Beskidy Ultra Trail zawitały w kalendarzu już dawno temu. Pierwszy wybór padł na trasę 130 kilometrów, jednak podczas zapisywania nie skojarzyłem, że dwa tygodnie później będę miał do przebiegnięcia trasę 150 kilometrów. No troszkę mało czasu na regenerację… I tak na kilka tygodni przed planowanym startem skróciłem dystans do 90 kilometrów. Tuż przed wyjazdem na południe dopadło mnie jednak jakieś przeziębienie i po szybkiej konsultacji z trenerem zdecydowaliśmy, że najbezpieczniej będzie śmignąć trasę 60 kilometrów, która oferowała prawie 3900 metrów przewyższeń. Jednym słowem nudno nie będzie 😉

W podróż do Szczyrku wybrałem się w piątek z samego rana z mega pozytywną ekipą, która szukała towarzystwa na ten wyjazd. Okazało się, że świat jest mały i prawie jesteśmy sąsiadami 😉 W drodze na południe Polski udało się jeszcze odwiedzić jedną z wrocławskich nekropolii i utknąć w dwóch korkach gigantach na mojej ukochanej A4. Czas zleciał jednak bardzo szybko i już kilka godzin po południu na horyzoncie pojawiło się Skrzyczne. Brrr… Zrobiło mi się od razu jakoś nieswojo, a w głowie przypomniałem sobie sceny z zatrucia podczas Stumilaka. Samo Skrzyczne zdawało się też do mnie wołać w promieniach palącego słońca – „No witam ponownie wrażliwy brzuszek, co tym razem też okażesz się mięczakiem?” Starałem się nie wchodzić jednak w polemikę i skupiłem swoją uwagę na milszych rzeczach. Po dotarciu do Szczyrku podskoczyliśmy bezpośrednio do biura zawodów mieszczącego się w amfiteatrze przy skoczni i odebraliśmy pakiety.

Dostałem też podwózkę pod hotel za co ponownie bardzo serdecznie dziękuję! Szybki wyskok na miasto, jakieś zakupy. Ważne żeby nie jeść głupot przed startem i nie zrobić powtórki z rozrywki. Kupuję więc jakąś standardową szamę i udaję się na odprawę. Organizator przedstawia wszystko ze szczegółami. Zapowiada się ładny dzień, ale miejscami może być chłodno. Zwłaszcza rano.

Po zakończeniu odprawy wracam do bazy. Tutaj niestety niemiła niespodzianka bo imprezę integracyjną ma pod moimi oknami ekipa pewnego banku, którego nazwa zawiera literki „P”, „K” oraz „O”. Zamykam okno, wrzucam na szkiełko mecz naszych siatkarzy i dopakowuję ekwipunek. Chwila moment i jestem gotowy.

Wymyk, odmyk i przykładam głowę do poduszki. Czekam mnie pobudka około 03:00 rano, start o 04:00. Odjeżdżam na białą salę… Nagle coś wali mi w głowie, otwieram oczy, patrzę na zegarek. Jest coś po 01:00. Bankowa ekipa zakończyła melanż na zewnętrznym i przeniosła się na hotelowe korytarze. Darcie się na cały głos, śmiechy, smród fajek z korytarza gdzie na każdym metrze kwadratowym wisi z dziesięć znaków o zakazie palenia. Warto też dodać, że sam hotel to jedno z miejsc gdzie bardzo łatwo zauważyć w realnym życiu „efekt motyla”. To jeden z tych budynków gdzie motyl latający po korytarzu na parterze powoduje skrzypienie podłogi w na piątym piętrze w drugim skrzydle. Słychać wszystko, a co gorsza po korytarzach nie latają motyle a najebane babki z bankowych okienek w klasie Glorii z Madagaskaru… Rozpoznać można, że rykowisko w pełni. Nie wspomnę już o waleniu w drzwi mojego pokoju co kilka minut. Osiągam powoli masę krytyczną… Na szczęście towarzystwo przenosi się gdzieś w inne miejsce, a ja odpływam w rejs na poduszce. Budzik niestety nie daje mi zbyt długo pospać. Szybkie mycie, ubieranie i coś na ząb. Otwieram okno – pada – fuck! Prognoza pogody mówi jednak jasno, że deszcz powinien za chwilę ustąpić. Dzieje się tak dokładnie gdy wychodzę z hotelu. Lecę na start, poddaję się kontroli sprzętu i czekam w sektorze na start. Nie pada, ale jest chłodno i wilgotno. Dla mnie na pewno nie na krótkie ciuchy, ale chociaż nie ma musu ubierania kurtki. Trasy 130, 90 i 60 kilometrów zaczynają razem. Jest całkiem sporo osób. Ostateczne odliczanie i start!

Początek wzdłuż Deptaku nad Żylicą gdzie w czerwcu właśnie przed Stumilakiem łowiliśmy z kolegą Marcinem pstrągi i zajadaliśmy feralną pizzę… Ehhh… Po chwili wbiegamy do centrum Szczyrku gdzie mijamy dwie sale weselne. Komentarze z tłumu takie, że w tym roku słabi weselnicy bo już po imprezie, gdzie w roku ubiegłym balet był jeszcze w pełni o tej godzinie. Skręcamy w ulicę Górską i kierujemy się niebieskim szlakiem do Sanktuarium Matki Bożej Królowej Polski „Na Górce”. Cały czas szeroki asfalt więc stawka mocno podaje do przodu. Odbijamy jednak na kamienisty szlak i zaczyna się mocniejsza wspinaczka z minimalnym zatorem na początku. Dobiegamy na Siodło pod Klimczokiem. Jest jeszcze pełna noc i nad okolicą usiadła gęsta mgła. Widoczność bardzo mocno ograniczona. Zastanawiam się nawet przez chwilę co widzi czołówka biegnąca szybko, łatwo o pomyłkę. Ja mam komfort w postaci zawodników przed sobą, którzy i tak co chwila nikną mi w ciemnej otchłani… Podbiegam i prawie dokładnie po godzinie od startu melduję się na Klimczoku. Zaczynamy zbieg. Co chwila potykam się we mgle o jakieś kamienie, na szczęście nie jest przesadnie stromo. We mgle po prawej stronie dostrzegam jakiś blado – żółty okrąg. Z daleka wygląda jak reflektor przeciwlotniczy z okresu drugiej wojny światowej. Spoglądam na niego i puff! Błysk! Lecę w dół zbocza myśląc co to kurwa było… Gdy prawie odbijam się od Jacka Deneki z Ultralovers już wiem, ze była to lampka do zdjęć. Ja pikole w oczach błyska się jeszcze dobre kilkaset metrów.

Gdzieś w okolicy dziewiątego kilometra słyszę jakiś hałas przede mną i kątem oka w czołówce widzę osoby biegnące nam naprzeciw. Myślę sobie – no ktoś rano wcześnie trenuje 😀 Po chwili wrzask i tupot kopyt – to nie biegacze, a dwie spłoszone łanie wypadły z krzaków pod nasze nogi. Jedna mija o milimetry zawodnika koło mnie, druga zaplątuje się w chaszcze i walczy żeby się wydostać. W końcu zrywa trzymającą ja roślinność i dwoma susami ucieka w górę szlaku znikając w ciemności rozbijając przy tym prawie biegaczkę przede mną. Ufff… Przyjąć takie rozpędzone 150 kilogramów nie byłoby zbyt miłym doznaniem. Zbiegamy dalej mijając chłopaka, który rozwalił staw skokowy. Pytam czy mu pomóc jednak odmawia stwierdzając, że dotoczy się te kilkaset metrów do punktu w Bystrej, który owszem jest zaraz za zakrętem. Wpadam na niego prawie dokładnie 90 minut po starcie. Coś na ząb i lecę dalej. Wody mam wystarczająco więc nie muszę tankować. Kierujemy się czerwonym szlakiem w kierunku Równej. Tam odbicie na zachód i niebieskim szlakiem przez Schronisko Stefanka do Koziej Góry.

Sądząc po znakach znajdujemy się w samym sercu ścieżek Enduro Trails. Nie udało mi się tutaj jeszcze dotrzeć na fullu, ale wycieczkę biegową będę już miał odhaczoną 😉 Kręcimy na żółty szlak przebiegając przez Kołowrót i po kilku dobrych minutach znajdujemy się na stacji górnej kolejki na Szyndzielni. Powoli zaczyna się robić widno. Kręcimy w prawo koło kolejki i zbiegamy zielonym szlakiem do schroniska PTTK na Dębowcu. Tam w lewo i robimy lekką pętlę zakręcając szlakiem konnym, zamykając ją dokładnie na Cybernioku. Tutaj kręcimy na Przełęcz Dylówki zbiegając do Doliny Wapienicy meldując się na kolejnym punkcie odżywczym.

Dozbrajam się w kilka kilokalorii i uzupełniam bukłak. Przed nami ponad 300 metrów wspinaczki na Błatnią. Mijamy całkiem sprawnie kolejne etapy niebieskiego szlaku, czyli Kopany, Palenicę i Przykrą. Koło godziny 08:45 meldujemy się pod schroniskiem na Błatniej. Jesteśmy plus minus za połową dystansu. Czuję się zaskakująco dobrze jak na mój stan przedstartowy. Nogi ok, głowa ok. Na dodatek zaczyna się robić ładna pogoda. Wiatr rozgania chmury, a słońce lekko ogrzewa okolicę. W sam raz na bieganie! Kręcimy zielonym szlakiem mijając Wielką Cisową i zbiegamy w kierunku miejscowości Brenna.

Odbijamy jeszcze na czarny szlak i po chwili wbiegamy do centrum miejscowości odwiedzając kolejny punkt kontrolny znajdujący się przy amfiteatrze. Jest 09:15, a my mamy w nogach jakieś 37 kilometrów trasy. Tutaj tak naprawdę zaczyna się już początek podejścia, którego koniec wypadnie na Skrzycznem. Droga jednak daleka bo przed nami ponad 900 metrów w górę (i dobre kilkadziesiąt jeśli nie więcej w dół) i grubo ponad 15 kilometrów dystansu. Na początek przebiegamy przez rzeczkę i rozpoczynamy dosyć stromą wspinaczkę przez Krzywónek i Horzelicę dobiegając finalnie na Stary Groń. Tutaj lekko w dół i prosty oraz całkiem równy odcinek aż do Grabowej. Momentami jest trochę błota, ale poza tym bez atrakcji.

Po pokonaniu podbiegu na końcu docieramy do Białego Krzyża i Przełęczy Salmopolskiej. Mamy okolice 45 kilometra. Mieści się tutaj ostatni punkt kontrolny i bufet. Uzupełniam kalorie i płyny w bukłaku. Wsuwam też ciepły posiłek zagryzając arbuzem – baja 😀 Czas jednak ruszać dalej. Przecinam drogę łączącą Wisłę ze Szczyrkiem i zaczynam podbieg do Malinowskiej Skały.

Ten teren znam doskonale z rowerowej etapówki Beskidy Trophy jednak przyznać trzeba, że poziom percepcji jest zupełnie inny podczas biegu niż podczas jazdy MTB. Do Malinowa idzie dosyć mozolnie, ale drugi etap pokonuję już całkiem sprawnie. Przy Malinowskiej Skale rzut okiem na majaczące w oddali Skrzyczne. Wrażenie jest takie jakby było do pokonania grubo ponad 20 kilometrów.

Uspokajam głowę i zaczynam podejście zielonym szlakiem pod Kopę Skrzeczyńską i Małe Skrzyczne. Całkiem sporo ludzi idzie w przeciwnym kierunku dopingując mocno zawodników. Jeszcze ostatni wysiłek i melduję się na schronisku pod Skrzycznem. Jest kilka minut przed południem. Kurczę zakładałem, że będę tutaj zdecydowanie później… No to extra 😀

Słoneczko świeci radośnie rozgrzewając okolicę. Nadal biegnę jednak na długo. Nie chce mi się stawać i przebierać poza tym nie ma jakiegoś przesadnego skwaru. Zbiegam stokiem narciarskim w dół i po kilkuset metrach kręcę w prawo pod górę wylatując poza niebieski szlak.

Ścieżka zaczyna mocno opadać i jest z tych mocno wybijających z rytmu. Wszelkiej maści kamienie, głazy i inne skały skutecznie utrudniają równy bieg. Po pewnym czasie robi się jednak bardziej przyjaźnie i można dorzucić do pieca. Sam szlak zmienia się w miękką, leśną, ale stromą ścieżkę. Dobiegamy nią do jakichś zabudowań i po kawałku asfaltem zaczynamy turbo ostre podejście. Podobno nachylenie tego odcinka to ponad 36% – nie wiem, czy to prawda, ale wiem, że przeklinałem na głos organizatora 🙂 Na dodatek słońce zaczyna już naprawdę mocno grzać, co nie poprawia sytuacji. W końcu jestem na górze, teraz zbieg i 2-3 kilometry ścieżkami pod Skalitem. Po chwili docieramy do Przełęczy Siodło. Teraz już tylko kamienisty zbieg i betonowe płyty do mostka na Żylicy.

Foto: Miśka

Ostro w prawo i już ostatnie metry deptakiem. Skręcam w lewo przez furtkę, którą wybiegałem w nocy i przecinam linię mety przy amfiteatrze w Szczyrku!

Przed startem, gdy zakładałem spokojny, treningowy bieg wyszło mi, że na mecie chciałbym zmieścić się w 12 godzin. Dużo, ale miało być totalnie na luzie. Finalnie dystans 63 kilometrów i 3900 metrów przewyższeń pokonałem w 09:24:11 zajmując 53 miejsce OPEN na 209 zawodników. Biegłem na pełnym luzie, no może poza końcówką od Skrzycznego gdzie trasa momentami doprowadzała mnie do szału 😉 Podsumowując wybór krótszej trasy zamiast 130 czy 90 kilometrów był strzałem w dziesiątkę. Dłuższy dystans nie dałby mi tyle frajdy i zabawy.

Na mecie odbieram pamiątkowy medal i wychylam bezalkoholowe piwo na Ż po czym wracam do mojego imprezowego hotelu. Banksterzy leczą kaca snując się po korytarzach. Doprowadzam się do stanu używalności i schodzę do centrum Szczyrku na kolację z moimi towarzyszami podróży. Po bardzo miło spędzonym czasie wracam na nocleg szykując się na oglądanie finału Mistrzostw Świata w siatkówce. Otwieram piwko i … budzę się rano  😀 Ważne, że chłopaki dali radę i zostali najlepszą ekipą naszego globu!!! Teraz już tylko pakowanie i rozpoczynamy powrót do domu. W Poznaniu meldujemy się późnym popołudniem. Agnieszka, Tomasz dzięki za wyprawę i bezpieczną podróż!

Teraz aktywna regeneracja i odpoczynek bo za niecałe dwa tygodnie wyprawa do Krynicy Zdrój i Łemkowyna Ultra Trail…

Z BUTem wjeżdżam w Beskid Śląski…
avatar
%d bloggers like this: