Do pokonania prawie 600 kilometrów w jedną stronę… Chyba warto… Rozmyślania trwają jakieś pięć sekund – dobra, jedziemy! I tak w piątek 12 stycznia wyruszamy w długą podróż na wschód. Celem naszej wyprawy jest bieg Zimowe Roztocze, którego baza znajduje się we wsi leżącej kilka kilometrów od Szczebrzeszyna. Jednym słowem Zamojszczyzna Panie! Najdroższa autostrada Świata, grójeckie sady, „eska” Warszawa – Lublin, Dęblin i dalej już lokalnymi traktami docieramy w godzinach popołudniowych do Kawęczynka. Przyznać trzeba, że droga poszła całkiem gładko i szybko.

Witamy się „na misia” z panią Marią, która będzie naszym gospodarzem, zostawiamy bagaże i lecimy do Szczebrzeszyna na szybkie zakupy. Obkupieni, ale lekko zasmuceni, że Browar Szczebrzeszyn produkuje tylko „zwykłe” piwa wracamy do Kawęczynka i kierujemy się bo biura zawodów.

Jesteśmy chyba pierwszymi osobami, szybka pogawędka ze Sławkiem, formalności załatwione i można wracać na nocleg. Tutaj chwila relaksu w miłym gronie i pakujemy się na poranny start. Plusem jest to, że większości z wymaganego wyposażenia nie trzeba brać ze sobą. Bieg rozgrywany jest nad dwóch pętlach, które łączy bufet. Można więc zostawić graty w biurze zawodów i będą one zawsze na podorędziu gdy będziemy przebiegać przez punkt kontrolny. Dodatkowo okazuje się, że stodoła pani Marii będzie jednym z punktów biegu – każdy zawodnik będzie musiał przez nią przebiec. No lepiej trafić nie mogliśmy 😀

Rano śniadanko, dopakowanie i udajemy się na start. Na kwadrans przed 09:00 odprawa techniczna. Pokrótce – jest mega ślisko i błotniście, śniegu brak, temperatury raczej na plusie, kolce wskazane. Będzie wesoło! 🙂

Życzymy sobie powodzenia, żegnam się z Anią, która jako jedyna nie biegnie i odliczamy ostatnie sekundy.

Strzał startera i niecałe 100 osób rusza na pętlę Piekło, które ma 16 kilometrów długości i jakieś 600 metrów przewyższeń. Początek dosyć szybki, ale bez zabijania się jeden o drugiego. Biegniemy trochę drogą, przez jakieś gospodarstwo, w lewo przez kolejne, trochę szutru i po chwili meldujemy się na podejściu pod Czubatą Górę. Nie jest to może K2, ale jest wystarczająco stromo i przede wszystkim błotniście żeby się nieźle umęczyć. Kilka osób wyraźnie szybszych pnie się żwawo do góry. Kijki, gałęzie, pnie drzew, ręce – wszystko służy za pomoc we wdrapywaniu się na górę.

Na „szczycie” czuję się jakby zalali mnie betonem. Rozkręcenie się zajmuje dłuższą chwilę. Błoto, błoto, wszędzie diabelskie błoto i masa liści, które w połączeniu z tym pierwszym tworzą mieszankę oklejająca podeszwy butów grubą warstwą. Zaczynamy zbieg, który pokryty wspomnianą papką zachowuje się jak lodowisko. Nogi tańczą lewo prawo. Naprawdę trzeba uważać żeby nie zrobić sobie kuku czy chociażby nie skręcić kostki. Kolejne podejście – tym razem wpadamy do usłanego liśćmi wąwozu. Jego zbocza porasta stara buczyna, której odkryte w piasku korzenie przybierają udziwnione kształty.

Wąwozy, powstałe na skutek erozji gleby lessowej, stanowiły niegdyś niedostępną kryjówkę m.in. dla oddziałów powstańców styczniowych, czy też partyzantów z okresu II wojny światowej. Trasa pnie się środkiem przez powalone drzewa. Na górze kręcimy w lewo i wskakujemy do bunkra wychodząc z jego drugiej strony. Ot taka przeszkadzajka 😉

Teraz kawałek zaoranym polem i polną drogą z której skręcamy przez pole rzepaku w las.

Przed nami kolejny wąwóz z flaszką po wódce stojącą na pieńku i karteczka od organizatorów – „nasi tu byli”. No byli, byli… 🙂 Przedzierka przez jakiś młodnik z podpórką na śliskim odcinku i zaczynamy zbiegać ostro w dół bardzo błotnistą drogą polną. Podłoże momentami lekko gliniaste. Amortyzacja butów +10, drop +15… Zawodnicy biegnący w kolcach na pewno mają tutaj przewagę. Na dole jakiś kilometr wśród pól i robimy zwrot o prawie 180 stopni biegnąć na zachód. Marcin zaczyna mi uciekać jednak nie czuję się na siłach żeby go gonić. Mam swoje tempo, którego muszę się trzymać. Wpadamy z pól do zalesionego terenu gdzie królują błoto i kałuże. Droga, którą biegniemy to jeden wielki strumień klejącej mazi z miejscami stojącą wodą. Nie bawię się nawet zbytnio w szukanie dobrego toru i tak jestem uwalony do kolan. Po jakichś dwóch kilometrach skręcam w prawo w długi wąwóz. Brodząc po kostki przeskakuję przez powalone drzewa. Ścieżka zaczyna piąć się w górę.

Środek jaru rozszerza się i robi się bardziej stromo. Błoto i wodę zastępują liście, które opadły z okolicznych drzew. Przyznać trzeba, że widoczki ładne, ale na każdy ciężki krok sprowadza na ziemię. Nie ma co bujać w obłokach – trzeba lecieć dalej. Gdy po kilku zakrętach wąwozu wybiegamy na drogę czeka na nas kolejne wyzwanie. Dwa kilometry biegu po drodze gdzie błoto ma trochę inną postać. Jest lżejsze, mniej gliniaste, ale za to bardziej wodniste i lepkie.

Przy każdym stawianym kroku czuję jak but zasysa się z podłożem. Jakby ich podeszwy zrobione były z przyssawek. Poruszamy się wzdłuż ścieżki turystyczno-poznawczej Szczebrzeszyn-Kawęczynek. Tym samym wbiegamy do Lasu Cetnar, który jest najbardziej cennym obszarem Szczebrzeszyńskiego Parku Krajobrazowego pod względem botanicznym. Porośnięty buczyną karpacką, z niewielką ilością grabu, osiki i klonu robi nawet zimą ogromne wrażenie. Latem musi tutaj być przepięknie… Na końcu drogi skręcamy w prawo. Ścieżka wygląda tak jakby właśnie w tym miejscu kończył się poligon czołgowy. Modlę się tylko o to żeby nie zostawić w tej kąpieli butów i nie być zmuszonym do dalszego biegu boso. Uff udaje się. Mijam paśnik i zaczynam lekkie podejście. Droga kręci w lewo i zbiegamy w dół do wąwozu. Jest piekielnie ślisko. Liście pokrywające błoto zjeżdżają ze zbiegającymi przy każdym kroku o kilka metrów. Jedna podpórka i można biec dalej. Musimy teraz wdrapać się wąwozem na górę. Idzie dosyć sprawnie chociaż wymaga to wprawy. Tętno też wyraźnie pokazuje, że nie jest to luźne podejście 😉 Gdy docieramy na górę kręcimy najpierw w prawo potem w lewo i biegniemy szlakiem wyłożonym liśćmi. W dole widać już punkt kontrolny i bufet. Musimy jednak jeszcze dostać się na dół. Droga mocno opada, a błoto jest tak wyślizgane, że nie można utrzymać się na nogach. W sumie przestaję stawiać kroki, obniżam punkt ciężkości i zjeżdżam na sam dół jak na desce łapiąc tylko rękoma balans. O dziwo nie łapię przyłożenia co mocno obstawiałem rozpoczynając zjazd. Na dole już rura, ostatni zakręt i wpadam na pomiar czasu. Za mną 16 kilometrów Piekła. Przede mną 9 kilometrów Nieba czyli kolejna pętla mająca 300 metrów przewyższeń. Na bufecie wrzucam coś do picia, uzupełniam softflask i przegryzam kilka kalorii. Rzucam też okiem na ekran z wynikami. Jestem #16 OPEN i pierwszy w mojej kategorii wiekowej. No takiej sytuacji jeszcze w życiu nie miałem 😉 Kuźwa lubię to! Wyruszam więc w dalszą drogę. Chwilka przez lasek i po okolicznych łąkach. Po kilometrze przebiegam przez stodołę p. Marii gdzie zespół bębniarzy zagrzewa zawodników do walki.

Z ust żony zagrzewające do walki i ulubione przez kolegę Błajeta „dajesz Kotek” i skręcam w prawo zaczynając pierwsze, łagodne podejście. Błoto z tych lżejszych, klejących przy zbiegu jedzie się jak po lodzie. Biegnę lekko bokiem szlaku po jakichś krzakach żeby złapać trochę trakcji. Szybkie kilkaset metrów w dół i wpadam na drogę, którą żegnam po chwili skręcając na łąkę. Przede mną pole do paintball’a.

Kolega Sławek na odprawie mówił, że będzie tu ktoś strzelający z markerów do zawodników. Jako, że nie wiadomo czy były to żarty czy nie czujność raczej wzmożona 😉 Prawdą jest, że mam lekki kryzys i gdybym dorwał kogoś kto strzela tu do mnie z markera to mogłoby być ciężko 😉 Ostry zakręt w prawo, błoto „piątej” kategorii i wbiegamy na polną drogę prowadzącą w stronę lasu. Zbiegamy z niej i czytając znaki ostrzegające o tym, że jest ślisko lecimy w kierunku wąwozów. Przez chwilę robi się poważnie, bo znak stojący przed ostrym zbiegiem jasno mówi, że w tym miejscu jest naprawdę niebezpiecznie i trzeba ciąć prawą stroną żeby nie zrobić sobie krzywdy. Zaliczam coś w stylu telemarku zahaczając o korzeń wystający z liści, na szczęście bez gleby. Ostro w dół i zaczynamy jak dla mnie najpiękniejszą część biegu. Kolejny odcinek to piękny szlak dnem wąwozów gdzie wydaje się jakby był zupełnie inny mikroklimat niż w okolicy. Bujna, zielona trawa, soczysty lśniący od kropli rosy mech, promienie słońca przebijające się przez gąszcz gałęzi… Eeeee… Przeniosłem się gdzieś w czasie? No kurczę wiosna w pełni…

Mimo wspaniałej okolicy nadal jednak trzeba cisnąć do przodu. Mija mnie jakiś zawodnik, który biegnie ze cztery razy szybciej niż ja… O co kaman…? Na szczęście informuje mnie, że jest z krótszego dystansu i nie mam się co denerwować… Ufff 😀 Wąwóz zaczyna się zwężać i skręcamy po chwili w jedną z jego odnóg zaczynając ostrą wspinaczkę po grząskim gruncie. Kilka powalonych drzew, jakieś krzaki, noga ucieka na liściach. W górnej partii ciut bardziej sypki grunt i wybiegamy na pole. Raz w lewo, raz w prawo (nie pamiętam ile było tych zakrętów) i mijamy paśnik z rozrzuconymi warzywkami dla lokalnej, leśnej społeczności 😉 Jesteśmy znowu w lesie i babrzemy się oczywiście w błocie. Zaczynam doganiać chłopaków biegnących przede mną. Mocno w lewo i strome podejście pod „ostatnią” górkę. Trzeba czasem pomóc sobie gałęziami i rosnącymi po bokach drzewami. Na górze wpadamy na drogę wijącą się wśród pól gdzie pazury znowu pokazuje wszechobecne błocko. Nogi plączą się szukając pewniejszego podparcia.

Jeszcze kilka metrów w górę przez młodnik i zaczynamy powoli zbiegać do bufetu mieszącego się w ośrodku Ostoya Roztocze. Nie ma co lecieć na łeb na szyję bo jest mega ślisko. Staram się jednak trzymać tempo. Ostatnia prosta, skręt do lasu i wpadam przez pomiar czasu na bufet. Tutaj impreza trwa w najlepsze. Można się najeść, napić, pewnie i potańczyć 😉 Nie ma jednak czasu na zabawę. Czas na kolejne okrążenie. Prawdą jest, że czuję się dobrze, ale z miłą chęcią zostałbym już tu popijając „czar roztocza” i zajadając jakieś lokalne pyszności 😛 No, ale jest robota do zrobieni, trzeba walczyć dalej! Rzucam jeszcze okiem na wyniki – jestem #13 OPEN i nadal prowadzę w kategorii. Nadal mi się to podoba 😉 Wybiegam z bufetu w okolicy 02:54:00, do zamknięcia możliwości wybiegnięcia na kolejne pętle mam lekko ponad trzy godziny. Do zamknięcia mety o 16:00 mam 246 minut… Przede mną pętla Piekło czyli dłuższy odcinek. Wejście na Czubatą Górę jeszcze bardziej męczące, ścieżki na górze jeszcze bardziej wyślizgane. W połowie pętli czuję, że zasysające błoto zaczyna wyciągać ze mnie energię. Uspokajam bieg żeby się nie spalić. Porównuję sobie w głowie prędkości na odcinkach z pierwszej części zawodów z obecnymi. Jest wolniej, ale nie jest jeszcze źle… Jeszcze… Kilka razy przechodzę do marszu żeby poszukać wewnętrznego „Chi”. Błotna autostrada przez Las Cetnar zdaje się nie mieć końca. Wdrapuję się na górę wąwozu i zjeżdżam na nogach do bufetu. Ufff… Łapię kawałek jakiegoś ciastka i szarlotkę zapijając colą. Nabijam też softflask. No to czas na drugie Niebo. Pętla krótsza no i z nazwy niby łagodniejsza, ale gdy pokonywałem ją po raz pierwszy pokazała, że wcale nie jest łatwiej niż w Piekle… Ponownie odwiedzam stodołę pani Marii i kieruję się na pole do paintball’a. Po podbiegu łapie mnie mocny kryzys. Dogania mnie piątka zawodników: Pan w żółtej kurtce, miła Pani i trójka chłopaków z Biłgoraja. Ci ostatni cały czas rozmawiają, śpiewają, krzyczą – ogólnie mega wesoła ekipa 😀 Eeee no tak łatwo się nie poddam 😀 Wspomnianego Pana w żółtym kubraczku niestety nie dogoniłem. Po przewalczeniu kryzysu dopadłem za to w wąwozach resztę wspomnianej ekipy, która przez pewien czas deptała mi jeszcze po piętach. Ostre podejście na czworakach i przede mną już tylko jedna górka. Odliczam w głowie każdy kilometr. Zazwyczaj bieganie po pętlach strasznie mnie nudzi, jednak w tym przypadku na szczęście nie mam z tym problemu. Ostatnia wspinaczka i błotne lodowisko wśród pól. Gdy brodzę po kostki w brązowej mazi mija mnie ratownik na quadzie pytający czy wszystko OK. (Jak najbardziej!) Do mety jakieś dwa kilometry. Łapię wiatr w żagle, głowa prowadzi zmęczone ciało do przodu. Pościg zostaje daleko za mną. Droga, las, zawodnicy z mety mocno dopingują żeby dać z siebie wszystko na ostatnich metrach. No i siup, jestem 🙂 Zaliczam dwa razy Piekło i dwa razy Niebo pokonując dystans 50 kilometrów. Zegar na mecie zatrzymał się wskazując 06:23:09. Nie zostanę już wypuszczony na żadną z pętli, ale nie rozpaczam zbytnio z tego powodu 😉 Się ubiłem… Otwieram piwko podane razem z medalem i rozsiadam się przy ognisku koło Marcina, który przybiegł kilka minut wcześniej.

Emocje powoli opadają, tętno wyrównuje się. Jesteśmy zmęczeni, ale bardzo zadowoleni. Buty oraz nogawki spodni to obraz nędzy i rozpaczy. Błoto jest wszędzie 🙂

Po chwili pojawia się Ania, która zabiera nas do domu na prysznic i przebranie w suche rzeczy. Przed 17:00 wracamy na dekorację. Walka do samego końca pozwoliła mi dobić do miejsca #9 OPEN i wygrać kategorię. Ania Marcina pokonała raz Piekło oraz Niebo z czasem 04:43:01 zajmując pozycje #70 OPEN oraz #9 w swojej kategorii. Marcin wpadł na metę z czasem 06:19:10 #7 OPEN i #4 w kategorii. Moja małżonka nie zdecydowała się pobiec ( 😉 ), ale cały czas wspierała nas na trasie oraz po biegu za co tutaj ogromne podziękowania i ukłony !!! 😀

Podczas wręczania nagród pierwszy raz podczas naszego pobytu na Roztoczu zaczyna padać. Deszcz jednak szybko przechodzi, zresztą nawet gdyby mocno padało to nie jest w stanie popsuć nam to zabawy 😀 Wracamy na nocleg gdzie przychodzi czas na szybką kolację i ruszamy do ośrodka Ostoya gdzie za chwilę zacznie się afterparty. Impreza wyśmienita, tańcowaliśmy jakby w ogóle nie było biegu, a o północy grzecznie kładliśmy się spać 😛 Rano szybkie pakowanie i ponad siedem godzin jazdy do domu…

Podsumowując można powiedzieć jedno – było wyśmienicie! Nawet totalnie niezimowa aura nie mogła popsuć nam zabawy.

Trasa, widoki, okolica, organizatorzy, spotkani ludzie, wolontariusze, zawodnicy… Wszystko to stworzyło niepowtarzalny klimat. Biegi organizowane przez Sławka mają w sobie „to coś”… To coś dla którego warto przejechać całą Polskę i stanąć na starcie.

Polecam spróbować każdemu!!!

Foto:

Ultralovers

Walusza Fotografia

Marzena Mazij

Zimowe Roztocze Ultra – z błotem im do twarzy…
avatar
%d bloggers like this: