Idea „Wales In A Day” to nic innego jak przejechanie rowerem szosowym w jeden dzień z północnej Walii na południe tego pięknego kraju. Nie jest to wyścig a tzw. „sportive”. W wersji brytyjskiej jest to start gdzie nastawia się na przejechanie danego odcinka bez wymuszonego współzawodnictwa. Jest to swojego rodzaju obejście prawa na Wyspach, które dla normalnych wyścigów wprowadza wiele obostrzeń i wymagań od organizatorów oraz dla samych startujących. Oficjalnie zatem jest to „przejazd” jednak wiadomo, że prywatnie każdy nastawia się na jak najszybsze pokonanie trasy. Na to org nie ma już wpływu. Oczywiście są numery startowe, są chipy i pomiar czasu i wszystko to co ma się na normalnym wyścigu. Nie ma jednak klasyfikacji końcowej z numerami zajętych miejsc, a lista tych, którzy ukończyli.

Na sam pomysł wpadliśmy z kolegą Harrym jeszcze w listopadzie 2016. Szybkie zgłoszenie i planowanie wyprawy w każdym szczególe. Czas zleciał baaaardzo szybko. Na Wyspy wybrałem się już w czwartkowy wieczór 20 lipca lecąc z Poznania do Doncaster. Rower zostawiony do załadunku i można czekać na lot.

Jeszcze tłumaczenie Straży Granicznej dlaczego na zdjęciu w dowodzie, robionym prawie 50 kilogramów temu, wyglądam inaczej niż obecnie i przyszedł czas na boarding.

Na górkę jakieś 25 minut siedzenia w samolocie czekając na pozwolenie na start, by po chwili lecieć już w kierunku Morza Północnego. Lot znośny pod kątem miejsc bo samolot był raczej pusty, ale ilość drących się i płaczących dzieciaków od startu do lądowania sprawiła, że na lotnisku docelowym wysiadłem dość mocno oszołomiony… Kontrola dokumentów przez flegmatycznych pograniczników, odbiór roweru i można było przywitać się z Harrym pakując walizkę do jego Forda Fiesty co nie jest aż tak prostą czynnością jak mogłoby się wydawać.

Rano bardzo wczesna pobudka i montaż jednego roweru na bagażniku dachowym oraz przytroczenie walizki z moim, rozłożonym, rowerem obok na relingach. Do tego załadowanie całego ekwipunku rowerowo – biwakowego i około 11:00 wyruszamy w trasę na północ Walii. W połowie drogi zaczyna lać i to tak rzekłbym konkretnie.

Trasa trochę się dłuży gdyż w Anglii właśnie rozpoczęły się letnie wakacje, ale w końcu po 15:00 docieramy do malowniczo położonego Caernarfon. Baza wyścigu znajduje się w lokalnym klubie rugby. Odbieramy pakiety i aktywujemy nadajniki GPS, które będą śledzić naszą pozycję na żywo po czym rozbijamy namiot na pobliskim boisku.

Na szczęście przestaje padać. Gdy namiot stoi na swoim miejscu poświęcamy kolejne kilka minut na złożenie roweru do kupy.

W celu rozprostowania kości wybieramy się jeszcze na spacer do zamku, który będzie rano miejscem startu naszych zawodów.

Wieczorem relaks, jedzenie i przygotowywanie sprzętu.

Po 21:00 przychodzi czas na sen. Na campingu duży ruch, co chwila pojawiają się nowe osoby próbujące na szybko rozłożyć namioty nim nastanie zupełna noc.

Gdy tylko zamykam oczy w budynku po drugiej stronie klubu włącza się alarm, wyje przez kolejne dwie godziny… Wypoczęci i zrelaksowani wstajemy o 03:30 nad ranem. Jest sobota 22 lipca 2017. Kilka porcji owsianki i mocna kawa szybko stawiają nas na nogi. Ostatnie sprawdzenie prognozy pogody i dostosowanie ekwipunku. Ma być względnie ok, deszcze spodziewane są dopiero w godzinach popołudniowych. Na dworze kręci się już sporo osób. Jest dosyć chłodno.

Około 04:00 ruszamy na start. Do zamku docieramy po kilku bardzo rześkich kilometrach. Poszczególne grupy startują przed nami według uznania. Szybkie sprawdzenie ekwipunku, wczytanie numerów startowych i kilka sekund po 04:30 ruszamy na trasę.

Na początek runda po zamku i pętla po miasteczku. Jest jeszcze pełna noc gdy jedziemy w kierunku pierwszej przełęczy. Tempo raczej spokojne, bez szarpania. Przed nami długa droga tak więc trzeba jechać z głową. Czerwone światła tylnych lampek zawodników wspinających się daleko przed nami przedzierają się przez mglistą noc układając w jaskrawy, wijący się ogon. Podjazd ciągnie się dobre kilka kilometrów, ale nie jest stromo. Gdy docieramy na Pen – y – Pass robi się widno. Przed nami piękny widok i szybki, długi, zjazdowy odcinek w blasku wschodzącego słońca. Może zrobi się troszkę cieplej bo na ten moment jestem na granicy strefy komfortu. W okolicach 42 kilometra mamy pierwszy bufet.

Wszędzie mnóstwo ludzi. Jakieś ciastko, banan, kilka żelków i uzupełnienie płynów po czym czas ruszać w dalszą drogę. Droga powoli i spokojnie piąć się w górę aby na 50-tym kilometrze rozpocząć podjazd pod kolejną przełęcz prowadzącą do wsi Hafodyredwydd.

Tutaj jest już stromo, krótko, ale treściwie. Moja kaseta 11-29 w połowie łapie defekt i nie mogę wrzucać największej koronki. Pozostaje więc piłowanie z kadencją 30-40, na szczęście to tylko 4 kilometry 😉

Przed nami długi odcinek wzdłuż pastwisk i trawiastych łąk, który dosyć interwałowo doprowadza nas na 79-tym kilometrze do bufetu w miejscowości Bala. Jedzenie, picie, uzupełnienie zapasów i ruszamy w drogę. Przed nami 10 kilometrów wspinaczki do wsi Pen Bryn – y – fawnog.

Końcówka jest bardzo treściwa. Szybki zjazd mocno zabłoconą drogą przez las i przez kolejne kilka kilometrów mamy płaską sekcję wzdłuż jeziora Vyrnwy. Po chwili zaczyna się jednak zabawa i do 140 kilometra gdzie w miejscowości Tregynon czeka na nas bufet jest mnóstwo mniejszych i większych górek i pagórków. Scenariusz jest zawsze ten sam – podjazdy na spokojnie, a na zjazdach ile fabryka dała.

Koszmarem stają się „cattle grids” czyli metalowe kratownice umieszczone w drogach mające na celu uniemożliwić wyjście bydła czy też owiec z danego obszaru. Przejazd po czymś takim potrafi skutecznie zniechęcić do dalszej jazdy. Na dodatek jeśli taka przeszkadzajka umieszczona jest na zjeździe trzeba zwolnić prawie do zera żeby nie narazić się na potężną kraksę. W miasteczku przyjęcie z owacjami, szybki bufet i lecimy dalej. Przed nami dwa mordercze, ale krótkie podjazdy po czym za Newtown zaczynamy długą, ale dosyć łagodną wspinaczkę, która ciągnie się przez ponad 10 kilometrów.

Kolejne 30 kilometrów to raczej płaski odcinek o nawet lekko ujemnym nachyleniu poprzecinany kilkoma zmarszczkami. Zaczyna lać, a na dodatek trafiamy na bardzo ruchliwą drogę gdzie wakacyjni piraci co chwila starają się zepchnąć nas do rowy przyczepami kempingowymi. Do tego momentu jedziemy raczej we dwóch, ale udaje się nam zebrać w grupę kilku osób dla poprawy bezpieczeństwa. Prowadzimy na zmianę z Harrym jednak nikt z grupy nie zamierza pomóc. Wszyscy trzymają twardo koło. Zaczyna mnie to mega wcurwiać. Przekazuję moje uwagi reszcie jednak jadą z nami sami wytrawni szosowcy i każdy ma uwagi głęboko w tyłku. W takim przypadku są dwa wyjście z sytuacji (bezinwazyjne) – zwolnić do minimum, niech jadą lub mocno przyspieszyć. Wybieram drugą opcję. Wyskakuję na czoło i urywamy się grupie. Po kilku kilometrach czeka na nas wspinaczka do wsi Rhewl. Niby nic wielkiego, ale jednak czuć już kilometry w nogach. Drogi zmieniają się w bardzo wąskie obsadzone wysokimi żywopłotami. Na około 212 kilometrze docieramy do bufetu w miejscowości Hundred House.

Kompletnie przemoczeni zostajemy tutaj na ciut dłuższą chwilę uzupełniając płyny i kalorie. Przestaje padać i wychodzi słońce. Dmucha jednak dosyć mocno. Kilkaset metrów za bufetem odbijamy w wąską, lokalną drogę. Zauważona na mapie malutka zmarszczka, okazuje się być tak sztywnym podjazdem, że ledwo podprowadzamy tam rowery.

Nie wiem jakie było nachylenie, ale na pewno znaczne 😉 Ruszamy dalej by zmierzyć się z długim, ale mniej sztywnym podjazdem pod Rhulen Hill. Przed nami na horyzoncie z chmur wyłania się nasz główny punkt programu, Gospel Pass, czyli przełęcz strzegąca wejścia do doliny Vale of Ewyas ciągnącej się w paśmie Black Mountains.

Nim tam jednak dotrzemy musimy pokonać długi i bardzo szybki zjazd po czym wdrapać się na kolejne wzniesienie by zjechać na pełnej prędkości do miasteczka Hay – on – Wye. Tutaj lekki odpoczynek na wysokiej kadencji i można zaczynać wspinaczkę pod wspomnianą przełęcz. Przed nami 12 kilometrów podjazdu o mniejszym lub większym nachyleniu. Początek spokojny, ale treściwy. Gdy docieramy do lasu Tack Wood droga znowu pnie się pod takim kątem, że kolejne kilkaset metrów pozostaje nam maszerowanie z buta. Gdy ruszamy dalej w siodle Harry w mojej ocenie trochę za bardzo szarpie, ale ucieka mi przez to kilkaset metrów.

Samemu pokonuję kolejne kilometry skupiając się na podziwianiu widoków, robieniu zdjęć i omijaniu biegających wszędzie owiec. Jest przepięknie, okolica jest wręcz bajkowa. Dalsza część podjazdu jest dosyć sztywna jednak nie jest to jakieś problematyczne nachylenie.

Noga za nogą na niskiej strefie ze spokojem docieram na szczyt gdzie czeka na mnie kolega. Przed nami prawie 30 kilometrów zjazdu poprzecinanego lekkimi wypłaszczeniami i kilkoma zmarszczkami. Zaczyna znowu padać, a droga miejscami zamienia się w błotne lodowisko. Dokadając do tego kratownice i łażące wszędzie owce czasem jest niebezpiecznie. W połowie zjazdu daję znać Harremu i zatrzymuję się na moment aby podłączyć powerbank do systemów bo zaczyna mi brakować prądu. Zaczyna konkretnie lać. Na jednym z nielicznych w tej sekcji podjazdów wspinam się pod rwącą rzekę zamiast asfaltu. Wrzucam trochę węgli i czuję, że mogę na spokojnie jechać przez kolejne kilometry. Na kolejnej wspinaczce napotykam ciągnącego się pod górę Harrego, który płaci właśnie frycowe zbyt mocnej jazdy na wcześniejszych podjazdach. Dla niego jest to początek końca tych zawodów. Łapie bardzo mocny kryzys, ale jak na 50 lat i tak doskonale radzi sobie na podjazdach. Sytuację poprawia na chwilę bufet w miejscowości Llanellen na około 260 kilometrze gdzie serwowana jest pizza pieczona w mobilnym piecu umieszczonym w busie.

Muszę przyznać, że patent doskonały, a pizza wyśmienita. Plusem jest również to, że przestaje padać. Ładujemy się jedzeniem do pełna i ruszamy na ostatnią sekcję. Przed nami 37 kilometrów raczej spokojnej trasy z jednym lekkim podjazdem w połowie i mocną wspinaczką na 10 kilometrów przed metą. Jadę noga za nogą czekając cały czas na Harrego, który kilka kilometrów po bufecie znowu przełącza się w tryb awaryjny. Ostatni zjazd i kilka kilometrów przez miasteczko po czym przekraczamy rzekę Wye i podjazdem już po angielskiej stronie docieramy do Castleford Hill gdzie mieście się meta zawodów. Na mecie czeka na nas mnóstwo znajomych, którzy przyjechali wspomagać nas na trasie. Jest medal, pamiątkowa koszulka. Są zdjęcia jak i mnóstwo gratulacji.

Zjeżdżamy na walijską stronę do Chepstow i rozbijamy się w pokojach nad lokalnym pubem. Prysznic i czas na trochę przysmaków w towarzystwie lokalnego piwa. Zmęczenie daje o sobie znać tak więc nie siedzimy zbyt długo.

Rano bardzo wczesna pobudka i pakowanie sprzętu po czym Harry podrzuca mnie na lotnisko do Bristolu. Pogoda oczywiście iście brytyjska…

Pożegnanie i mogę nadać bagaż. Tutaj niemiła niespodzianka – lot opóźniony jest o dwie godziny w związku z burzami nad Europą. Nie byłoby w tym nic aż tak strasznego gdyby nie to, że lecę do Berlina gdzie mam bardzo ograniczony wachlarz połączeń do Poznania. Pozostaje się rozgościć i przetestować jakie burgery serwują na lotnisku. Powiedzmy, że była to mocna trója

Gdy łapiemy kolejne opóźnienie przed samym startem czekając na pasie wiem już, że będzie duży kłopot z dostaniem się do domu… Gdy ląduję w Berlinie odjeżdża mi właśnie ostatni pociąg z Schonefeld. Czekam długo na bagaż i kombinuje. Tutaj meeeeega wielki ukłoń dla kolegi Michała, który poświęcając swój czas przyjeżdża po mnie z Polski i zabiera do domu. Gdyby nie to pozostałoby mi spać w Berlinie i rano ruszać bezpośrednio z Niemiec do pracy ze spóźnieniem na koncie. Michał raz jeszcze mega dzięki za pomoc!!!

Kolejnym plusem tego, że Michał ratuje mi tyłek jest możliwość skosztowania kolejnego, niemieckiego pszeniczniaka w promieniach zachodzącego słońca. W moim prywatnym rankingu uplasował się gdzieś w połowie stawki… Jest i transport, pakujemy walizkę i kierunek wschód! W domu melduję się przed północą.

Podsumowując całe zawody: trasę o długości lekko ponad 300 kilometrów i sumie przewyższeń 4800 metrów pokonaliśmy w 15 godzin 59 minut coś tam sekund. Dotarłem na metę ujechany jak nigdy na szosie.

Przez pół drogi zastanawiałem się jak jest to możliwe, że na zawodach gdzie najwyższy, pokonywany punkt znajduje się „tylko” 610 metrów nad poziomem morza jest tak ciężko. Doszedłem do wniosku, że wszystko przez specyfikę dróg i podjazdów w Anglii. Tam nikt nie bawi się prowadzenie serpentyn czy podjazdów naokoło gór. Wszystko prowadzone jest prosto pod górę bez zbędnych ceregieli tak więc nawet najmniejsze podjazdy dają się mocno w kość przez swoją sztywność. Sama przełęcz Gospel nie była, aż tak straszna jak ją malowali jednak kilometry w nogach na pewno nie ułatwiały podjazdu pod nią. Widoki i perfekcyjna organizacja rekompensują jednak wszystko. Start w WIAD będę zawsze polecał każdemu. Tak pięknych tras z tak cudownymi widokami w tle jeszcze nie pokonywałem. Chyba zakochałem się w Walii 😀

Wales In A Day – walijskie milczenie owiec…
avatar
%d bloggers like this: