W miniony weekend miałem biegać po Torze Poznań podczas zawodów duathlonowych. Byłem tam zapisany od dłuższego czasu w związku z tym, że imprezka zeszłoroczna bardzo przypadła mi do gustu 😀 Kilka tygodni temu jednak, kolega Marcin poinformował mnie o pierwszej edycji Władcy Pierścienia , czyli biegu ultra o długości 168 kilometrów rozgrywanym na trasie Pierścienia Rowerowego Dookoła Poznania. Na początku nie byłem zbytnio zainteresowany jednak z biegiem czasu myślałem o tym co raz częściej i w końcu doszedłem do wniosku, że będzie to doskonały test przed długimi, letnimi wyzwaniami biegowymi. W końcu do tej pory nie biegałem takich dystansów, a trasa „blisko” domu zwiększała szanse, że jeśli umrę to raczej nie zjedzą mnie niedźwiedzie lub wilki, a ktoś z rodziny odwiezie mnie do domu w celu dojścia do siebie. Martwiła mnie tylko potencjalna nuda i brak atrakcji na trasie co zawsze powoduje, że moja głowa myśli o tym żeby pójść sobie do domu. Ciekawość jednak wygrała i po pewnym czasie widniałem już zapisany na liście biegu. W piątek szybkie planowanie. Miało być całkiem ciepło w ciągu dnia z silnym wiatrem, w nocy temperatura miała spaść do kilku stopni. Zdecydowałem się nie testować opcji full – autonomicznej i przygotowałem po paczce na każdy z dwóch zaplanowanych przepaków. Jeden powinien wypaść przed nocą, drugi przed pobudką słońca w niedzielę. Pełen komfort gdy nie trzeba ze sobą wszystkiego targać 😉

W sobotę rano pobudka i lecimy po Marcina obierając po chwili kierunek Murowana Goślina gdzie mieści się baza biegu. Na miejscu tłumów nie ma, ale widać, że przypadkowe osoby tutaj nie trafiają 😉 Odbieramy pakiety, rozdysponowujemy rzeczy na przepaki, wrzucamy na ruszt kilka kalorii i wysłuchujemy przedbiegowej odprawy. Trasa kosmetycznie zmieniona względem GPX ściągniętego z trasy, powinno być OK, nawet w nocy. Na dworze słonecznie, ale wieje silny, zimny wiatr.
Na starcie ustawia się 27 zawodników indywidualnych i kilka osób ze sztafet. Odliczanie i ruszamy w drogę!
 
W głowie mały mętlik. Co to będzie, jak biec, czy dam radę…? Eeee no nie ma co panikować. Biegnę dookoła Poznania, mam kasę – jakby co rozbiję bazę w przydrożnym barze, zamówię piwo i poczekam na transport. No tak, ale nie o to w tym wszystkim chodzi. Biegnę więc ze spokojem w tempie 05:45/06:00. Jest to poziom, który trzyma mnie cały czas w drugim zakresie tętna i pozwala na swobodne przebieranie nogami „bez większego wysiłku”. Wiadomo, że nie utrzymam tego tempa na całej trasie, ale na ten moment odpowiada mi ono w zupełności, jestem bardzo głęboko w strefie komfortu. Wybiegamy z Murowanej w kierunku Rakowni i wpadamy do Puszczy Zielonki.
Bardzo malownicze kilka kilometrów zlatuje bardzo szybko. Trasa płaska, ale czasami jakiś pagórek wpada pod buty. Po kilku kilometrach wpadam na asfalt w miejscowości Zielonka. Byliśmy tu ostatnio z ekipą na duathlonie. W „centrum” miejscowości ustawiony został dodatkowy punkt odżywczy przez ekipę z Czerwonaka (jeśli dobrze pamiętam). Chwytam kubek izo, dowiaduję się od ekipy, że za zakrętem w prawo i do mety 500 metrów 😛 Podbieg i lecę drogą leśną, którą z kolegą Błajetem testowaliśmy samochodowy off-road podczas dojazdu na wspomniane zawody. Kolejne kilka kilometrów i dobiegam w okolice lotniska w Bednarach. Tutaj dopada do mnie kolega Eryk, który oznajmia, że zna trasę doskonale po czym kilkaset metrów dalej okazuje się, że biegniemy w złym kierunku 😉
Nadrabiamy trochę polami i zbiegamy się z Marcinem i resztą ekipy, która biegnie według trasy. Odcinek płytami, Bednary, Wronczyn i kierunek Promno gdzie znajduje się PK1. Jest 25 kilometr, a mnie strasznie bolą nogi. Opcje są dwie: nowe buty, opaski kompresyjne… Rozmyślam o tych tematach biegnąc kolejne kilka kilometrów. W Promnie łapię kilka kubków picia, uzupełniam bukłak i lecę dalej.
 
Przebiegam przez trasę Poznań – Gniezno i tory kolejowe wpadając do lasu. Gdy wybiegam z niego po kilku kilometrach w okolicy miejscowości Góra zaczyna się bardzo nudny i wietrzny odcinek polami. Niby słońce pali prosto w czoło, ale wiatr jest zimny. Momentami jest całkiem rześko. Na polach pod Kostrzynem umieram po raz pierwszy (troszkę wcześnie…).
Ból nóg jest bardzo mocny. Mega dziwna sprawa bo dystans wielokrotnie przebiegany w o wiele cięższym terenie. Znowu myślę o nowych butach i opaskach. W Kostrzynie szybki trawers przez rynek i kieruję się na Tulce. Gdy przebiegam koło dworca PKP akurat nadjeżdża pociąg do Poznania. A gdyby tak to wszystko pierdyknąć i pojechać na Poznań Główny…?
Nie ma co marudzić, lecimy dalej. Cały czas biegnę spokojnym tempem. Gdzieś na polu za Kostrzynem zegarek informuje mnie, że właśnie pobiłem swój rekord życiowy w maratonie o ponad 40 minut. Super! Asfaltowy maraton biegłem raz, bez przygotowania i doczołgałem się na metę z czasem 04:57. Tak więc no cieszę się, że pobiłem go w końcu 😉 😛 Jedno jest pewne maratonu asfaltowego nie planuję już nigdy pobiec tak więc czas w tej dziedzinie traktuję tylko i wyłącznie informacyjnie. Mijam Trzek, Gowarzewo. Wypijam całe picie. Suszy mnie strasznie, na szczęście jest jakiś lokalny sklep gdzie uzupełniam płyny. Po kilku kilometrach są i Tulce. Tutaj czeka na mnie PK2.
 
Procedura ta sama – jedzenie, picie, uzupełnianie płynów, kilka zdań z obsługą i można ruszać dalej. Czuję się o wiele lepiej, ból mija. Gdy przebiegam nad A2 napotykam innego zawodnika, który walczy z problemami żołądkowymi. Nie wygląda zbyt szczególnie. Mówi jednak, że da radę dotrzeć do Kórnika i tam się wycofuje. Biegnie mi się bardzo dobrze.
Robakowo, kładka nad S11, Borówiec i kierunek Kórnik. Napotykam odcinki piaszczyste, ale głównie biegnę po asfalcie. Zaczyna mnie to mocno denerwować i dobijać. Przed miastem wyprzedza mnie jakiś lokalny biegacz, który robi trening w zdecydowanie wyższych zakresach tempa niż ja. Dopinguje mocno i leci dalej. Ja spokojnie poruszam się w kierunku celu. Przebiegam przez rynek, wzdłuż jeziora i koło zamku (Białej Damy nie stwierdzono…).
Po kilku kilometrach, w Bninie, czeka na mnie PK3 będący też przepakiem.
 
Na spokojnie zjadam zupę pomidorową i zagryzam czymś słodkim. Ładuję bukłak i otwieram torbę z rzeczami na przepak. Końcówka była już całkiem chłodnawa gdy słońce zaczynało chować się za horyzontem. Ubieram więc długie spodnie, termo, czapkę i buffa. Czołówka na głowę i obowiązkowa kamizelka odblaskowa na plecy. Doładowuję tez jakieś batony i żele. Resztę zostawiam na punkcie i ruszam w drogę. Kurtka jeszcze w plecaku, razem z zabranym powerbankiem i bateriami do czołówki w razie W. Po przekroczeniu „obwodnicy Kórnika” zakładam kurtkę. Może i jest mi trochę ciepło, ale wszystko w normie. Zaczyna się niestety festiwal problemów żołądkowych. Widać mikstura różnych rzeczy z pomidorówką działa na mnie niezbyt dobrze. Po pewnym czasie dobija do mnie Jolanta Witczak ze swoją siostrą Wiesławą Karkowską w roli wsparcia na rowerze, zaopatrując w kilka tabletek na wyprostowanie żołądka. Wspaniałe kobitki. Z perspektywy czasu mogę jasno powiedzieć, że tylko dzięki nim ukończyłem ten bieg! Lecimy cały czas po asfalcie mijając Radzewice i Rogalin. W Rogalinie mała zmiana trasy, nie pobiegniemy przez park, a asfaltem. Po kilku kilometrach Rogalinek i most na Warcie. Lecimy dalej wzdłuż drogi gubiąc skręt trasy w las. Spostrzegam to po dłuższej chwili. Nie ma co szukać teraz powrotu, lecimy dalej przez tory kolejowe i koło Orlenu. Jakoś dobijemy do trasy. Dzwoni Ania z domu, która widzi z połączenia z moim zegarkiem, że kluczymy. Radzi gdzie i jak pobiec. Przekazuję jej, że nie wiem czy pobiegnę dalej bo żołądek robi cały czas pod górkę. Urywamy kilkaset metrów przez osiedle i wpadamy na PK4.
 
Tutaj spotykam stałą ekipę, którą mijam na każdym punkcie. Jest też i Eryk, który zaraz rusza dalej. Dziewczyny biegną przodem, ja uzupełniam kalorie i płyny. Dzwonię do domu. Jest już późno, ale Ania jeszcze nie śpi. Przekazuję jej, że podjąłem decyzję, iż biegnę dalej i jeśli cokolwiek się stanie to będę się martwił później. Życzę słodkich snów i spokojnej nocy rozmyślając o tym, że u mnie słodko raczej nie będzie 😉 Eryk przekazuje mi, że ktoś mnie szukał na odcinku, którym nie pobiegliśmy. Przecież miał tutaj na mnie czekać Łukasz, tak to musiał być on. Dzwonię do niego i ustawiamy się na spotkanie po podbiegu na ul. Spacerowej. Zaczynam więc podejście, spokojnie krok za krokiem. Po chwili jest i Łukasz z ekipą. Dostaję od niego tabletki przeciwbólowe w razie gdyby moje nogi zaczęły się ponownie buntować. Łykam jedną profilaktycznie. Patrząc z perspektywy czasu był to błąd, ale wtedy o tym nie pomyślałem. Łukasz biegnie ze mną pewien odcinek wprowadzając do mrocznego o tej porze WPNu. Rozstaję się z nim po zbiegu z okolic startu Forest Run i lecę sam w ciemności goniąc czołówki dziewczyn, które grają światłem gdzieś daleko z przodu. Dopadam do nich po kilku kilometrach. Ekipę wzmocnił Michał, syn Joli, który dołączył na rowerze do supportu. Biegnie mi się dobrze. Biegnie mi się dobrze, nogi nawet nawet, zmęczenie ogólne też w normie. Zaczynają lekko boleć mnie plecy. Las w koło cichy i spokojny, czasami tylko coś ryknie lub kwiknie z boku. Poza tym żadnych innych atrakcji bo ciemno jak w d. Widzę to co mam przed czołówką i chyba niekoniecznie jestem zainteresowany tym żeby zobaczyć coś poza nią czego nie chciałbym zobaczyć 😉 Trasa mija bardzo szybko. Marcin miał jednak rację, że w nocy czas jakby szybciej płynie. Mijamy Jezioro Witobelskie i dobiegamy do Stęszewa. Napotykamy zwartą grupę sąsiadów ze Wschodu głośno bawiących się na całego przy litrach wody ognistej i głośnej muzyce. W końcu prawosławna Wielkanoc 😀 Panowie mimo, że w klapkach to raczej bojowo nastawieni. Przebiegamy przez krajową „piątkę” z małą wymianą zdań z policjantką służbistką i lecimy na Dopiewo przedzierając się przez budowę trasy S5. Oznaczenia bardzo słabe, a mi na dodatek umiera Garmin. Próbuję go zrestartować jednak do końca biegu zostanę już offline. Po kilku kilometrach dobiegamy do wsi Mirosławki gdzie mieści się PK5.
 
W środku ładowanie węgli i uzupełnianie płynów. Wszystko w pośpiechu żeby nie tracić rozpędu 😉 Wybiegamy z punktu grupą kierując się na Tomice wzdłuż Jeziora Tomickiego. Kilka kilometrów dalej odwiedzamy Żarnowiec i jak dobrze mi znane tereny Źródełka. Teraz już tylko asfaltowy podbieg i przez tory na Berlin. Za nimi w lewo i jeszcze raz w lewo. Jakby zawrotka o 180 stopni. Za nami kilka świateł czołówek ekipy depczącej nam po piętach. Odbijamy w prawo na przejście dla zwierząt nad A2 i mijamy lądowisko w Zborowie. Zawsze zastanawia mnie kto tu mieszka 😀 Teraz długa prosta wzdłuż Jeziora Niepruszewskiego i przecinamy ul. Bukowską. Umieram po raz drugi – teraz jednak mentalnie… Do domu na szagę mam kilka kilometrów, do mety prawie 50… Głowa mówi mi że w domu będzie cisza, spokój, łóżko – trudno się z nią nie zgodzić. Wygrywam jednak te nierówną, psychologiczną walkę i biegnę dalej. Lusówko i skręcamy nad Jezioro Lusowskie. Jestem tutaj na treningu jakieś 4 – 5 razy w tygodniu. Dziewczyny z Michałem lecą kilkadziesiąt metrów przede mną. To przecież ich „domowy” odcinek, widać emocje robią swoje. Przy plaży kręcimy w lewo i brukiem do ulicy. W świetlicy w Lusowie mamy PK6 i drugi przepak.
Jest jeśli dobrze pamiętam około 05:00 rano. Szczerze? Nie pamiętam szczegółowo co robiłem na tym punkcie. Zjadłem rosół, napełniłem bukłak, zabrałem kilka żeli z przepaku. Poza tym nie ruszyłem niczego z przygotowanego worka. Kilka słów z ludźmi i ruszamy większą paczką w ciemną noc. Eryk ze wsparciem i kolegą lecą szybciej. Ja z dziewczynami „naszym” tempem. Mijamy Sady i przebiegamy nad obwodnicą. Powoli budzi się nowy dzień.
Wspominam słowa Marcina, który mówił, że dla niego najgorsze są poranki. Chyba też należę do tej grupy co on. Głowa chce spać, oczy się zamykają, ciało wskazuje, że czas odpocząć. Motywacja spada do bardzo niskiego poziomu. Jest naprawdę kiepsko. Teraz potrzebna jest mocna głowa – tylko ona pozwoli zwalczyć ten kryzys. Krok po kroku zaczynam wracać do żywych, mobilizuję się do dalszej pracy. Już przecież tak niedaleko. Przebiegamy przez Kiekrz i zbiegamy przez tory na Złotniki. Dosyć długi odcinek pośród pól okraszony promieniami wyłaniającego się zza horyzontu słońca. W końcu dobijamy do ul. Obornickiej i przecinamy ją kierując się na poligon wojskowy. Przed wjazdem na niego odbijamy jednak na południowy – wschód.
Gdzieś tam boczkiem, boczkiem i po kilku kilometrach docieramy do ul. Meteorytowej. Jeśli są meteoryty to musi to być Morasko. Na końcu wspomnianej ulicy jest PK7.
Te same procedury, te same czynności. Załadowany na full wybiegam po krótkiej chwili w dalszą trasę. Zaczyna się robić ciepło – nadal biegnę w cieplejszych rzeczach z nocki. Kręcimy na Park Las Moraski do ul. Poligonowej. Do mety jakieś 20 kilometrów. W Radojewie wpadamy na drogę do Biedruska. Początek po ścieżce, aby za chwilę biec już drogą. Ten odcinek to jakaś masakra. Ruch samochodowy strasznie męczy, ludzie jeżdżą jak wariaci. W końcu jest i wojskowe Biedrusko. Dopada nas dwójka biegaczy, która od Mirosławek siedziała nam na ogonie. Dziewczyny łapią drugi oddech i zaczynają przyspieszać. Zbiegam całkiem szybko jak na to zmęczenie do Warty i przekraczam most. Tuż za nim, przed Bolechowem, skręcamy w lewo na Promnice. Dostaję nagle strzał w obie nogi. Lewa łydka i prawe kolano przechodzą w tryb serwisowy. Ból jest nie do zniesienia. Tutaj umieram po raz trzeci. Zostaje daleko z tyłu za dziewczynami. Na szczęście Michał (za co mu tutaj mega serdecznie dziękuję) zostaje kilka minut za rodziną kontrolując czy żyję i informując ile kilometrów zostało mi do mety. Robi się strasznie gorąco. Rozbieram się w końcu z „nocnych” rzeczy, Michał zabiera je do plecaka. Próbuję coś podbiec, ale ból hamuje moje zapędy. Wszystko co mogę zrobić to potruchtać przez chwilę co kilkaset metrów. Odliczam każdy metr pozostały do mety. Jezu co za masakra. Kiedy to się skończy…? Mijam wsie Złotoryjsko i Mściszewo przecinając drogę #196. Meta na wyciągniecie ręki. Przechodzę pod obwodnicą Murowanej Gośliny i jestem już na ulicy, którą znam z biegu Murowana Dycha. Meta już za rogiem. Wdrapuję się przez osiedle na pagórek. Michał sprawdza mój stan po raz ostatni. Na górze widzę moja ukochaną żonę czekającą na mnie. Jej uśmiech daje zastrzyk emocji potężniejszy niż niejeden narkotyk. Wpadam jej w ramiona witając po ponad dobie rozłąki. Przed halą zbierają się ludzie, z głośników zaczyna lecieć jakaś podniosła muzyka. Motyw z filmu „Rydwany Ognia”? Nie wiem, mój mózg nie ogarnia aktualnie takich tematów. Wiem, że mam na imię Maciej i w sumie jestem zmęczonym, ale szczęśliwym człowiekiem. Jedno jest pewne – na pewno nie jest to motyw z „Jurassic Park”… Ostatnie kilkadziesiąt metrów do mety biegnę. O tym jaki to był bieg niech świadczy informacja, że nikt nie zdecydował się do tej pory opublikować zdjęć z tego finiszu 🙂 Jest i ona – meta – mnóstwo ludzi, zdjęcia, medal, gratulacje. Wchodzę do hali gdzie siedzi już cała wesoła gromadka. Dostaję gratulacje od zgromadzonych, przebijam piątki z innymi biegaczami i dziękuję tym, którzy przyczynili się do tego, że dotarłem na metę. Wypijam też piwko i wsuwam pierogi. A co, należy mi się! Kilka słów z organizatorem i zbieram się do domu. Nogi po wystudzeniu odmawiają posłuszeństwa. Poruszam się prawie na czworaka. Dopijam piwo i pakuję graty. W samochodzie po kilku minutach jazdy ucinam sobie drzemkę. W końcu jest i dom. Poruszanie się jest bardzo problematyczne. Tutaj ukłony dla Ani, która zajęła się mną i pomogła w wielu kwestiach. Kąpiel, piwko (a co!) i kładę się na chwilę spać. Już za kilka godzin będę siedział przy biurku w pracy. Euforia to zbyt słabe słowo, by opisać co czuję w związku z tym faktem… 😉
I tak oto mój pierwszy stumilowy bieg stał się faktem. Nie był górski i techniczny (na takie przyjdzie jeszcze kiedyś czas), ale nadal był dla mnie bardzo wymagający. Bieganie po takiej ilości asfaltu potrafi być bardzo męczące. Dorzucając do tego źle dobrane, nowe buty i niesłużące mi jednak na długich dystansach opaski kompresyjne przyznać muszę, że było ciężko. O wiele bardziej niż założyłem w moich przedstartowych rozmyślaniach. Dlatego raz jeszcze z tego miejsca chciałbym podziękować Ani za wsparcie za dnia i w nocy. Joli, Wiesi i Michałowi za pomoc na trasie. Łukaszowi za doładowanie moich akumulatorów w Mosinie, Marcinowi za to, że namówił mnie na start oraz wszystkim tym, którzy byli podczas tych zawodów duchem ze mną. Przed biegiem wyliczyłem, że na mecie pojawię się po jakichś 22 – 24 godzinach. Kontuzja pokrzyżowała jednak moje plany. Po pokonaniu 168 kilometrów trasy zameldowałem się na mecie w Murowanej Goślinie z czasem 24:04:47 zajmując 8 miejsce OPEN. Mimo, że nie lubię asfaltu (tak mam i tego nie zmienię) to sam bieg jest naprawdę wart polecenia. Dobra organizacja, ciekawa trasa i przede wszystkim bardzo mili i przyjaźni ludzie. No może warto zastanowić się nad lepszym oznaczeniem trasy, bo czasami ciut tego brakowało, ale to tylko luźna uwaga. A może warto chociaż zapisać w regulaminie, że jest to bieg ultra z elementami biegu na orientację – to dopiero będzie się działo 🙂 Tak czy owak serdeczne gratulacje dla organizatorów za pierwszą, oficjalną edycję tych zawodów! 
Do usłyszenia 😀  
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Władca Pierścienia – „nikt prawie nie wie, dokąd go zaprowadzi droga, póki nie stanie u celu…”

Dodaj komentarz

avatar
%d bloggers like this: