Spontan to podstawa…

Odwieczne prawo natury mówi, że najlepsze pomysły pojawiają się na spontanie. Tak też właśnie było w przypadku tej wyprawy odnośnie której zgadaliśmy się z kolegą Kotem podczas wyścigu przełajowego w Swarzędzu. Pomysł był prosty – spotykamy się w Ustrzykach Dolnych i jedziemy w trasę z tym co będziemy mieć ze sobą, bez zbędnego zabierania bagażu. Proste pomysły są jednak czasem aż tak proste, że ciężko je zrealizować. Tak było też w tym przypadku. Zapięcie wszystkiego z transferami zajęło nam więc trochę czasu. Kilka kwestii zostało w trybie „coś się ogarnie na miejscu”, a jak wiadomo jest to bardzo kapryśny tryb. Wyszło nam do zrobienia kilka ładnych kilometrów co przez chwilę trochę mnie zmartwiło bo kolega Kot, może już nie najmłodszy, ale nadal bardzo gniewny wegetarianin z poznańskiego Piątkowa ma bardzo mocną nogę i dzielą nas lata świetlne w tym temacie. Summa summarum wieczorem w zeszłą środę udałem się autem w kierunku Warszawy z rowerem w bagażniku zapakowanym tak, że ze spokojem przeżyłby zrzut na spadochronie za liniami wroga. W stolicy chwila odpoczynku i tuż przed północą zameldowałem się na Warszawie Zachodniej oczekując na autobus mający zabrać mnie do miejscowości Polańczyk. Dworce w Polsce bywają siedliskiem różnych dziwnych osobników, ale tej burzowej nocy to ja wiodłem prym w tej dziedzinie siedząc okuty w pełny strój rowerowy na jebitnym kartonie z rowerem w środku.

No może tylko pani w stroju Czerwonego Kapturka zaciągająca lekko we wschodnim dialekcie mogła stanąć ze mną w szranki. Równo o północy podjechał dyliżans a kierowca z kucykiem kiwając z aprobatą głową to spoglądając na moje getry to na wspomniany już karton zaakceptował moje wejście na pokład. Rower do luku bagażowego, ja na fotel i można było ruszać. Nie wiem gdzie Ci wszyscy ludzie jechali o tej porze, ale ponad 70% miejsc była zajęta. Fotel lekko rozłożony i można było kompletować drzemki bo na pełen sen w autobusie nie mam co liczyć. Chyba, że miałbym gwintowane kolana. Jeszcze nieplanowana przesiadka o 04:00 rano i kolizja z jeleniem (autobus bezapelacyjnie wygrał…) i tuż po 06:30 melduję się w Polańczyku. Leje jak z cebra – suuuper… Składam rower do kupy, szybki przepak i jestem gotów. Czas ruszać!

Wielka Pętla Bieszczadzka i powrót zimy…

To pierwszy etap naszego wypadu. Jest 07:30 a droga daleka więc trzeba się spinać. Ja ruszam z Polańczyka a kolega Kot z Arłamowa. Miejsce spotkania – Ustrzyki Dolne. Na początek udaję się na zaporę na Jeziorze Solińskim tak więc czeka mnie dobra rozgrzewka. Droga bardzo malownicza, ale też jest co się wspinać tak więc demonem szybkości raczej nie jestem. Na górze szybkie foto mimo aktualnie prowadzonych remontów i można ruszać w dalszą drogę.

Po 22 kilometrach docieram do Ustrzyk Dolnych. Kolega z Arłamowa ma trochę dłuższą trasę tak więc wyruszam mu naprzeciw. Spotykamy się po kilkunastu minutach. Jesteśmy całkowicie zlani wodą, pływamy nawet w butach mimo ochraniaczy – zapowiada się ciekawie… Ruszamy na południe nastawieni pozytywnie chociaż powoli zaczyna wkradać się małe zwątpienie czy w tych warunkach ta wyprawa ma sens. Nasze morale na pewno nie podnosi się gdy w okolicy Lutowisk temperatura zaczyna spadać w kierunku zera a z nieba zaczyna padać deszcz ze śniegiem.

W miejscowości Smolnik decydujemy się urwać kilka kilometrów nie jadąc przez Ustrzyki Górne i odbijamy na Dwernik aby po kilkunastu kilometrach dotrzeć do Brzegów Górnych. Krótka pauza i załadowanie węgli. Mokre rzeczy zaczynają bardzo mocno wyciągać z nas ciepło. Ruszamy w padającym śniegu serpentynami na Przełęcz Wyżną gdzie po małej rozgrzewce znajdujemy chwilę dla fotoreporterów.

Teraz ostra jazda w dół i jesteśmy w Wetlinie. Za cel obiadu obieramy Cisną, to tylko 20 kilometrów… Sypie gęsto śniegiem, stopy i dłonie zaczynają niebezpiecznie drętwieć od chłodu. Super – jeszcze brakuje żebym odmroził sobie kończyny pierwszego dnia. W końcu Cisna i zamknięta Siekierezada. Fuck… Na szczęście otwarty jest Troll. Wpadamy do środka trzęsąc się z zimna i prosząc obsługę o rozpalenie w kominku. Po chwili wesołe płomienie przeskakują z polana na polano ogrzewając wnętrze. Po dłuższej chwili puszcza chłód a palce u rąk i nóg zaczynają mocno kłuć. Oj to nie jest dobry znak. Gdy uzupełniamy kalorie przychodzi czas na szybki raport sytuacyjny. Z Cisnej do zamknięcia pętli i noclegu w Arłamowie mamy ponad 75 kilometrów. Biorąc pod uwagę warunki, średnią prędkość do tej pory oraz to, że jest już po 15:00 zastanawiamy się czy nie urwać reszty trasy i nie wrócić na nocleg jakimś organizowanym transportem. Dodzwaniamy się do jakiegoś busiarza, który liczy 2 PLN za kilometr podwózki. Eeee, to kupa kasy, zbieramy się więc w drogę. Początek jest diabelnie zimny, wręcz mroźny, ale po pierwszym podjeździe zaczynamy się rozgrzewać.

Śnieg malowniczo sypie na podjazdach i ostro kąsa w twarz i oczy na odcinkach zjazdowych. Mowy motywacyjnej nie było, ale jakoś się to wszystko kula. Docieramy do Leska gdzie po ultra krótkim postoju odbijamy na Uherce Mineralne a dalej docieramy do Olszanicy gdzie kręcimy na północ. Tutaj ponownie zaczyna się robić ciężko. Na dodatek łapię kapcia – pierwszy od nowości roweru czyli 6000 kilometrów. Szampana niestety nie było 😉

Zaraz za miejscowością Ropienka gdzie podziwiamy szyby naftowe zaczyna się bardzo sztywny podjazd. Moja konfiguracja zębów 52/36 przód i 11/27 tył powoduje, że muszę kawałek podejść. Kolega równo, wężykiem wspina się na górę. Dalej jest tylko trochę łatwiej bo podjazdów nie brakuje. Robi się jednak ciemno a czego oczy nie widzą tego sercu nie żal. Na miejscu jakieś szybkie jedzenie i można kłaść się spać. W nogach mamy 170 kilometrów a zabawa dopiero się zaczyna 🙂

Dzień zyliona wariantów i boksowanie z wiatrem…

Rano szybka pobudka, śniadanie i pakowanie rowerów. Zza szyby hotelu wszystko wygląda wyśmienicie – słońce, niebieskie niebo. Przy pakowaniu okazuje się, że jest dosyć zimno, ale to akurat nie jest problem. Przed nami w oryginale prawie 230 kilometrów trasy do Zamościa tak więc ruszamy gazem. Pierwsze 35 kilometrów to prawie ciągły zjazd, prawie…

Do rogatek Przemyśla jedziemy z bananami na twarzach. Pada kultowe – „…no tak to można jechać…” Od tego momentu, bardzo silny tego dnia wiatr, zaczyna wiać prosto w czoło. Gdy stajemy na popas pod Medyką wiemy, że trzeba modyfikować trasę bo średnią będziemy mieć ślimaczą.

 

Ucinamy pierwsze kilometry odpuszczając parcie po linii Horyniec – Bełżec – Tomaszów Lubelski. Odbijamy bardziej na północ. Po około 80 kilometrach i małym kluczeniu docieramy do miejscowości Ryszkowa Wola znajdującej się na trasie Jarosław – Oleszyce. Tutaj dopada nas wielka burzowa chmura – szybka decyzja i robimy postój na obiad w lokalnym zajeździe. Siadamy do mapy i musimy znowu ciąć patrząc na czas i warunki za oknem – pada na Tomaszów Lubelski. Wiatr będzie przeciwko nam cały dzień tak więc jest to jedyna rozsądna decyzja. Kierujemy się bezpośrednio na Józefów.

Po drodze odwiedzamy kilka ciekawych miejsc związanych z historią tego rejonu. Między innymi Stary Dzików gdzie kręcono wiele scen filmu „Katyń”. Za Starym Dzikowem trafiamy na wieś Cewkowo, która jest na bank w czołówce najdłuższych wsi w Polsce. Na dodatek mylimy tam drogę i musimy przez nią przejeżdżać dwa razy… Na około 51 kilometrze opuszczamy Podkarpacie wjeżdżając w województwo Lubelskie.

Tutaj w związku z dosyć późną porą sprawdzamy opcje połączeń kolejowych do Zamościa – raczej nie ma. Jest jeden na dzień pociąg ze Zwierzyńca o 22:59 ale kursuje dopiero od dnia następnego 😉 Ruszamy dalej – jakoś to będzie. Na 7 kilometrów przed Józefowem rozpoczyna się największa katorga tego wyjazdu. Droga asfaltowa przez las wiodąca do tej miejscowości wygląda jak po nalotach dywanowych. Jedziemy 10 – 15 kilometrów na godzinę aby uniknąć zmiany dętki lub poważniejszej awarii. Na dodatek zaczyna robić się ciemno. W Józefowie ruszamy prosto na Zamość mijając Zwierzyniec i Kransobród środkiem. Trochę szkoda, ale i tak po ciemku nie popodziwialibyśmy zbytnio widoków. Zaczyna się za to walka z nocą i ostatnimi 40 kilometrami. Jest trochę górek, ale największym problemem jest bardzo limitowane oświetlenie jakie posiadamy – nikt nie zakładał jazdy po nocy… Plusem w obecnej sytuacji jest raczej mały ruch na drogach i adrenalina pozwalająca zapomnieć o zmęczeniu. Tuż przed 21:00 meldujemy się na rogatkach Zamościa. Teraz już tylko rura na starówkę gdzie mamy hotel.

Jest piątek wieczór – na bank będzie full ludzi. Na rynku zderzenie z rzeczywistością – spotykamy 2 (słownie – dwie) osoby… Wszędzie takie pustki, że aż dziwnie. W hotelu dowiadujemy się, że w Zamościu tak jest bo wszyscy młodzi uciekają do innych miast a turystów jeszcze nie ma. Model standardowy czyli kolacja i do łóżek. Finalnie tego dnia pokonujemy ponad 200 kilometrów.

Wichura, miła gościna i opuszczony kurort…

Gdy planowaliśmy ten dzień przed wyjazdem chcieliśmy trochę pokrążyć po okolicy zahaczając też o Poleski Park Narodowy. W związku z tym, że nie mieliśmy parcia na taki wariant a wiatr nadal miał rozdawać karty wybraliśmy opcję krótszą poświęcając rano czas na zwiedzanie Zamościa. Jedno jest pewne – miasto jest naprawdę urokliwe.

Ruszamy w dalszą podróż w okolicy 11:00. Do Chełma mamy niecałe 60 kilometrów. Wieje bardzo mocno, oczywiście prosto w twarz, teren też nie ułatwia podkręcania średniej. Widoki jednak rekompensują całość utrudnień.

W Chełmie spotykamy się z kolegą Arturem mieszkającym w okolicy, który gości nas na obiedzie za co raz jeszcze serdeczne dzięki! Po udaniu się w dalszą drogę szwendamy się trochę po zabytkach tego miasta.

Udaje się nam też trochę zgubić, ale szybko wracamy na odpowiedni tor. Uderzamy na północny – wschód w kierunku granicy z Ukrainą aby dotrzeć do Bugu wzdłuż którego będziemy się przemieszczać prawie do końca naszej wycieczki. Za miejscowością Ruda – Huta znowu gubimy trasę kręcąc za bardzo na wschód. Napotkani panowie w ciemnym BMW tłumaczą nam co zrobiliśmy źle 😉 Wracamy na zachód i kręcimy na północ przez Uhrusk i Wolę Uhruską. Robi się bardzo malowniczo. W miejscowości Zbereże odbijamy polną drogą 100 metrów nad sam Bug, który majestatycznie i spokojnie wije się w promieniach zachodzącego słońca.

Wjeżdżamy w Sobiborski Park Krajobrazowy udając się w kierunku Muzeum Byłego Obozu Zagłady w Sobiborze gdzie prowadzi nas leśna droga. Muzeum aktualnie jest zamknięte tak więc pozostaje przyjrzenie się okolicy zza płotu. Robi się ciemno a cisza w otaczającym nas lesie jest bardzo dobitna.

Chwila zadumy i ruszamy na północny – zachód w kierunku Jeziora Białego i miejscowości Okuninka. Droga trochę dziurawa, ale jedzie się dosyć sprawnie. Ostatnie kilometry to droga rowerowa wzdłuż trasy na Włodawę. Sama Okuninka to poza sezonem miasteczko widmo. Widać, że wiele dzieje się tam latem jednak aktualnie wszędzie panuje mrok a chyba jedyny działający hotel w okolicy stoi raczej opustoszały sądząc po parkingu gdy parkujemy rowery. Kuchnia już zamknięta a sklepu w okolicy o tej porze ni widu tak więc spalone kalorie uzupełniamy szybkim piwem z baru i płatkami Cheerios czekającymi na poranne śniadanie. Tak więc wyżerka na maksa 🙂 Nie ma co długo siedzieć, jeszcze szybkie pranie rzeczy, które po trzech dniach jazdy wołają o pomoc i można iść spać. Na liczniku dochodzi nam kolejne 140 kilometrów.

Przełom Bugu, Mistrz Polski W Łowieniu Okoni, spotkanie po latach, mecz w stolicy i powrót…

Pobudka prawie ze wschodem słońca tak by o 7:30 ruszyć już na północ. Wychodzi nawet sprawnie bo łapiemy tylko 10 minut obsuwy. Plan w wersji ambitnej jest dosyć nabity bo chcemy dotrzeć przez Terespol do Janowa Podlaskiego po czym udać się na do miejscowości Gnojno na punkt widokowy przełomu Bugu i zdążyć do Białej Podlaskiej na pociąg o 16:50. Jeśli wszystko pójdzie zgonie z planem to jest to całkiem realny plan. Pierwszym pozytywem jest to, że nie wieje lub nie wieje prosto w twarz. Pozwala nam to mocno podkręcić średnią i nawet mimo postojów związanych z podziwianiem mijanych zabytków stawić się w Terespolu po ciut ponad trzech godzinach mając 75 kilometrów trasy za sobą.

Tutaj na szagę przekraczamy drogę wiodącą do przejścia granicznego i udajemy się w drogę do Janowa Podlaskiego. Przed przejściem w Kukurykach pokonując dziwny most złożony z czegoś w stylu kratownic zalanych asfaltem unikamy wpadnięcia kół do środka konstrukcji. Zaraz za dostajemy mocny wiatr prosto w twarz. Kuźwa no miało dzisiaj nie wiać, moje morale spada o 1000 punktów, na szczęście kolega Kot twardo prowadzi co nie ukrywam dosyć często zdarza mi się wykorzystać 😉 W miejscowości Neple odwiedzamy broniący dostępu do Bugu czołg T-34.

Podczas robienia zdjęć z samowyzwalaczem humory wracają tak więc możemy śmigać dalej. Na 110 kilometrze docieramy do Janowa Podlaskiego. Szybka kalkulacja czasu i trasy – możemy jechać do Gnojna – nawet pod wiatr powinniśmy zdążyć na pociąg. Kontaktujemy się z kolegą Wiesiem, którego poznałem podczas tatrzańskich wędrówek i ustalamy spotkanie w Białej Podlaskiej. Sam Janów poza stadniną i odpicowanym hotelem to również bardzo barwni ludzie. Pod sklepem spotykamy Andrzeja – Andrzej to Mistrz Polski W Łowieniu Okoni. Dokumentuje nam ten fakt zdjęciem owej ryby, która dała wspomniany tytuł jednak jej wymiary są dosyć mocno dyskusyjne. Kolega Kot podczas dalszej jazdy stwierdza, że był to niezły okaz, dla mnie był to okoń ledwo wymiarowy. Tak czy owak z faktami się nie dyskutuje – tytuł Mistrza został przyznany naszemu Andrzejowi, który wręcz „na misia” żegnał się z nami machając reklamówką wyładowaną puszkami Red-Bull’a i pojemną flaszką jakiegoś mocniejszego trunku. Jestem przekonany, że jego kolejne tytuły mistrzowskie to tylko kwestia czasu 😀 Po około 15 kilometrach docieramy na punkt widokowy w Gnojnie. Wniosek jest prosty – było warto!

Czas goni tak więc wracamy do wsi i kręcimy w prawo na Konstantynów. Wpadamy po chwili na drogę #811, którą dotrzemy do samej Białej – Podlaskiej. Ten odcinek 30 kilometrów zapamiętam jako popisy wariatów w samochodach, którzy jeżdżą chyba na tej trasie ile fabryka dała mijając ludzi jadących rowerami na zapałki. Jak dobrze, że z całej podróży tylko ten odcinek jest taj ruchliwy. Walcząc z czasem i wiatrem docieramy do Białej Podlaskiej na godzinę przed odjazdem pociągu.

Na stacji kupujemy bilety co wbrew pozorom zajmuje masę czasu i szukamy miejsca gdzie można coś zjeść. Wszystko pozamykane, ale w końcu udaje się coś znaleźć. Nawet kolega Kot znajduje dla siebie coś bez mięsa. Samo jedzenie bardzo dobre mimo, że miejsce lekko trąca mordownią. Klimat jest 🙂

Dociera do nas też kolega Wiesio – pasjonat gór, wędrówek, fotografii, który za szczególny cel wędrówek upodobał sobie rzekę Bug. Chętnych zapraszam na jego stronę iwiesio.pl. Rozmawiamy o wyprawie, o Bugu o atrakcjach w okolicy. Jest tego mnóstwo a sam Wiesiek to chodząca skarbnica wiedzy na temat okolicy i nie tylko. Człowiek z ogromną pasją. Na długie rozmowy nie ma niestety zbytnio czasu bo pociąg już nadciąga. Po odwiedzeniu lokalnego sklepu gdzie uzupełniamy zapasy wpadamy na peron w ostatniej chwili. Żegnamy się z Wiesiem a przed nami morze ludzi, którzy chcą jak my dostać się do pociągu relacji Terespol – Kraków jadącego przez Warszawę. Mam już czarne wizje jednak napotkany kolejarz informuje nas, że na samym początku składu znajduje się wagon rowerowy. Nieeee, to nie może być prawda, ale jest – sam, czyściutki, puściutki 🙂 Ekstra!

Parkujemy rowery i rozsiadamy się na podłodze. Na kolejnych stacjach pociąg dobiera tylu ludzi wracających do stolicy po weekendzie, że nawet u nas w wagonie rowerowym jest tłoczno, nie mówiąc już o reszcie składu gdzie ciężko wcisnąć szpilkę. Po 1,5 godziny podróży wyskakujemy na Warszawie Wschodniej. Udajemy się pod Stadion Narodowy na szybkie piwko i oglądanie meczu Lech – Legia.

Po pierwszej połowie musimy jednak jechać na Warszawę Centralną aby złapać pociąg do Poznania. Krótka wyprawa po ulicach stołecznego miasta i meldujemy się na dworcu z 15 minutowym zapasem.

Na peronie znowu ciężko gdzieś się dopchnąć. Ludzi jest mnóstwo. Pociąg jadący przez Poznań do Zielonej Góry podjeżdża w końcu na trzeci peron. Cała szara masa zaczyna falować w kierunku pustych jeszcze wagonów. Na tej trasie nie ma wagonów rowerowych dlatego idziemy na koniec składu przypiąć rowery do ostatnich drzwi – postoimy, to tylko 3 godziny.

Pociąg rusza a wagon jest nadal pusty – hmm… Czy coś jest nie tak? Kierunek dobry, jakoś to będzie… W okolicach Wrześni dociera do nas konduktor, który informuje nas, że wagon jest pusty bo ostatnie dwa zostały dostawione do składu na ostatnią chwilę i nie sprzedawano na nie miejscówek a ludzie stoją po korytarzach na początku składu zamiast przyjść tu. Dla nas jak najbardziej pozytyw 🙂 Tak więc drugi raz udało się nam dostać bardzo dobre miejsca. W Poznaniu meldujemy się kilka minut po 23:00. Szybkie pożegnanie i każdy udaje się w swoją stronę. W progu domu staję 10 minut przed północą. Już za 8 godzin zasiądę do biurka w pracy – tej chwili nie da się opisać 😉 Serdeczne podziękowania dla kolegi Kota za super wyprawę i wspólnie pokonane kilometry.

Czas zaplanować coś kolejnego!

Foto: Kot

 

Szosowa operacja „Południowo – Wschodnia Flanka”
%d bloggers like this: