Jakiś czas temu kolega Błajet zaproponował ciut bardziej urozmaicony trening szosowy trasą przygotowaną przez innego kolegę Pana Kota. Po krótce wyjazd z Poznania pociągiem do Wronek a potem kierunek Czarnków, Goraj, Lubasz, Oborniki, Morasko i Poznań. Trasa zaplanowana tak żeby zahaczyć wszystkie podjazdy w okolicy co zapowiadało dobrą zabawę. Biorąc pod uwagę, że obaj panowie są mocno zwariowani na punkcie rowerów a ich popisy na trasach enduro podziwiam zawsze z otwartą papą decyzja mogła być tylko jedna. Pewnie, że jedziemy! Padło na Wielką Sobotę a zarazem urodziny mojej szanownej małżonki – gwarancja dobrej średniej na trasie. Ostatni tydzień nie był jednak dla mnie zbyt pozytywny. Szybkie zrzucanie wagi odbiło się mocno na samopoczuciu i sile w nogach, na dodatek przemęczenie mocno dawało się we znaki. Nie chodzi tu jednak o usprawiedliwianie się. Słowo się rzekło, budzik zadzwonił dziś rano o 5:30. Potem o 5:40, 5:45, 5:50. Finalnie mocno zaspany usiadłem do kilku łyżek owsianki z orzechami i rodzynkami. Na więcej nie starczyło czasu. Wyruszyliśmy na pociąg z umówionego miejsca o 6:20. Trasa 11 kilometrów do stacji Poznań Wola zleciała bardzo szybko. Pogoda ciut inna niż zapowiadane słońce ale lekki deszcz i stojąca na drogach woda nie popsuły zabawy. Na Woli oczekiwanie na pociąg.

Mimo rozpuszczonych wici wsiadamy finalnie do pociągu w trzy osoby – Pan Kot, kolega Błajet z ekipy Cyklotur i ja. Na dobry początek dnia trochę zamieszania z kontrolą biletów zakupionych przez internet – brak dowodu osobistego kupującego. Staramy się przekonać panią konduktor, że my mamy dowody i możemy za kolegę poświadczyć. Pani na szczęście z tych życiowych, patrząc w system rzuca nam zagadkę – jaka jest trzecia od końca litera w nazwisku kupującego. Jedni liczą na paluszkach, inni w pamięci, ja nie wiedzieć dlaczego prawie wypaliłem swoje nazwisko, które akurat nie było tutaj zbyt ważne. Udaje się nam jednak zgadnąć 😉 Możemy skupić się na podróży na stojąco w zatłoczonym przedziale próbując nie umazgać współpasażerów brudnymi oponami.
W końcu Wronki, wysiadka i czas na ogarnięcie sprzętu. No to ruszamy – kierunek Czarnków. Niebo nadal mocno zachmurzone, droga bardzo mokra, na dodatek zaczęło mocno wiać. Od samego początku szybkie tempo, zmiany jak kto uzna za stosowne ale z tych częstszych. Przodownikiem grupy zostaje Pan Kot – gwarancja mocnego tempa na trasie. Przepiękna okolica Puszczy Noteckiej, asfalt też jakościowo wspaniały. Na dodatek przez chmury zaczyna przebijać się słońce.


Gdyby tylko nie to wewnętrzne wrażenie, że za chwile mnie odetnie. Nie mam totalnie mocny. Dobijamy do Czarnkowa. Skręcamy w prawo i pierwszy mocny podjazd w kierunku na Dębe. Kolega Kot jakby pojechał po płaskim, na końcu podjazdu ma chyba z pół kilometra przewagi a nie wygląda na zbyt przemęczonego. W przeciwieństwie do mnie. W Dębem skręcamy w prawo i chcemy przedostać się na Goraj jednak dowiadujemy się, że tędy nie przejedziemy na szosach. Odwrót i musimy nadrobić przez Lubasz. Tu mały postój i uzupełnienie węgli. Uratowany. Kręcimy na Goraj, lekki podjazd i ciut zjazdu w malowniczej scenerii bukowych lasów. Teraz już tylko podjazd na zamek gdzie mieści się Zespół Szkół Leśnych. Idzie mi strasznie ciężko, przez chwile mam nawet myśli czy nie odpuścić i nie wrócić swoim tempem do domu. Pod zamkiem mała regeneracja.

Zjeżdżamy na dół i kierunek Czarnków na drugiej pętli. Po prawej stronie wspaniałe tereny dla pląsów na MTB. Tym razem w Czarnkowie kierujemy się bardziej na centrum po czym odbijamy na ulicę Jesionową. Niby tylko ciut ponad 500 metrów ale podjazd 14% daje mocno w kość. Kolega Kot oczywiście na pełnym relaksie, my już trochę bardziej z zaciętością na twarzach.


Na górze chwila dla reporterów i zjazd do ulicy Poznańskiej. Nie czas jednak na powrót. Zjeżdżamy do centrum miasta i wlatujemy na obwodnicę gdzie czeka na nas długi podjazd. Ustalamy z Błajetem taktykę – niech się Pan Kot wyszaleje, odetnie go w drodze powrotnej do domu, tam go wyprzedzimy 😉 Z obwodnicy skręcamy na Śmieszkowo i Dębe gdzie skręcamy w lewo i dublujemy trasę na Lubasz. Cały czas mocna praca w grupie co pomaga mi w końcu jako tako dojść do siebie. W Obrzycku kręcimy na Oborniki. Wiosna w pełni, słońce na niebie, wiatr w plecy, trasa podeschnięta – tak to można pomykać. Przed Obornikami krótki postój pośród pól.

Co jakiś czas mijamy kolarzy jadących od strony miasta. W Obornikach mała spina z jakimś kierowcą, chyba po cywilu i ostry podjazd ulicą Podjezierską. Ciężko, ciężko a Pan Kot jak miał słabnąć nie słabnie 😉 znowu dociera na górę dużo przed nami. Terminator normalnie. Objezierze, Wargowo, Golęczewo. Ten ostatni odcinek to taka polska wersja trasy Paryż – Roubaix tylko zamiast bruku asfalt wyglądający jak po tygodniach nalotów dywanowych. W Sobocie rozdzielamy się Panem Kotem. Niestety do samego końca go nie odcięło i musieliśmy nieźle się napocić żeby utrzymać mu koło 😛

Teraz już niby tylko podjazd w Bytkowie, Rokietnica, Napachanie z podjazdem koło straży i Sady z wiaduktem nad A2. Jesteśmy już mocno zmęczeni. Niby blisko a tak daleko. Lusowo i Zakrzewo jakoś się kończą, teraz już tylko ostatni podjazd nad obwodnicą i lądujemy w Dąbrowie. Tu czas na pożegnanie i każdy leci w swoim kierunku do domu. Kolejne kilka kilometrów dreptania i jestem.
Teraz tylko uzupełnienie płynów oraz kalorii i można się chwilę zrelaksować. Po krótkim odpoczynku zamiana roweru na MTB i wyskok z chrześniaczką do Lasów Zakrzewskich na mały rozjazd.
Najważniejsze jednak to, że idzie wiosna!

Ze święconką w Puszczy Noteckiej
avatar
%d bloggers like this: