oto w całym gąszczu owych minusów posuwaliśmy się dosyć wolno na dalekie południe. Wylot z krainy malinowych trunków mocno zakorkowany i cała A4 upchana jakby od zachodu szedł koniec Świata. W drodze dostaliśmy info telefoniczne od kolegi Darka, który raportował, że w Niedzicy cały czas sypie śnieg. Humory dopisywały – baliśmy się trochę, że jadący z nami Łukasz może mało widzieć podczas biegu bo cały czas będzie gnał z głową w zaspie 😉 Wieczorem jeszcze szybkie ładowanie węgli w Krakowie i można było ruszać na Zakopiankę.

Od tego momentu prędkość jazdy spadła do jakichś 20 km/h… Smog i gęsta mgła dawały się bardzo mocno we znaki. Temperatura z lekkiego -1*C zaczęła spadać. W okolicach Nowego Targu za oknem było już -10*C, widoczność rzędu kilkudziesięciu metrów i cała masa śniegu. Poza smogiem – ekstra!!! Dotarliśmy w końcu na miejsce i zameldowaliśmy się na kwaterach.

W pokoju jeszcze szybkie obejrzenie powtórek z rozgrywek naszej ukochanej i nieprzewidywalnej ekstraklasy i przygotowanie sprzętu. Po północy uzbroiłem się w „anty – Błajetowe” zatyczki do uszu i z nadzieją na wyspanie odjechałem na białą salę. Kolega z pryczy obok wspiął się jednak na wyżyny swoich wokalnych możliwości, bo około 03:00 nad ranem obudziły mnie koncert brzmiący jak mieszanka dźwięków wydawanych przez Woody’ego Woodpecker’a i młot udarowy. Pogwizdałem, poklaskałem, przekląłem, poprawiłem stopery i spróbowałem aby wibracje, które Błajet podawał chrapaniem na sosnową ramę mojego łóżka wprowadziły mnie w letarg. Na szczęście po chwili udało mi się ponownie zasnąć… Ufff… Pobudka o 06:00, śniadanko  i wymarsz w kierunku biura zawodów, które mieściło się obok Zespołu Elektrociepłowni Wodnych Niedzica. Jest zimno, jakieś -8*C, ale szybki marsz po schodach na zaporę rozgrzewa. Na miejscu całkiem spora kolejka, ale w miarę szybko odbieramy pakiety.

Teraz już tylko marsz na linię startu mieszczącą się ciut wyżej bo przy zamku i zostawienie rzeczy w depozycie. Wysłuchujemy odprawy prowadzonej przez Sławka i ustawiamy się na starcie. Na „naszej” wysokości raczej mgliście, im wyżej jednak tym będzie się bardziej przejaśniać.

Zapowiada się mroźny, ale piękny dzień. Na to wszyscy czekaliśmy! Odliczanie i ruszamy do boju!

Na najdłuższe trasy „Bedzies Kwicoł” ora „Żor Extreme” ruszyło coś ponad 400 zawodników. Po wybiegnięciu z parkingu w prawo i po kilkudziesięciu metrach w lewo w ul. Profesorską. Na końcu tejże drogi wpadamy na pola i biegniemy dalej. Trasa pnie się w górę jednak jest to bardzo spokojny podbieg. Biegnie się ciężko. Głęboki, rozdeptany, nierówny śnieg powoduje, że stopy często ustawiają się inaczej niż chce ich właściciel.

Kilka razy mam wrażenie, że wykręcę zaraz kostkę. Niektórzy strasznie ciągną się na podejściu, pająki plączą kijki między nogami innych i ogólnie nie ma jak obiec wolniejszych. Nie ma co ukrywać działa mi to lekko na nerwy. Ruszam więc polem po prawej stronie i mijam sporą grupę ludzi nim docieramy do ściany lasu.

Stanąłem za daleko od linii startu i to tutaj tkwi problem. Wpadamy na szerszą drogę gdzie można biec bez oglądania się na innych, stawka się rozciąga. Biegniemy koło Cisówki i Barwinkowej Góry.

W okolicy 5,5 kilometra trasy odbijam jako jeden z nielicznych w prawo na moją wisienkę na torcie czyli Żar 😀 Nagle zostaję sam jak palec, przede mną tylko daleko jedna osoba, za mną nikogo. Pusto, kopny śnieg, nieprzetarta trasa, zapadam się co chwila po kolana w śniegu. Teraz zaczyna się prawdziwa zabawa! Biegnę cały czas w gęstym lesie jednak momentami między koronami drzew widzę po lewej cel mojej wyrypy. Żar od strony północnej opada bardzo stromymi zboczami – widok muszę przyznać robi wrażenie. Myślę sobie w głowie kiedy w końcu zacznie się walka o wejście na górę. Na letniej edycji Janosika nie dotarłem tutaj w nocy na trasie 110 km, wycofałem się dużo wcześniej. Mam więc pewne interesy do wyrównania.

Gdy obiegam górę od zachodu muszę pokonać kilka (trzy? cztery?) rzeczki. Niby skute lodem, ale jednak czyhające na najmniejszy błąd operatora. Nie, nie… Kąpiel na początku trasy w -8*C to nie jest najlepszy pomysł. Gdy wbiegam pod południową ścianę mijając po prawej wieś Dworek zaczyna się zabawa.

Przede mną jakieś 1,5 kilometra podejścia z różnicą poziomów niecałe 200 metrów. Wiadomo, nie jest to coś kosmicznego jednak trzeba się sprężyć. Początek dosyć lekki, wydeptaną ścieżką.

Po chwili jednak idę już prawie na czworaka próbując zaprzeć się nogami w rozkopanym śniegu pomieszanym z piaszczystym podłożem góry. Przede mną widzę kilku zawodników, którzy wiszą na podejściu na linie. To Ci, którzy jak ja nie mają kijków, pomagają sobie liną poprowadzoną przez organizatora. Bez tego też da się wolno podejść jednak nie ma co robić z siebie bohatera, przed nami jeszcze cała masa kilometrów. Ostatnie kilkadziesiąt metrów i melduję się na lekkim wypłaszczeniu gdzie zostaje spisany mój numer startowy.

Dowiaduję się, że przede mną przebiegło już tędy 11 osób. Szybki rzut oka na niedalekie Tatry mieniące się w promieniach porannego słońca i przebiegam przez wierzchołek góry Żar.

Ok to mam za sobą. Lecę dalej granią mijając kilka powalonych drzew i brodząc w śniegu. Teraz ostro w dół i polami na południe. Dobiegam do polnej drogi, która łączy się z trasą 45+, którą pobiegła znaczna część startujących. Teraz ich gonię – podoba mi się to 😉 W północnej części miejscowości Łapsze Niżne kręcę na zachód i biegnę do wsi Duninówka.

Napotykam kilka osób z tej trasy, które wyglądają na mocne jednak trochę zdezorientowane. Okazuje się, że całkiem spore grono ludzi zabłądziło w Łapsze Niżne. Niektórzy nadrobili nawet po 10 kilometrów. Tak więc są w tym samym miejscu co ja tracąc jakieś 90 minut do czoła stawki swojego biegu. Nie zazdroszczę im szczerze powiedziawszy, widać, że morale mocno spadło. Na około 19-tym kilometrze dobiegam do wsi Dursztyn gdzie mieści się pierwszy bufet. Szybkie uzupełnienie płynów, banan z ciastkiem w dłoń i gonię dalej. Wybiegam ze wsi i polną drogę podbiegamy pod maszt (chyba telefonii kórkowej) gdzie skręcamy na zachód.

Przed nami ponad 4 kilometry dosyć spokojnego biegu o całkiem płaskim profilu. Rok temu zasuwałem tutaj pełną parą po zmarzniętej ziemi. Obecnie śnieg mocno spowalniał zabawę. W połowie miałem już tego odcinka serdecznie dosyć.

Chyba ze dwadzieścia razy miałem wrażenie, że właśnie skręciłem kostkę. Na szczęście było to tylko wrażenie… Ostry zbieg do wsi Trybsz gdzie mieścił się kolejny bufet i ta sama procedura co na poprzednim punkcie. Szybkie jedzenie, trochę picia w softflaska i w trasę.

Kilkaset metrów asfaltem i z ul. Świętej Elżbiety kręcimy na południe. Przed nami 10 kilometrów systematycznego podbiegu do punktu w Łapszance z sumą przewyższeń jakieś 350 metrów. Tak więc pełen spokój i równy bieg. Mijam wielu maruderów z trasy „45+” co niezbyt dobrze wpływa na moją psychikę. Zaczynam łapać się na tym, że zwalniam równając do nich. Muszę z tym walczyć. Z pomocą przychodzi mi piękny widok na Tatry, który ciągnie się cały czas po naszej prawej stronie.

Jest naprawdę bajkowo. Mógłbym siedzieć tutaj godzinami. Po dobrych kilku kilometrach wybiegamy w Rzepisakch na asfaltową ulicę Potok Grocholów. Do punktu w Łapszance już tylko rzut beretem.

Na miejscu łapię tylko ciastko zbożowe i kubek coli. Resztę mam, nie ma co tracić czasu.

Przed nami kilometr podejścia na wysokość 1020 m. n. p. m. – najwyższy punkt trasy. Gdy już wdrapaliśmy się na górę rozpoczęliśmy niecałe 7 kilometrów zbiegu zaśnieżonymi polami i łąkami do Łapsze Niżne. W zeszłym roku miejscami był tutaj żywy lód, tym razem też trzeba było uważać jednak w większości trasy śnieg zakrywał wyślizgane miejsca. Rok temu dodatkowym utrudnieniem była duża kamienistość tego zbiegu, nogi naprawdę dostawały po tyłku. Obecnie nie było źle, śnieg znacząco zwiększał amortyzację. W samej miejscowości wpadam na bufet łykając na szybko pożywną zupkę. Łypiąc okiem spoglądam na panią z obsługi pytającą uczestników, czy nie mieliby ochoty na 100 gram czystej substancji na rozgrzewkę… Rozum bierze górę – nie ma czasu na mocne trunki. Wybiegam z punktu łapiąc na odchodne banana i koło cmentarza zaczynam jeden z ostatnich podbiegów. Przede mną ostatnie 10 kilometrów trasy oraz 350 metrów w górę i 400 metrów w dół. Mocny podbieg i lecimy polną drogą okrytą śniegiem zostawiając żegnające nas Tatry za nami.

Na 49 kilometrze (jakieś 3,5km od bufetu) dobijamy do trasy, którą biegliśmy na początku zawodów. Przed Cisówką odbijamy jednak na południe zbiegając ostro koło góry Hombark. Ostatni mocny podbieg, trochę opadam już z sił, muszę momentami podchodzić i wracamy na szlak z samego początku zawodów.

Zbieg do ul. Profesorskiej, dalej w dół do ul. Zamkowej i skręcamy na zaporę. Po lewej Jezioro Czorsztyńskie, po prawej Jezioro Sromowce. Wyprzedzam ostatnie kilka osób i wpadam do strefy schodów w dół zapory gdzie jest zakaz wyprzedzania. Teraz już spokojnie i na luzie kieruję się do hali maszyn. Na mecie wita mnie Sławek, gratulując ukończenia biegu. Zegarek pokazuje 56 kilometrów.

Zbieram graty i udaję się na nocleg w poszukiwaniu kolegi Błajeta. W międzyczasie okazuje się, że wygrałem swoją kategorię wiekową co poprawia mi humor 😉 Opóźni to jednak proces powrotu do domu bo dekoracje są dopiero o 18:00. Podejmujemy decyzję, że będziemy czekać.

Jakoś przed 19:00 odbieram pamiątkowy kamień 😉 i ruszamy do Poznania. Przewidywany czas dojazdu 01:30 w nocy. Szybkie kilka kaw i zapiekanka na stacji w Nowym Targu.

Drogi puściutkie więc jedzie się wyśmienicie… Do momentu gdy zaczynam trawić ową zapiekankę gdzieś pod Wrocławiem. Do domu docieram dosłownie mokry około 01:45 z temperaturą 39°C, drgawkami i blady jak trup. Cała noc i niedziela to festiwal detoksykacji organizmu, który mniej lub bardziej spektakularnie trzyma mnie prawie do czwartku wieczora. Jaki z tego morał? Nigdy nie jeść zapiekanki salami z Orlenu po biegu ultra 😉 Ja już na samo hasło „salami” mam torsje…

Sam Zimowy Janosik – no jak zawsze miód malina. Po raz kolejny Sławek Konopka pokazuje jak organizować biegi ultra w Polsce. Pod każdym kątem! Wspaniali ludzie, doskonała organizacja, uginające się stoły na bufetach, coś dla duszy 😉 , ciekawa trasa, malownicza okolica, piękne widoki. Było naprawdę magicznie! Czego chcieć więcej…?

 

Foto: http://zimowyjanosik.pl/

 

Zimowy Janosik – Żor Extreme i bajkowy Spisz…
avatar
%d bloggers like this: