Tytuł tego wpisu mógłby równie dobrze brzmieć „Ultrajanosik czyli jak spierdolić swoją pierwszą biegową setkę na własne życzenie”. Jest jednak jeszcze przed 22:00 i postanowiłem, że zacznę trochę łagodniej… DNF na pewno nie jest nieznaną mi formą rozrywki. Na rowerze zdarzało mi się już kilka razy wyłapać te trzy litery przez wypadek na trasie czy awarię sprzętu. W biegach nie miałem jeszcze tej wątpliwej przyjemności co postanowiłem nadrobić w miniony weekend.

Sam temat startu w Ultrajanosiku pojawił się już bardzo dawno temu, zaraz po ukończeniu Zimowego Janosika gdzie biegłem zapatrzony prawie cały czas w ośnieżone, tatrzańskie szczyty górujące nad okolicą. Decyzja zapadła w ułamku sekundy. Pierwsza biegowa setka, latem i to po ukochanych Tatrach – muszę tam być! Zapisałem się więc na 100 – kilometrową „Legendę” no i się wybrałem 🙂

Z Poznania wyruszyliśmy w cztery osoby samochodem, który zabrał tyle sprzętu, że starczyłoby na dwa miesiące wyprawy w Himalaje 😉 Magda i Darek mieli sprawdzić się na trasie o długości 50 kilometrów, a Marcin ze mną wystąpić na „setce”. Oczywiście jak zawsze wszystko na szybko – pakowanie, praca, spotkanie, wyjazd. Gdy ruszaliśmy z Poznania w strugach lejącego deszczu nawigacja popsuła nam trochę nastrój pokazując, że czeka nas prawie 9 godzin jazdy… 9 godzin??? Jakiś kosmos, czerwone oznaczenia dróg przed Częstochową i Krakowem jasno pokazywały na mapie, że czeka nas stanie w korkach. Marcin jednak od razu zabrał się do pracy jako nawigator. Po obdzwonieniu wszystkich znajomych z tych miast, sprzedawców pamiątek z Jasnej Góry i ludzi od zapiekanek z krakowskiego Kazimierza wytyczył nowy szlak naszej podróży. Z planowanej trasy zjechaliśmy przed Częstochową i do samej Niedzicy jechaliśmy już lokalnymi drogami przejeżdżając chyba z 5 razy przez Tymbark… Na Polanę Sosny dotarliśmy już po zmroku.

Odbiór pakietów i rozbicie namiotu o powierzchni chyba większej niż moje miejsce zamieszkania zajęło nam dłuższą chwilę przez co nie starczyło nam czasu na zjedzenie kolacji. Był to początek końca zawodów dla mnie… Pozytywem wieczora była natomiast informacja, że mimo nadchodzącego załamania pogody trasa naszego biegu pozostaje bez zmian co mnie mega ucieszyło. Po nocy jeszcze szybkie dopakowywanie i można było udać się na spoczynek.

Pobudka o 04:00 rano była raczej z tych cięższych. Wszystko szybko, szybko przez co nie było w ogóle czasu na zjedzenie śniadania. Wrzuciłem tylko jakiś mus owocowy na pusty żołądek. Był to kolejny krok do magicznego DNF… Zebraliśmy się jednak jakoś do kupy i po zostawieniu mojego przepaku w biurze zawodów zasiedliśmy w autokarach, które kilka minut po planowanej 04:45 ruszyły w kierunku Słowacji. Mimo dużego gwaru udało mi się zdrzemnąć na chwilę łapiąc kolejne minuty odpoczynku. Na parkingu w Szczyrbskim Jeziorze zameldowaliśmy się kilka minut po godzinie 06:00. Tutaj zaczęły się pierwsze perturbacje żołądkowe, ale było już za późno na jakieś wymyślne reakcje 🙁

Wysłuchaliśmy odprawy organizatora gdzie na końcu padło pamiętne: „sportowcy na przód, turyści w środku, koneserzy na tył”! Zrobiliśmy jeszcze pamiątkową fotkę i można było ustalić taktykę na najbliższe kilometry.

Założenie było wręcz banalne w swej prostocie. Zgodnie stwierdziliśmy, że jak to zawsze mówi nasz kolega Tomek – trzeba od początku „nakurwiać”. A, że Tomek skończył kilkanaście godzin wcześniej bieg CCC w Chamonix gdzie nomen omen „nakurwiał” to nie pozostało nam nic innego jak pójść jego tropem 😉 O ile dla mnie ta opcja przez 100 kilometrów po górach była założeniem z pogranicza komedii i fantastyki to zdawaliśmy sobie doskonale sprawę, że tego co stracimy w Tatrach Wysokich na pewno nie odrobimy w bardziej płaskich partiach drugiej części trasy. Z tą myślą przewodnią wyruszyliśmy w kierunku mety równo o godzinie 07:00.

Przed nami 13 kilometrów czerwonym szlakiem przez Popradzki Staw do położonego u stóp Gerlacha hotelu Śląski Dom gdzie będzie pierwszy bufet. Czeka nas prawie 900 metrów wspinaczki i jakieś 600 metrów zbiegów. Początek spokojny na rozgrzewkę, lekka wspinaczka i bieg przez las.

Gdy mijamy Popradzki Staw podziwiamy urlopowiczów zajadających śniadanko i popijających kawkę. Za moment czeka nas pierwsza mocna wspinaczka. Równym marszem dosyć szybko docieramy po kamienistym szlaku na Przełęcz pod Osterwą.

Tutaj równy, spokojny bieg po kamieniach z końcówką opadająca w kierunku pierwszego bufetu. Gerlach kryje się niestety w oparach porannej mgły i wiszących dosyć nisko chmurach. Na bufecie łapię trochę banana i arbuza, zagryzając żelem i popijając kofolą. Zło konieczne, muszę zaryzykować bo kiszki grają mi już marsza. Uzupełniam bidony i ruszam w dalszą drogę.

Do kolejnego bufetu mamy jakieś 10 kilometrów trasy z 700 metrami wspinaczki i ponad kilometrem zbiegu. Przy podbiegu a po chwili podejściu pod Polski Grzebień Gerlach momentami spogląda na nas zza chmur.

Biegnąc wzdłuż Długiego Stawu mijam zawodnika, który wyglądał jakby robił już szóste okrążenie tej trasy. Szybka wymiana zdań, wszystko jest OK, musiał tylko na chwilę zwolnić. Przed samą przełęczą czeka nas kilka łańcuchów oraz wyślizgane stopnie drabinek.

Szybki wymyk i odmyk i można biec dalej. Temu kto wpadł na pomysł zrobienia stopni z drewnianych bali przy zejściu do Zmarzłego Stawu pod Polskim Grzebieniem należą się szczere gratulacje. Udręka trwa na szczęście tylko chwilę i zaczynamy podejście pod Rohatkę. Jest dosyć ostro, a luźne podłoże szlaku nie pomaga. Sama końcówka to długi komin usiany łańcuchami, klamrami i drabinką.

W tych okolicach jestem pierwszy raz. Mimo, że łydki na wspinaczce mocno dostają w kość jest jedwabiście! Na to właśnie czekałem! Na górze czeka na nas kilku kibiców mocno dopingujących każdego z wdrapujących się na górę. Kolejny odcinek jest chyba jeszcze bardziej męczący niż samo podejście. Zejście obsypującymi się piargami nie należy do najszybszych a kamienie poruszone przez zawodników nad Tobą powodują szybsze bicie serca.

Po chwili robi się już bardziej skaliście i można trochę podbiec. Przed nami Zbójnicka Chata gdzie bardzo mili panowie rozdają ciepłą herbatkę. Tutaj jest już źle z moim żołądkiem, ale jest jeszcze jakaś cywilizacja.

Ruszam dalej zaczynając prawie 900 metrów zbiegu Doliną Staroleśną. Jest dosyć spokojnie chociaż momentami bardzo ślisko. Początek jest całkiem spoko jednak po pewnym czasie droga zaczyna się strasznie dłużyć. Sama dolina musiała ostatnio mocno ucierpieć od nawałnic bo co chwila mijamy powalone drzewa leżące na szlaku. Do bufetu w Rainerowej Chatce docieram lekko wypłukany, ale zadowolony. Tutaj ciepły, lekki posiłek podawany przez organizatorów i uzupełnianie węgli oraz elektrolitów.

Po chwili odpoczynku ruszam w dalszą drogę Magistralą Tatrzańską obierając kierunek na schronisko nad Zielonym Stawem Kieżmarskim. Do pokonania mam prawie 10 kilometrów, niecałe 900 metrów w górę i 700 metrów w dół. Poza oczywistymi tematami żołądkowymi czuję się bardzo dobrze, jednak nie forsuję tempa – wiem, Tomek na pewno nie będzie zadowolony 😉

Z lewej z ukrycia w chmurach cały czas obserwuje mnie Łomnica. W Dolinie Łomnickiej przy stacji kolejki jest małe zamieszanie z trasą, ale szybko uderzamy z grupą w odpowiednim kierunku. Za obserwatorium czeka na nas całkiem spory odcinek mocnego podejścia po czym wpadamy na gołoborza, które ciągną się w nieskończoność. Mam wrażenie, że zaraz wyjdziemy po drugiej stronie gdzieś pod Świnoujściem…

Plus jest taki, że lekko się wypłaszcza i można biec. Gdy docieram do Rakuskiej Przełączki Wyżniej zaczynam jednak mocno odczuwać żołądek. Brak konkretnego jedzenie od kilkunastu godzin i maskowanie problemu żelami, które nigdy mi nie służyły prowadzi w kierunku zagłady. Kurczę, Słowacja niby kraj, którego 40% zajmują lasy a ponad 18% stanowią łąki i pastwiska, ale przy Rakuskiej Czubie, na wysokości 2038 m.n.p.m. cholernie ciężko znaleźć drzewo, krzaki czy chociażby liść łopianu…

Targany skrajnymi emocjami w zaistniałej sytuacji staram się jak najszybciej dobiec do kolejnego bufetu w schronisku nad Zielonym Stawem Kieżmarskim. A sprawa nie jest taka prosta 🙂

Do pokonania mamy niecałe 3 kilometry szlaku ze spadkiem wysokości ponad 300 metrów już na pierwszym kilometrze. Jest stromo i ślisko, a luźne podłoże powoduje szybsze bicie serca gdy próbujemy wyhamować na ostrych zakrętach wijących się nad urwiskami.

Jest też krótki odcinek łańcuchów gdzie trzeba rozważnie stawiać kroki. Po dłuższym czasie spadek terenu wyrównuje się lekko, a szlak robi się bardziej stabilny i można biec dalej. Na bufecie całkiem spory ruch – uzupełnienie płynów, szybkie wrzucenie węgli i napełnienie bidonów. Można lecieć dalej.

Przed nami, jak to sobie ułożyłem w głowie analizując profil trasy przed startem ostatnie duże wyzwanie”, czyli Tatry Bielskie. Dystans niecałych 12 kilometrów, 500 metrów w górę i 1200 metrów w dół. Niby spoko, jednak statystyki jakie poukładałem sobie w głowie po ruszeniu z bufetu wbiły mnie lekko w fotel. Na trasie jestem niecałe 9 godzin, pokonałem trochę ponad 30 kilometrów… Magiczne „jeszcze tylko niecałe 70…” spowodowało, że moje morale pękło jak mydlana bańka. Na dodatek kolega kolega kilka metrów za mną cały czas mówił, że zbieg do Zdziaru jest bardzo męczący. Trudno trzeba będzie to jakoś pokonać. Nie ma wysokiej i ostrej wspinaczki, jestem już bliżej niż dalej, zaraz będę w domu 😉 Psychika człowieka potrafi czasem naprawdę zaskoczyć. Zrobiło mi się o wiele lepiej.

Początek raczej spokojny jednak im bliżej było punktu kulminacyjnego podbiegu przy Szalonym Wierchu robiło się ostrzej. Do łez doprowadzał mnie zawodnik przede mną, który za każdym zakrętem gdy widział dalszą część podbiegu rzucał – „ta cholerna góra, patrz jaka franca” 😀 Gdyby do mnie rzucił jeszcze „ej szwagier” to chyba posikałbym się ze śmiechu. Ustalamy obaj, że musimy zrobić „gierary hirr” i lekko dokręcamy tempo podejścia.

W końcu dotarliśmy pod Szalony Wierch i zaczęliśmy zbieg do Zdziaru. Początek do Szerokiej Przełęczy Bielskiej jest całkiem znośny. Biegnie się bardzo przyjemnie lekko opadającym szlakiem. To jednak preludium do masakry jaka nas czeka. Myślę sobie w głowie – kończą się luźne kamienie będzie lepiej… Yhym… Kolejne cztery kilometry to zejście ponad 1000 metrów w dół do Doliny Mąkowej. Zejście pokryte tonami błota oblepiającego każdą żywą istotę próbującą pokonać trasę. Buty po kilku minutach zamieniają się w kule błota, które zasysają się z podłożem. Dodatkowym utrudnieniem są wyślizgane od błota skały, które czekają tylko na moment nieuwagi schodzącego aby porwać go w dół zbocza. Co chwila widać ślady po tym jak ktoś sunął ślizgiem z impetem łamiąc okoliczne krzaki i drzewka. Oj chyba niejeden biegacz wyszedł z tego odcinka mocno poobijany.

Jest naprawdę stromo i niebezpiecznie, kijki wiele razy ratują mnie przed dupozjazdem. Co kilka metrów zastanawiam się nad tym co ja tu kuźwa w ogóle robię. Gdzieś po pas w błocie, w środku niczego, głodny jak cholera, we mgle i deszczu, wilki jakieś. Na dodatek sprawy żołądkowe osiągają punkt kulminacyjny. Jeden zły krok i mogę szukać jeziora albo sklepu odzieżowego. Po raz kolejny udaje się na poszukiwanie zaginionego toy-toya. Jest naprawdę źle. W końcu docieram do Doliny Mąkowej. Zdziar już na wyciągnięcie ręki. Nagle trasa biegu skręca w lewo pod górę stoku narciarskiego, prosto jak w mordę strzelił, jak do wioski Galów. Wdrapuję się na górę jakby to było podejście do C3 na K2. Obok w hotelu Magura jakieś przyjęcie, chyba ślub. Ludzie jedzą, piją, tańczą do grającej muzyki i ja cały w błocie, wyczerpany leze pod te górę – groteskowa sytuacja. Mam wrażenie, że ludzie pokazują na mnie palcami i gapią się przez okna. Eeee tam, trzeba lecieć dalej 😉 Na górze przepakowuję lekko plecak i podłączam do zasilania zegarek i telefon.

Teraz zbieg, przeskok przez asfaltową drogę i jest bufet! Oczywiście kierunek wiadomy. Potem jedzenie i picie oraz uzupełnianie bidonów. Tankuję kilka żeli bo czuję, że zaczyna mnie odcinać. Z góry zbiega jeszcze kilku biegaczy.

Ruszam dalej. Kolejny punkt kontrolny to już Kacwin czyli Polska 🙂 Mam jednak do pokonania ponad 15 kilometrów i po 500 metrów w górę i w dół. Niby spokojniej bo nie ma wspinaczki jednak nikt nie mówi, że będzie łatwo. Marszobieg pod Magurkę przerywam w opadach nasilającego się deszczu aby założyć kurtkę i czołówkę. Noc nadchodzi w kilka minut. Jest tak gęsta mgła, że światło czołówki zamienia wszystko dookoła w białe mleko. Widzę maksymalnie na odległość dwóch metrów. Przed Słodyczkowskim Wierchem biegnę drogą, którą jeździł jakiś ciężki sprzęt. Błoto znowu po kolana. Czasami poruszam się noga za nogą walcząc z zasysającym podłożem. Czuję, że organizm wymęczony problemami żołądkowymi nie pociągnie zbyt daleko. Muszę jednak lecieć dalej – kolejne węgle, kolejny żel. Gdzieś w okolicy Bachledzkiej Doliny gubię drogę i zatrzymuję się na kilka minut żeby sprawdzić gdzie jestem. Dogania mnie kilka osób. Chwilę błądzimy jednak ruszamy pod wyciągiem narciarskim w dalszą drogę. Na przemian szybki marsz lub bieg, tyle ile sił żeby się nie wypalić. Docieramy łąkami na Frankową Górę, wszędzie w okolicy czuć i słychać owce. Formujemy się w większą grupę i lecimy dalej. Stawka jednak dość szybko rozciąga się, jedni słabną, drudzy przyspieszają. Przedzieramy się przez Kacwinianke, nie ściągam nawet butów. Zimna woda koi ból stóp, ale moje ciało rozpoczęło już procedury awaryjne i zaczyna się restart systemów. Czuję, że jak nie usiądę to zaraz zemdleję. Czekam na dziewczynę, która została z tyłu przy potoku, jest gotowa się poddać. Wyliczam szybko, że do mety jakieś 30 kilometrów z czego ostatnie pięć to już polecimy na adrenalinie i endorfinach, i jakoś to będzie. Docieramy na przepak i punk kontrolny. Pochłaniam pyszną zupę pomidorową, która jednak nie zostaje ze mną za długo. Siedząc długi czas w toalecie czuję, że to koniec, ale podejmuję ostatnią próbę. Przedzieram się przez młodzież bawiącą się w restauracji obok na 18-tce i przebieram wszystkie rzeczy łącznie z butami na suche. Koleżanka rezygnuje oddając chip startowy. Organizator przekazuje nam, że do mety jest trochę więcej bo 40 kilometrów. Ta wiadomość podcina mi skrzydła. Kalkuluję kilkanaście razy czy dam radę, czy mam biec, czy będzie to dobre rozwiązanie biorąc pod uwagę mój stan. W końcu pada decyzja – rezygnuję. Nie dam rady pobiec dalej z tą jazdą na żołądku… Oddaje chip jeszcze chwilę się wahając by moment później oficjalnie móc powiedzieć, że jestem dupa i się poddałem. To, że nie jestem sam nie poprawia mi humoru. Organizatorzy zabierają nas autem na Polane Sosny. Na miejscu dostaję jeszcze medal żeby przypominał mi każdego dnia jaki byłem słaby i, że się poddałem.

Docieram do namiotu. Magda z Darkiem chrapią już śniąc o tym jak biegli radośnie 50-tke, ale Marcina jeszcze nie ma. Trochę się martwię, ale zakładam, że gdyby cokolwiek się stało to dostalibyśmy info. Zamieniam kilka słów z Magdą, którą budzi odgłos otwieranego piwa. Magda zajmuje drugie miejsce w swojej kategorii – serdeczne gratulacje raz jeszcze! Deszcz leje przez całą noc, a temperatura spada do kilku stopni. Marcin przybiega nad ranem po 23 godzinach i 27 minutach walki. Wygląda jakby wrócił właśnie z Zaświatów, ale po kilku chwilach dochodzi do siebie 😉 Czas na opowieści i odpoczynek. Po kilku godzinach pakujemy namiot i kierujemy się w kierunku domu. Gdy wyjeżdżamy autem z parkingu na metę po ponad 27 godzinach biegu wpada kolejny zawodnik – nawet nie wiecie jak mu zazdroszczę… Nasza przygoda powoli dobiega końca….

Gdy budzę się w poniedziałek rano do pracy czuję się jak największy frajer świata. Zszedłem z trasy tak blisko mety, dałem ciała po całości. Myślę o tym chyba z milion razy siedząc w biurze. Dochodzę w końcu w okolicach środowego wieczora do wniosku, że widocznie tak miało być. Czasu nie cofnę, a zdrowie jednak jest najważniejsze. Pewne jest to, że popełniłem wiele błędów związanych z prawidłowym odżywianiem przed i w czasie biegu a takie trasy nie wybaczają takich pomyłek. Ogromna i bolesna nauczka na przyszłość… Ktoś zapyta czy było warto – pewnie, że było!!! Ultrajanosik to zawody warte każdej wydanej złotówki, każdego kilometra spędzonego za kierownicą auta, warte każdej sekundy spędzonej wisząc na rohatkowej drabince i każdej godziny w deszczu na trasie!!! Z założenia nie powtarzam biegów, ale na Ultrajanosiku i Zimowym Janosiku na bank melduję się raz jeszcze i każdemu kto to czyta polecam zrobić to samo. Wariantów tras w jednym jak i drugim przypadku jest mnóstwo i każdy znajdzie coś dla siebie.

A na koniec jeszcze jedno – czapki z głów i ogromne gratulacje dla organizatorów – za klimat, za atmosferę, za organizację, za cudowną trasę! Ukłony również dla wolontariuszy, którzy miejscami w ciężkich warunkach do wczesnego rana wspomagali biegaczy. Za to wszystko serdeczne dzięki!!!

Do zobaczenia!

 

 

 

Ultrajanosik i mój pierwszy biegowy DNF…
avatar
%d bloggers like this: