Pomysł startu w Winter Trail Małopolska wykrystalizował się gdzieś podczas wrześniowego Ultrajanosika. Dla mnie miał być to pierwszy w nowym sezonie start biegowy na dłuższym dystansie. Trasa o długości 48 km i przewyższenia w okolic 2800 metrów doskonale wpisywały się w grafik. Czas, jak zawsze zleciał bardzo szybko i przyszło pakować plecak na wyjazd. Jeszcze ostatnie perturbacje dotyczące środka transportu i w miniony piątek około 09:30 wyruszamy z poznańskiej Woli. Za kierownicą Darek, który zamiast wjechać po 500 metrach na autostradę robi jeszcze rundkę po poznańskich dzielnicach, bo „na Dąbrowskiego wywróciła się ciężarówka”.

Po zwiedzeniu Jeżyc, Starego Miasta i Nowego Miasta, bogatsi w wiedzę historyczną na temat owych dzielnic i ubożsi w czas kierujemy się na Łódź, a dalej jak to stwierdził Marcin „Greiserówką” w kierunku Katowic. Drogę umilają nam zapuszczane przez Marcina hity muzyczne z internetu 😀 Przed Krakowem lekko się korkuje, ale podejmujemy decyzję, że twardo jedziemy bez szukania objazdów. Obwodnice i Zakopiankę pokonujemy całkiem sprawnie prosząc co chwilę kierowcę aby stanął na jakieś jedzenie oraz w celu poszukania bankomatu. Nasze prośby nie zostają jednak wysłuchane bo: „…na miejscu są dwie restauracje, jedna na parterze druga na piętrze…”, „…bo na miejscu można na bank płacić kartą…”, „…a nawet jeśli nie można płacić kartą to na pewno jest na miejscu bankomat”. Większe miejscowości się kończą i lądujemy w Kasince Małej gdzie po staniu w jakimś mega korku udajemy się z buta do Biedy i wybłaganego bankomatu. Podjeżdżamy po wszystkim na umówione miejsce, z którego zabiera nas bus podstawiony przez organizatorów i wywozi na górny parking. Tutaj zabieramy wszystko co mamy i piechotą pokonujemy lekko ponad kilometr do Bazy Szkoleniowo – Wypoczynkowej „Lubogoszcz”. Na miejscu formalności startowe, zdanie odzieży sportowej dla potrzebujących i rozbijamy się w pokoju.

Oczywiście nie ma bankomatu, na piętrze nie ma restauracji i co gorsza nie ma jej też na parterze. Nie wiemy skąd Darek czerpał info przed wyjazdem, ale odpuszczamy temat gdy trafiamy do „mini-baru” wystawionego przez organizatorów. Są pierogi, jest piwko i coś słodkiego gdyby brakowało komuś glikogenu. Można na spokojnie usiąść i zregenerować się przed biegiem.

Nasz kolega kierowca z wdzięczności dla organizatorów za owy przybytek robi pokazowe gwiazdy na pagórkach przed budynkiem gdzie siedzimy. Do czasu… Nikt nie widział co się stało – może była to część strategii, może dzikie zwierzę kryjące się w ciemności, może jakiś konkurencyjny biegacz, może osunęła się ziemia, a może była to po prostu „Ręka Boga” – na te pytania nie poznamy już odpowiedzi. Na pewno nie był to błąd ludzki 😀 Pewne jest jednak, że Darek wrócił do nas z rozbitą i poodzieraną nogą w mało komunikatywnym nastroju. Współczuliśmy mu oczywiście bardzo mocno i poklepując po ramieniu po chwili udaliśmy się w salwach śmiechu do pokoju na spoczynek gdzie jeszcze pewien czas królowały hity Zenka Martyniuka i Sławomira. Wszystko zapowiadało się bardzo pozytywnie.

Był tylko jeden mały, aczkolwiek bardzo istotny problem – nie było śniegu… Mimo tego, że dwa dni wcześniej okolica usłana była jeszcze białym puchem to teraz gdzie okiem sięgnąć było czarno. Nie ma co ukrywać popsuło nam to humory przed startem.

Rano wczesna pobudka i polska wersja śniadanka kontynentalnego serwowanego w stołówce ośrodka. Najedzeni i napojeni udajemy się do pokoju w celu dopakowania sprzętu. Kwadrans przed 08:00 stoimy już w kolejce do kontroli wyposażenia obowiązkowego.

Wszystko idzie sprawnie i szybko. Czas na odprawę gdzie dowiadujemy się, że śnieg zalega tylko na samych szczytach. Jest zmarznięty i przewiany, a w wielu miejscach zostało tylko lodowisko. Poza tym czeka na nas goła ziemia, błoto, liście i kamienie.

Ogólnie jest dosyć ciepło, chyba kilka stopni „na plusie”. Niebo jest zachmurzone, ale nie pada i według prognozy taki stan ma utrzymać się do wieczora. Ostatnie kwestie organizacyjne, odliczanie i ruszamy na trasę!

Wybiegamy z bazy by po kilkudziesięciu metrach skręcić ostro w prawo na czarny szlak prowadzący na Lubogoszcz Zachodni. Przed nami 2 kilometry podbiegu i coś ponad 300 metrów przewyższeń. Błota raczej mało. Głównymi przeszkadzajkami są połamane gałęzie i kamienie pochowane w liściach zrzuconych z drzew.

Reszta ekipy mocno napiera do przodu, ja stawiam na spokojny początek bo sezon dopiero się zaczyna. Trzymam się gdzieś w połowie stawki. Im bliżej wierzchołka tym ziemia bardziej zmarznięta. Po chwili pojawia się śnieg i lód.

Na górze kręcimy prawie o 180 stopni i zbiegamy najpierw szlakiem czerwonym, a po chwili drogą poza szlakiem niecałe 2,5 kilometra do poziomu startu. Mocna nawrotka w lewo i zaczynamy wspinaczkę zielonym szlakiem na Lubogoszcz. Początek nawet całkiem stromy, ale bez innych atrakcji. Na górze oczywiście śnieg i lód. Gdy zaczynamy zbieg czerwonym szlakiem w kierunku Kasiny Wielkiej jest dosyć ślisko. Kilka osób zalicza efektowne gleby.

Mnie kijki też ratują tyłek w kilku miejscach. Po dłuższej chwili można już lecieć na pełnym bucie. Wybiegamy z linii lasu i przecinamy drogę #964 wpadając na drogę wśród łąk. Tutaj kilkaset metrów i wbiegamy na asfalt, który biegnie niecałe dwa kilometry do bufetu. Droga prowadzi lekko pod górę – w dużej części maszeruję, ale staram się też biec żeby nie tracić za dużo czasu. Przede mną rozpoznaję Magdę. Na bufet mieszczący się przy stacji kolejowej wpadam chwilę po niej. Na liczniku ciut ponad 11 km trasy. Szybkie „hejka, co u Cebie? Wszystko ok?” i każdy ogarnia swoje tematy. Dostrzegam jednak w oczach Magdy lekkie zwątpienie – „Kuźwa on mnie dogonił? Ja pierdole… Nie może tak być!”. Zostaję w tyle łapiąc kilka kostek żółtego sera, popijając colą. Na deser daktyle z czekoladą. O tak! Ja mam czas 😀 Uzupełniam bidon i lecę dalej. Trochę w prawo, trochę w lewo i po pewnym czasie zbiegamy z asfaltu wprost na jakieś wzniesienie. Z daleka wydaje się całkiem strome i spore, jest jednak całkiem znośne.

Po trzech kilometrach od bufetu po raz kolejny przecinam drogę #964 jednak tym razem na północ od Kasiny Dolnej. Jesteśmy gdzieś na Przełęczy Wielkiej Drogi. Za asfaltem skręt w prawo i wpadamy ponownie do lasu. Zaczynamy lekki podbieg pod Wierzbanowską Górę. Doganiam Magdę. Gdy ją wyprzedzam pytając „czy wszystko ok?” widzę, że jest lekko zmieszana. Odpowiada jednak, że wszystko OK. Gdy obracam się po raz kolejny zostawiając ją za sobą dostrzegam „to coś” w jej twarzy… To chyba modlitwa… Jej oczy wzniesione w niebo zdają się wołać: „Panie Boże nie mogę być na mecie za tym klockiem! On waży grubo ponad 100 kilogramów, a ja zwinna i lekka jak sarenka mam mieć gorszy wynik niż on? Przecież nie jem fast foodów, nie pije coli, nie ruszam alkoholu, regularnie trenuje! Mam nawet zeszyt od religii z podstawówki! A on??? Proszę daj mi moc!!!” Ja jednak lecę do przodu korzystając z tego, że czuję się bardzo dobrze, a niebiosa chyba akurat zajęte realizacją innych próśb. Wybiegam na Przełęcz Jaworzyce gdzie grupka kibiców mocno dopinguje biegaczy. Po kilku kilometrach podbiegu melduję się w drugim bufecie mieszącym się w Gościńcu pod Lubomirem. Tutaj szybkie uzupełnienie bidonów, coś na ząb i szansa na coś ciepłego. Napotykam jednak Marcina, który kręci się na bufecie i przekonuje mnie, że lecimy dalej bez popasu. W sumie nie jestem jakoś mocno głodny, dystans do następnego bufetu ludzki – dobra, biegniemy! Zaraz za nami z gościńca wyrusza Magda. Widać, że tam na górze przeszli do realizacji jej próśb bo mocno ciśnie na podejściu wyprzedzając naszą dwójkę. Marcin łapie się na zająca i zaczynają razem powoli oddalać się ode mnie. Nie ma co panikować, są lepsi, realizuję więc dalej swój plan – pełen spokój. Po kilkunastu minutach docieram na szczyt. Lubomir lekko zmrożony, jednak bez większej ilości śniegu. Mijam Trzy Kopce i skręcam na żółty szlak wiodący na południe. Przede mną 11 kilometrów „zbiegu” jak mówią mijani biegacze. Spoglądam dokładniej na mapę i wiem, że nie będzie to zbieg, a dosyć mieszany teren z kilkoma podejściami. Przydaje się nauka z poprzednich startów – jeśli coś nie jest pionowo w dół, niekoniecznie jest zbiegiem.

I tak właśnie też było. Niby w dół, ale cały czas z rytmu wybijały krótkie podejścia. Miało być szybko, a wcale zbyt szybko nie było. Podczas jednego z podbiegów poznałem nowego kolegę. Piggy towarzyszył mi przez kawałek trasy, ale znudził się dosyć szybko i wrócił na swoje włości 😉

Po zbiegu i dosyć nudnawym, płaskim, asfaltowym odcinku przecinam most ba Rabie i wpadam na ostatni bufet na trasie, który mieści się na obrzeżach miejscowości Lubień. Tutaj zatrzymuję się na dłuższą chwilę. Jest picie, jedzenie, uzupełnianie bidonów. Korzystam z uczty przygotowanej przez organizatorów w postaci pieczonych ziemniaków. Pro porada – jedząc pyry z ogniska podczas biegu nie śpiesz się – można się fest poparzyć… Ostatnie kilka chwil odpoczynku i lecę dalej bo robi się zimno. Przede mną kulminacyjny punkt programu czyli góra Szczebel z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Początek drogą wzdłuż „Zakopianki”. Równo ze mną biegnie „człowiek pająk” – zawodnik, którego używanie kijków ogranicza się do ciągnięcia ich bezwładnie po asfalcie (… że nie szkoda mu sprzętu…). Zostawiam go na szczęście w tyle i po podwiązaniu sznurowadeł biegnę co sił w nogach pod szczyt. Skręcamy w błotnistą drogę w lesie i zaczynamy wspinaczkę. Na początku raczej spokojnie, ale zdecydowanie w górę. Po chwili szlak zaczyna się zwężać i przechodzi w kamienistą ścieżkę.

Maszeruję spokojnie kontrolując tętno. Kilka razy mam wrażeni, że szczyt jest już blisko jednak brak śniegu jasno mówi, że to jeszcze nie teraz. Szczebel widzieliśmy doskonale z Lubogoszcza i było widać, że jest ośnieżony więc trzeba biec dalej.

Przedzieramy się przez powalone drzewa i osuwające się ze szlaku kamienie. Po kilku minutach docieram do Zimnej Dziury czyli jaskini mieszczącej się na północnym stoku na wysokości 655 m. n. p. m.. No to na szczyt jeszcze ponad 300 metrów w górę. Zaczyna bardzo mocno wiać, robi się dosyć nieprzyjemnie. Na dodatek nadciągają bardzo ciemne chmury. Myślę sobie, że zaraz zacznie padać. Powoli docieram do granicy gdzie zmarzniętą ziemię zaczyna pokrywać biały nalot. Po chwili podbiegamy już po zmarzniętym, zlodowaciałym śniegu. Jeszcze kilka minut i jest szczyt!

Pamiątkowe foto, chwila ogrzania przy ognisku i łyk wody. Nie ma co zbytnio celebrować, czas goni. Pamiętam cały czas o odwiecznej zasadzie, że „co wlazło na górę musi z niej zleźć…”. Początek zbiegu po śniegu jednak bardzo szybko zaczynają się „łamignaty” czyli zagłębienia w terenie wypełnione kamieniami i gałęziami zasypane liśćmi. Nie widać co jest pod spodem, a gdy człowiekowi utknie tam noga robi się naprawdę niemiło. Szlak zaczyna mocno opadać. Po chwili robi się tak stromo i ślisko, że gdyby nie kijki to kilka razy zaliczyłbym efektowny dupozjazd. Ze dwa razy łapię mini glebę jednak bez strat własnych. Kilku zawodników zatrzymuje się na okolicznych drzewach wyhamowując prędkość. Dobrze, że wystawa tutaj jest południowo – wschodnia bo gdyby był tu lód to mielibyśmy do czynienia z maskarą. Pokonuję ostatni stromy odcinek przedzierając się przez powalone drzewa. Jedno po drugim i kolejne, normalnie tor przeszkód. Dobiegam do strumienia.

Teraz można ciąć bo mimo, że nadal jest całkiem stromo to da się biec. Dobiegamy przez mostek nad Rabą do Mszany Dolnej. Teraz 90 stopni w lewo i jakieś 1,5 kilometra wzdłuż ul. Krakowskiej. Ten odcinek męczy mnie chyba bardziej niż podbieg na Szczebel. Nie odpuszczam jednak i trzymam tempo. W Kasince Małej skręt w prawo i zaczynamy podbieg do ośrodka Lubogoszcz. Początek asfaltem jeszcze biegowo, ale kamienistą końcówkę maszeruję spokojniejszym tempem. Wyprzedam jeszcze dwóch zawodników i mam przed sobą ostatnią prostą. Wiele osób wraca już z góry do aut ostro dopingując biegnących. Na metę wpadam pełnym biegiem, inaczej przecież nie wypada 😉 Medal, piwko, czapka „finiszera” i można poszukać ekipy. Na stołówce przy rozmowach zupa pomidorowa i plan co by tu zjeść konkretnego.

Wybór pada na lokalną plackarnię o magicznej nazwie „Szapo ba”, która zaopatruje nas w pizzę i kilka butelek złotego trunku. Wychodzimy naprzeciw dostawie obserwując kolejne osoby kończące bieg. Mija prawie 11 godzin od startu. Zbieg po nocy ze Szczebla musi być dosyć, jakby to ująć…, ciekawym doświadczeniem… Nie dochodzimy jednak do dolnego parkingu gdzie miał dotrzeć nasz transport bo kierowca z knajpy testuje off-roadowe parametry swojego auta.

Szybki powrót do pokoju w blasku czołówek i pochodni witających ostatnich biegaczy i można uzupełnić kalorie. Placki dają radę, jeśli ktoś będzie kiedyś głodny w okolicy to polecam 🙂 Przed nami wesoły wieczór, ale też szybka noc bo bieg zostawił na nas swoje piętno. Rano wczesna pobudka, śniadanie kontynentalne i pakowanie plecaków. Zaczyna padać śnieg… No chociaż teraz 😉 Niestety nie jest to jakiś spektakularny opad 🙁 Chociaż może i lepiej bo droga do domu obędzie się bez komplikacji.

Jeszcze ostatnie pamiątkowe foto i w bardzo dobrych nastrojach ruszamy do Kasinki Małej.

Przed nami kilka kilometrów marszu na parking do samochodu.

Humory dopisują, a w drodze towarzyszy nam oczywiście „Sławomir” 😉 Gdy wychodzimy zza zakrętu przed nami rozpościera się widok na Szczebel. Stoi sobie spokojnie spoglądając na nas przez zalesione zbocza.

Po wyjściu z wąwozu wychodzimy na asfalt i dobijamy do wsi. Teraz już tylko kilkaset metrów i parking. Skrobanie szyb i po chwili lecimy już w stronę domu. Trasa dosyć męcząca tak więc czapki z głów i podziękowania dla kierowcy Darka, który bezpiecznie odstawia nas do celu (tym razem bez objazdów 😛 ) W Poznaniu meldujemy się jakoś po 15:00. Szybki przepak i jadę do domu na spoczynek.

Podsumowując… Trasę 46 kilometrów z 2700 metrów przewyższeń udało mi się pokonać w 07:42:02 co dało mi 110 miejsce na 233 zawodników. Najlepszy czas z naszej ekipy miał Darek, któremu ukończenie biegu zajęło 06:31:10 dając 34 miejsce OPEN. Magda z wynikiem 07:11:07 zameldowała się 69 OPEN i 10 wśród kobiet (modły zostały wysłuchane 😉 ). Marcin wpadł na metę z czasem 07:29:03 i 90 miejscem OPEN. Bieg mimo, że nie z tych najdłuższych naprawdę dał nam w kość. Błoto, kamienie, powalone drzewa, śnieg oraz lód sprawiały, że naprawdę było co robić. Sam Beskid Wyspowy mimo, że nie nie jest z tych najwyższych potrafi być stromy i wymagający – zarówno w górę jak i w dół. Dorzucając do tego bardzo dobrą organizację, przemiłych ludzi i doborową ekipę, którą wybraliśmy się na południe ocena może być tylko jedna – było godnie!

Jak dla mnie bardzo pozytywne rozpoczęcie sezonu ultra! Do następnego!

Winter Trail Małopolska – gdzie jest śnieg!!??
avatar
%d bloggers like this: