W weekend 7-8 maja miałem startować w Bike Maratonie w Polanicy Zdrój. Plan treningowy uległ jednak małej modyfikacji i z wyjazdu w te piękne tereny finalnie zrezygnowałem. Miałem skupić się na spokojnych treningach. Jednak na kilka dni przed tym terminem zadzwonił do mnie serdeczny kolega Tomek z Ledent Akademii Sportu Krosno Odrzańskie i zaproponował wspólny wypad na Velo Toruń. Myślę sobie na szosie nigdy jeszcze się nie ścigałem oficjalnie, rower jest, ostatni raczej nie będę – czemu nie… Szybkie ustalenie wspólnej wersji wydarzeń z trenerem i dostaję zgodę na start na dystansie średnim liczącym 65 km. Wysyłam zgłoszenie i można czekać na weekend. W sobotę od rana szybkie malowanie sufitu w jednym z pokoi, które obiecałem żonie i można czekać na ekipę jadącą z Lubuskiego. Tomek z ekipą przyjeżdża po południu na czas bo w domu wojna przez użycie złej farby do malowania 🙂 Argument stała, to myślałem, że mam nią pomalować niezbyt działa więc czas się zbierać. W busie z Tomkiem sami mocni zawodnicy, wszyscy nastawieni na walkę o czołowe miejsca. Chwila rozmowy, pakowanie roweru do busa i obieramy kierunek Toruń. Trasa w sumie zlatuje szybko na rozmowach o tym i o tamtym, ale głównym tematem jest oczywiście kolarstwo. W pierwszej kolejności odwiedzamy biuro zawodów gdzie odbieramy pakiety startowe. Dystans średni białe numery na sztycę, dystans długi kolor zielony. Teraz szybki check-in w hotelu i czas zrobić wprowadzenie.

Wybieramy się na spokojną przejażdżkę zbadać ostatnie 10-12 kilometrów trasy jutrzejszych zawodów. Od zjazdu z niecką za Łysomicami raczej płasko, nawierzchnia bardzo dobra, dwa czy trzy razy trzeba tylko uważać na torowisku. Sam finisz to leciutki zjazd ale jednak zjazd. Ostania prosta ma pewnie jakieś 700-800 metrów długości.

Po powrocie do hotelu kolacja i czas udać się na wyciąg. Wcześnie rano pobudka, śniadanie i przygotowanie sprzętu po czym udajemy się wszyscy na start. Chłopaki jadą dystans długi więc stają z przodu. Kilka zdjęć do pamiętnika i jadę ustawić się do mojego sektora.

Równo o 10:00 rusza 120-tka. Dystans średni wystartuje o 10:20. Spotykam całą masę znajomych więc czas szybko leci. Zacznę w ostatnim sektorze, a dokładniej prawie na jego samym końcu. Nie chce mi się przeciskać przez tych wszystkich ludzi na lepszą pozycję, to nie MTB myślę sobie więc jakoś to będzie. Ruszamy dosyć sprawnie jak na około 500 osób, które startują na „moim” dystansie. Początek to chyba niecałe 12 kilometrów Szosą Bydgoską w kierunku jakby nie było Bydgoszczy… Mimo obaw o wywrotkę w grupie i połamanie sprzętu łapię dobry rytm i z rękoma gotowymi do uniku łapię dosyć raźnie jadąca grupę. Średnia na całym odcinku to jakieś 45 km/h, jest szybko i jedzie się genialnie, wręcz frunie.

Kilka razy urywam się do przodu dochodząc szybsze grupy bo jak wiadomo „kto z kim przystaje”… W połowie odcinka patrzę kontrolnie na tętno – ło matko prawie max… No trudno 😉 Mijamy Przysiek i Rozgarty by finalnie skręcić z Szosy Bydgoskiej na Czarne Błoto. Tutaj droga mocno się zwęża ale jakościowo nadal ok. Mijamy wiele osób z dystansów krótkich i rodzinnych. Na 14 kilometrze skręcamy w lewo w kierunku miejscowości Zarośle Cienkie. Tutaj 4 kilometry i ostry zakręt w prawo. Przed nim właśnie, przy dużej prędkości, nagły zgrzyt, huk i trzech zawodników kasuje rowery. Połamany karbon, koła, szprychy – wszystko lata w powietrzu. Akurat gdy przejeżdżam obok pierwszego z poszkodowanych odwraca się on wstając z ziemi i krzyczy do winowajcy, który skasował go z tyłu – „no kolego nieźle mi zapłacisz za sprzęt”… Przez dłuższą chwilę myślę sobie w głowie jak to jest w takich wypadkach – każdy przecież bierze udział w wyścigu na własna odpowiedzialność… No chyba, że ze sprawy cywilnej będzie dochodził roszczeń. Nie jestem jednak prawnikiem, nie ma co myśleć za dużo o tym, lecę więc dalej. Kolejne dwa kilometry z szykaną lewo, prawo i zaczyna się pierwszy podjazd. Długość pewnie jakieś 900 metrów z nachyleniem średnim w okolicy 5%. Tu zaczynają się roszady, to ktoś nie daje rady a był na początku grupy i wszyscy muszą go mijać, to komuś spadł łańcuch, to komuś coś tam się stało z napędem i stanął nagle powodując korek. Ja prawy pas, kadencja 90 i na spokojnie podjeżdżam żeby się nie zagotować. Lekkie wypłaszczenie, blat i można cisnąć dalej. Nie ma co ukrywać, że nie przeleciałem przez ten podjazd jak czołówka ale poszło chyba nawet dosyć zgrabnie. Grupy jednak mocno się poszarpały. Przede mną kilkuosobowa ekipa, próbuję ich dogonić, siadam na kole i lekko się regeneruję. W Łążynie kręcimy w lewo na Rzęczkowo gdzie jest szybki zjazd. Chwila po prostym i zaczyna się drugi podjazd tego dnia, ciut krótszy, ale za to mocniejszy – pewnie jakieś 10% na średnio może ciut mniej. Tutaj udaje mi się nie stracić tempa i jakoś wkulać na górę, może zasługa w tym kibiców przy trasie, którzy mocno zagrzewają do walki. Szybkie 5 kilometrów na północ po czym skręcamy na Cichoradz. Kolejne kilometry lecą dosyć wolno, wyjeżdżamy na nieosłonięty teren i zaczyna bardzo mocno dmuchać. Wiatr zaczyna wiać od lewej, każdy próbuje schować się do prawej za jadącym przed nim, z marnym rezultatem. Są dwie czy trzy próby zrobienia wachlarza, ale jadący nie wyglądają na zbytnio zainteresowanych współpracą. W miejscowości Wybczyk kręcimy na południe i zaczyna się 9 kilometrów dziwnej jazdy. Dochodzę grupę jadącą przede mną, jakieś do 10 osób. Wskakuję na początek i mając trochę energii próbuję podciągnąć tempo. Po pewnym czasie gdy warto byłoby mnie już zmienić odbijam lekko na bok dając znać jadącym za mną, że jestem gotów do zmiany. I tu mega zaskoczenie, jadący za mną mijają mnie i zaraz przede mną zjeżdżają też na bok, nikt nie chce podciągnąć dalej. Znowu wskakuje na początek i po chwili daję znać – to samo. Myślę sobie w głowie – znaleźli się stratedzy w połowie stawki. Znowu jestem z przodu i specjalnie przestaję mocno kręcić zwalniając całą grupę. Jaki efekt – wszyscy zwalniają równo ze mną. Nikt nie chce nawet utrzymać stałego tempa. Wkurwiony do granic próbuję przekazać reszcie żeby też się trochę postarała, każdy wzrok w asfalt i noga za nogą. W głowie mam słowa Tomka, który mówi – nie daj się wystawić na początek jak się nie czujesz, dawaj zmiany ale nie wyrywaj się do przodu bo za bardzo pociągniesz, odetnie Cię i po zawodach… Mimo tego, że nie walczę o podium nie mogę jechać jak reszta z prędkością 25 km/h, denerwuje mnie to. Mam opcję męczyć się z nimi tu lub urwać się i gonić grupę przede mną. Wybieram opcję #2 i walcząc z wiatrem w pojedynkę dociskam mocno. W miejscowości Zamek Bierzgłowski jest bufet i rozjazd na GIGA. Na bufecie łapię szybko kubeczek wody i lecę dalej.

Za miejscowością Świerczynki droga kręci lekko w prawo. Grupa została daleko w tyle – co dziwne – myślałem, że ruszą jednak za mną a tu nic. Zjazd do niecki, lekki podjazd i zaczyna się ostatnie 9 kilometrów do mety. Schowani w lesie jednak nadal trochę wieje. Robię co mogę jednak tracę nadzieję na dopadnięcie grupy przede mną – oni się nie opierdzielają jak Ci za mną. Dopada mnie z tyłu ktoś kto również próbuje uciekać. Przyglądam się mu gdy mnie mija, na pewno wygląda na bardziej zrelaksowanego niż ja, ale sądzę, że waży z rowerem tyle co moja lewa noga. Na dodatek mógłbym być jego ojcem gdybym się mocno postarał. Urywa się mi, próbuje mu wejść na koło. Odpadam jednak po kilometrze. Grupa przede mną jest wyraźnie bliżej, ale już na sto procent są nieosiągalni. Gdy wjeżdżam do Torunia policja wypuszcza mi wprost pod koła autobus z bocznej uliczki. Tracę całą prędkość drąc się na stójkowego, który nie zauważył mnie i puścił ruch. Muszę docisnąć. Przejeżdżam dwa razy przez tory i docieram do ronda. Teraz już tylko ostanie kilkaset metrów do skrętu na prostą finiszową. Sprawdzam cały czas tyły. Grupa zbliżyła się lekko, ale mam wrażenie, że złapali wiatr w żagle. Trudno trzeba cisnąć – mój cel na ten wyścig – nie dać się im złapać…. Skręt w prawo i gaz do mety. Wpadam na nią z bezpieczną przewagą kilkunastu sekund nad grupą z której czmychnąłem. Czas 1:51:49 i miejsce #226 z 569 zawodników, którzy ukończyli ten sam dystans. W kategorii #82. Średnia z przejazdu to jakieś ciut ponad 35 km/h i tu dałem ciała bo liczyłem, że uda mi się wykręcić coś pod 40…

Po zjedzeniu kilku kawałków banana idę na metę w oczekiwaniu na finisz dystansu długiego. Po drodze spotykam jeszcze kilku znajomych, którzy również jechali na 60 km. Po niecałych 30 minutach na metę wpada pierwszych trzech zawodników z małą grupą pościgową na ogonie. Po chwili dwie kolejne, małe grupy. Tym samym na metę docierają wszyscy chłopacy, którzy przyjechali razem ze mną.

Tu jest moc! Wszyscy zajmują wysokie lokaty. Podjeżdżam złożyć gratulacje – znowu same znajome twarze, tym razem kończące dystans długi. Po chwili udajemy się na lekki rozjazd. Teraz czas na posiłek regeneracyjny i opowieści o przygodach na trasie. A działo się i to wiele… Każdy ma przynajmniej kilka anegdot.

Na szczęście wszyscy jesteśmy cali i zdrowi i zadowoleni z wyników. Powrót do hotelu, prysznice, wymeldowanie i można udać się w podróż do domu.

Podsumowując – super impreza, super trasa, super ludzie. Naprawdę warto było wybrać się tego dnia do Torunia. Szosa to zupełnie co innego niż MTB, ale ogrom frajdy z jazdy jest wszechobecny. Jeśli ktoś zastanawia się nad swoim pierwszym startem w takiej imprezie to bardzo polecam. Dystans 60 kilometrów będzie w sam raz!

Mój szosowy pierwszy raz czyli Velo Toruń 2016…
avatar
%d bloggers like this: