Imć Stanisław Jachowicz rzekł mawiać:

„…Cudze chwalicie,
Swego nie znacie,
Sami nie wiecie,
Co posiadacie…”

I wiele przykładów z życia pokazuje, że miał rację. Pokonujemy tysiące kilometrów w sezonie dojeżdżając na treningi i zawody daleko od domu, a czasem pod samym nosem wyrasta nam coś naprawdę godnego uwagi. Przykładem takiego wydarzenia jest na pewno Żarnowiec Cross Duathlon, który odbywał się w minioną sobotę w Żarnowcu w podpoznańskiej gminie Dopiewo. Formuła zawodów to bieg (ok. 2 km) – rower (ok. 11 km) – bieg (ok. 4 km). Trasa skupiona w okolicy tzw. Źródełka wiodąca po okolicznych polach, lasach i łąkach bez grama asfaltu. Na liście startowej znaleźliśmy się z Błajetem bardzo szybko jako, że to przecież nasz „domowy” wyścig. Do ekipy dołączył też Pan Kot z kolegą, mniej lokalni, ale na pewno tak samo zmotywowani 🙂 Pozostało odliczać do startu. Na dwa tygodnie przed startem, nie ukrywam, dopadło mnie zwątpienie w start w tych zawodach – nie dość, że jestem ostatnio na ostrej redukcji i brak u mnie nadwyżek energetycznych to kończę okres roztrenowania i starty w zawodach lekko mówiąc nie są dla mnie wskazane. Na dodatek pomyślałem sobie, że ściganie po płaskich łąkach i polach zaraz „za domem” nie jest chyba zbytnio ciekawe… Na szczęście jednak na dobry tydzień przed startem wybraliśmy się z kolegą Błajetem na weekendowe cross – country po okolicy gdzie planowane były zawody i okazało się, że teren jest o wiele ciekawszy niż się wydawało i wcale nie musi być nudno…

Gdy nadeszła ostatnia sobota października zapakowaliśmy rowery na auto i wyruszyliśmy te całe 14 kilometrów, w amerykańskim stylu, do Żarnowca. Zaparkowaliśmy auto na trawiastym parkingu i wyruszyliśmy do biura zawodów. Byliśmy dużo przed czasem tak więc ludzi jeszcze dosyć mało a strefa zmian prawie pusta.

2W biurze zawodów napotkaliśmy panią, która mocno poprawiła nam humor. Instrukcja instalacji chipów pomiaru czasu została przekazana nam w iście żołnierskim stylu z całą masą zakazów i nakazów a najważniejszym z nich było tytułowe, że – „…chipów pomiaru do buzi nie wsadzamy!!!…”

1 Anegdot i tekstów było więcej a pani była bardzo konkretna, zwięzła i bardzo szybko załatwiliśmy wszystkie formalności w doskonałym nastroju 🙂 Pozostał nam powrót do auta po rowery i resztę ekwipunku.

3 Po drodze jeszcze rzut oka na kawałek pierwszej pętli biegowej i schody przy Źródełku gdzie już za parę chwil będziemy sprawdzać swoje umiejętności.

4 Na parkingu już duży ruch – widać, że ludzie przyjechali bojowo nastawieni. Zabieramy sprzęt i wracamy w okolice strefy zmian przygotować się do startu. Przepakowanie i po 11:00 zostawiamy rowery w strefie zmian

5 Niby całkowicie normalna rzecz, ale warto tutaj zwrócić uwagę na pełną kontrolę przy wejściu i wyjściu ze strefy zmian a wiemy przecież doskonale, że bywały ostatnio imprezy kilkukrotnie wyższej rangi gdzie rowery zawodników ginęły w cudowny sposób.

6 Do startu pozostało 30 minut i przyszedł czas na odprawę, która bardzo szczegółowo mówiła o trasie, o tym co nas czeka, o tym jak się poruszać w strefie zmian i na dojazdówkach.

8 Sprawa niby oczywista dla ludzi, którzy startują w tego typu zawodach, ale bardzo przydatna dla zawodników, którzy znaleźli się w takiej sytuacji po raz pierwszy.

9 Co ważne odprawa taka plusowała dla obydwu stron i na pewno gwarantowała poprawę bezpieczeństwa bo nieogarów niestety w życiu nie brakuje… Tak czy owak wszyscy grzecznie wysłuchali tego co organizatorzy mieli nam do powiedzenia a trochę tego było. Po odprawie oddanie rzeczy do depozytu i rozgrzewka. Czuję lekki odpływ energii i łykam żel, który został mi z tegorocznego MTB Trilogy – grejpfrutowy – bleeeeeeeeeeee……. Czas na grupowe foto i można zajmować z góry upatrzone pozycje.

7Stajemy na starcie gdzieś w miarę na początku stawki. Zza barierek macha nam znajoma twarz – to kolega Runner, który przyjechał treningowo z Kiekrza wesprzeć nas duchowo na starcie za co serdeczne dzięki!

10 Humory dopisują. Ostatnie minuty do startu….. Sekundy…. Start! Poszli!!!!

Etap I bieg – ja latam, ja latam… a może jednak nie….

Początek to piaszczysta droga lekko zbiegająca w dół. W głowie cały czas myśl – na spokojnie, masz biec na luzie, powinieneś jeszcze odpoczywać. Na początku nawet się udaje jednak po chwili dopadamy do schodów. Tutaj tętno skacze w okolice maksa. Sytuację ratuje lekki zator, który zwalnia tempo biegu. Czuję jednak po sobie, że to nie jest okres na zawody dla mnie. Wpadamy na górę i biegniemy ścieżką przez las. Jakaś dziewczyna za mną zahacza o korzeń lub coś podobnego i zalicza mocne przyłożenie – mam wrażenie, że aż szyszki podskoczyły w lesie od uderzenia o ściółkę. Podnosi się jednak bardzo szybko i leci dalej. Mija mnie Błajet, jak zawsze w swoim stylu niczym cyborg na bezdechu i po chwili Pan Kot ciut bardziej zipiący i dyszący, ale to tylko gra pozorów bo tutaj jest moc i pojemność a maszyna dopiero się rozgrzewa – ot taki diesel z turbiną, która łapie dopiero na pełnych obrotach i po rozgrzaniu. Zaczyna się ostry zbieg polem do drogi i wracamy w kierunku strefy zmian. Niby około 2 kilometrów ale czuję, że narzucone tempo to nie spacer. Przy strefie mam już dłuższą chwilę straty do czołówki i „naszych”. Całość nadzoruje Runner, który przekazuje mi info co do mojej pozycji – słyszę, że jest dobrze – myślę sobie Runner by mnie nie kłamał 😉

11

Etap II rower – jestem zwycięzcą, kim jestem, jestem zwycięzcą…

Gdy dopadam w strefie zmian do SPDów to wiem, że poświęcę chwilę na uspokojenie oddechu. Uspokoić się i złapać rytm – to podstawa. Dobiegam do końca strefy i wsiadam na rower. Od pierwszej sekundy wiem, że to jest to co lubię najbardziej. Początek to polna droga ukryta wśród pól. Zaczynam mocno kręcić, po chwili oddycham już jak powinienem a noga chyba zadowolona z obrotu sprawy. Ostry zakręt w lewo i kręcimy przez pola w kierunku miejscowości Skrzynki. Po chwili kolejny skręt i lecimy już na Tomice. Mijam co chwila kolejnych zawodników. Myślę sobie czy aż tak mi dobrze idzie czy aż tyle czasu straciłem w strefie zmian. Mniejsza z tym, ważne, że idzie. W okolicy Lisówek kręcimy w piaszczystą drogę, która kręci w lewo w pole. Tu zaczyna się pierwsza masakra. Wiatr dmucha tak mocno, że nie mogę ukręcić. Mam wrażenie, że stoję w miejscu. Oczywiście standard czyli reszta zawodników ładnie chowa się za mną unikając zbędnych oporów powietrza. Ot takie prawo natury – trzeba było urodzić się mniejszym to i problem byłby mniejszy a tak to pozostaje nucić w głowie słowa Beatki Kozidrak „…Jesteś żaglem, szalonym wiatrem
Twoja siła to skarb…” I tak prawie z pieśnią na ustach docieram do lasu gdzie mieści się strefa B 28 dywizjonu rakietowego Obrony Powietrznej a raczej to co z niego pozostało. Na pewno nie wieje, to po pierwsze 😉 Po drugie trasa tutaj trochę kręci, jest też i krótki podjazd jak i strażak mówiący o ostrym zjeździe. Myślę sobie ostry czyli pewnie coś w stylu MTB Trilogy czy Beskidy Trophy – tyłek za siodło i spinka…. Zjazd był i owszem, ale taki bardziej jak z krawężnika 🙂 oczywiście robię sobie tutaj jaja, ale pamiętać trzeba, że nie każdy ze startujących w Żarnowcu to stały bywalec tras w Mieroszowie dlatego ostrzeżenie jak najbardziej na propsie. Wypadamy z lasu i kierujemy się na północny – zachód przez pole. Znowu wieje tak, że ciężko coś ukręcić, Mijam kolejnych kilku zawodników. Ostry skręt w lewo i wracamy na polną drogę, którą zaczynaliśmy. W oddali widzę już strefę zmian. Po chwili zeskakuję z roweru i biegnę już przez nią. Runner cały czas kontroluje stawkę i krzyczy, że jest dobrze – no dwa razy na pewno by mnie nie kłamał 😀 Docieram do mojego miejsca. Zdejmuję SPDy i siadam na trawie zmieniając buty i popijając picie. Łapię też żel, który zamierzam wciągnąć bo już lekko na odcince. Chyba trochę za bardzo się rozluźniam bo dostaję burę od Runnera, że to nie piknik. Ruszam na drugą pętlę biegową…

Etap III bieg – gmina Dopiewo kolebka biegów górskich…

Początkowe kilkaset metrów to ta sama piaszczysta droga, którą biegliśmy na początku do Źródełka. Po chwili kręcimy jednak w prawo w las i pod górę robimy zwrot o 180 stopni. Nie mogę złapać rytmu. Dusi mnie oddech a nogi nie chcą nieść. Wrzucam żel, który zapomniałem zjeść w strefie. Biegniemy bokiem koło statu i strefy zmian. Przez mostek i w las. Tutaj płasko i szeroko, ale cała zabawa dopiero przed nami. W połowie drugiego kilometra trasa kręci w lewo i zaczyna się pierwszy podbieg na tej pętli. Jest mocno trailowo – tętno skacze wysoko a noga wyszukuje dobrego podparcia między korzeniami. Na górze myślę sobie OK no to teraz do mety. Sprawa nie jest jednak taka prosta 🙂 Zbiegamy w dół po kostki w piasku by skręcić ostro w prawo i wbiec z powrotem takim samym piaskiem na górę. Tutaj nie ma odpoczynku bo znowu lecimy w dół i zaczyna się trzeci grząski podbieg. Nie mam już siły, nogi palą bardzo mocno. Podchodzę powoli na wzniesienie. Teraz w dół i łapanie oddechu na leśnej drodze. Wracam do odpowiedniego rytmu. Biegniemy drogą, którą dziki poryły na każdym milimetrze po czym wbiegamy w kukurydzę. Teraz polna droga i ostatni podbieg pod Żródełko. Tutaj nie mam już totalnie sił. Czuję się jakbym szedł na Rysy z plecakiem na 5 dni spania w Tatrach. Na górze uśmiech na ustach i pędem w dół. Zeskakuję z ostatnich czterech schodków – twardo ląduję na ziemi – co za debilny pomysł, czuję, że byłem tu na granicy zrobienia sobie kuku… Ostatnie 500 metrów do mety lekko pod górę. Mijam jednego zawodnika, teraz już tylko ostatnia prosta… Szalejący tłum kibiców i meta 😉 Czas 1:08 coś tam… Wykręcam miejsce #33 w OPEN i #15 w M3.

14 Na mecie czas na posiłek regeneracyjny i ciepłą herbatkę. Każdy siedzi zawinięty ładnie przez panie na mecie w folie termiczne. Wymiana uwag i komentarze co do trasy. Kolega Błajet kończy zawody #14 OPEN i #6 w M3. Pan Kot #7 w OPEN i #3 w kategorii. Dla obu serdeczne gratulacje!!! Odbieramy rzeczy z depozytu i zabieramy rowery ze strefy zmian po czym udajemy się na parking zapakować do auta. Kilkanaście minut jazdy i w domu – tak to można startować:D

13Podsumowując: organizatorzy kilku większych imprez w Wielkopolsce mogliby uczyć się jak organizować zawody i jak ułożyć trasę tak żeby wycisnęła wszystko z zawodników jak i z okolicy… Nie ukrywam, że jestem mega zadowolony, że takie zawody odbyły się u nas na domowym podwórku i mam nadzieję, że zagoszczą na stałe w kalendarzu imprez! Dla życiowych marud oczywiście mogę ze spokojem przyznać, że nie jest to połączenie rowerowego Beskidy Trophy z biegową La Trans Gran Canarią, ale jak na nasze wielkopolskie warunki to naprawdę zacna impreza. Organizatorom serdecznie gratuluję organizacji tak udanej imprezy a wszystkim tym, którzy nie dotarli sugeruję zapisać się na kolejną edycję jak tylko pojawi się pierwsze info bo naprawdę warto!!!

Żarnowiec Cross Duathlon czyli chipów pomiaru czasu do buzi nie wsadzamy !!!
avatar
3 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
Pan KotSylwiaKrzysiek Recent comment authors
Krzysiek
Krzysiek

Świetna relacja! Jako wychowanek Jury Krakowsko-Częstochowskiej jestem pod wrażeniem trasy i możliwości terenowych woj. wielkopolskiego. Nie spodziewałem się takiej wypruwającej płuca końcówki biegowej. Na prawdę szacun dla organizatora.

Sylwia
Sylwia

Aż mnie ciarki przeszły. Tak było. Bałam się przyznać głośno, że było tak ciężko… ale skoro taki facet to mówi to powiem tylko…uff… no jest ze mną tak źle; )
I to ja tak przez ten korzeń się pokulałam!!! Spektakularna gleba na samym początku biegu… kolano jeszcze boli…ale, co zabawne, nie czułam tego do końca zawodów.
Świetna relacja- dziękuję bardzo, miałam przez chwilę wrażenie, że jestem tam znowu.

Pan Kot
Pan Kot

Widzę, że też się nabrałeś na to moje sapanie po pierwszym km. To oczywiście taka taktyka;) Impreza generalnie Kozak! Do poprawy na przyszłość to wyeliminowanie wąskiego gardła po kilkuset metrach pierwszego biegu; bez wcześniejszego rozciągnięcia stawki korek murowany. Cała reszta pro!

%d bloggers like this: