Czas wyruszać…

Początek wyprawy nie różnił się zbyt znacząco od poprzednich wypraw. Praca, dom i wieczorny wyjazd. Ruszałem z domu z lekką obawą bo wszystkie media trąbiły o paraliżu na południu Polski oraz ogromnej liczbie wypadków spowodowanych sypiącym gęsto śniegiem. Rozpoczynał się też długi weekend związany ze świętem Trzech Króli co nie mogło wpływać dobrze na ruch na drogach. Dodatkową kwestią były warunki panujące w samych Tatrach: lawinowa „trójka”, masy świeżego, nawianego śniegu, szalejący wiatr i syberyjskie mrozy. Wszystko to składało się na jeden wniosek – od wyjścia z domu każdy krok musiał być planowany z głową i rozsądkiem.

Po odebraniu kolegi Karola wyruszyliśmy A2 w kierunku miasta Łodzi. Najdroższa autostrada w tej części globu przywitała nas śniegiem i lekkim białym zabarwieniem na lewym pasie. Od Łodzi jednak czysto, czarno, można było ciąć. Na pitstopie w Częstochowie było już -13C i kupa śniegu, ale droga nadal OK. Jakże przyjazne nam rejony Oberschleisen to trochę lodu na A4, ale też względny spokój. Zabawa zaczęła się dopiero po wskoczeniu na Zakopiankę. Tutaj śnieg, lód, zawieje, zamiecie i patrole policji czyhające na najmniejszy błąd zmęczonych kierowców. Docieramy jednak do Kir całkiem sprawnie nie niepokojeni przez nikogo około godziny 3:00 nad ranem. Decydujemy, że przyda nam się „godzinka” regeneracji przed wyjściem na szlak. Karol zasypia jakieś dwie i pół sekundy po tej decyzji a ja walczę jak zawsze w aucie z pozycją do snu. Po pół godziny walki zaczyna mnie to lekko denerwować, na dodatek chłód związany z niecałym -20C zaczyna powoli wdzierać się to środka auta.

Dosyć tego dobrego! Budzę kolegę, idzie ciężko, wentyluję więc auto w celu przyspieszenia procesów organizacyjnych.

W końcu na szlaku…

Jest godzina 04:00 a temperatura spada do -20C. Po ogromnej ilości anegdot i wypisaniu kartki dla właściciela parkingu ruszamy w kierunku schroniska w Dolinie Chochołowskiej. Nie idziemy jednak asfaltem a uderzamy w Dolinę Kościeliską z zamiarem odbicia na Cudakowej Polanie w Ścieżkę Nad Reglami i marsz w kierunku Niżniej Kominiarskiej Polany.

Szlak ten przez ostatnie kilka lat był zamknięty w związku z wiatrołomami. Ma być krótko, łatwo i przyjemnie jednak już po chwili okazuje się, że wcale tak być nie musi. Jest dużo śniegu, szlak nie jest miejscami przetarty a nogi chyba muszą się zaaklimatyzować. Droga strasznie się nam dłuży. Mam wrażenie, że wleczemy się jak ślimaki. Okazuje się jednak, że trzymamy cały czas tempo czasu letniego. Za Kamiennym Żlebem schodzimy mocno nawianym odcinkiem gdzie czasem zapadamy się po pas. W końcu po dwóch godzinach jesteśmy w połowie Doliny Chochołowskiej, teraz już tylko godzina do schroniska. Na „płaskim” robi się mocno zimno.

Gdy wychodzimy na Polanę Chochołowską ze ściany lasu mróz dociska jeszcze mocniej. Zaczyna świtać, gdy wchodzimy do schroniska powoli robi się jasno. Na miejscu wszyscy jeszcze w pieleszach. Chcemy się szybko przegrupować i realizować plan ataku czyli udać się na Starorobociański Wierch.

Okazuje się jednak, że szlaki są mocno zasypane i pogoda rozdaje karty wyjść. Zmieniamy więc trochę plan. Na początek rozbijamy obóz w sali telewizyjnej odsypiając nocną podróż. Musze być mocno zmęczony bo zasypiam na drewnianej ławie z rakami pod głową jako poduszką. Karol też ewidentnie nie cierpi na bezsenność wchodząc w fazę REM od pierwszej sekundy po zamknięciu oczu.

Około 11:00 możemy się zameldować w pokoju, szybki przepak i na lekko ruszamy w kierunku Grzesia.

Ot Grześ, tylko Grześ, ale trzeba na niego wleźć…

Mocno mrozi, ale regulujemy temperaturę na podejściu trzymając szybkie tempo. Szlak przetarty, do wyjścia z linii lasu wręcz jakby ktoś w nocy odśnieżał. Ruch dosyć duży, widać wielu piechurów ale również gro snowboardzistów i skitourowców. Na Bobrowieckiej Przełęczy odbijamy standardowo w lewo. Na Przełączce pod Grzesiem zaczyna się trochę kluczenia, szlak miejscami lekko zasypany, ale na pewno nie zatarty. Zaczyna wiać a po chwili dmucha już całkiem solidnie. Szybka kalkulacja czy lecimy dalej na Rakoń jednak jest już za późno – jakby nie było nawet w Trzech Króli wieczorem robi się ciemno. W międzyczasie obserwujemy popisy amatorów jazdy na desce. Jeden z nich ewidentnie szuka guza jadąc trochę bez ładu i składu po dużym nawisie śnieżnym ku przerażeniu swoich kompanów. Na szczęście udaje mu się dotrzeć do mety bez wołania TOPRu. W związku z tym, że wiatr zaczyna nas wychładzać zaczynamy schodzić do schroniska. W połowie drogi robimy pauzę na posiłek.

Zjedzenie batona białkowego w tych warunkach jest dosyć ekwilibrystycznym przedsięwzięciem. Po kilku minutach udaje mi się wbić kilka zębów. Po dłuższej chwili daję radę odgryźć kawałek bez utraty zębów – mmmhhhmm cóż za satysfakcja 🙂 Wracamy do bazy gdzie ruch w pełni. Wszystkie miejsca przy stołach zajęte, mnóstwo ludzi w każdym kącie. W końcu długi weekend. Prysznic, klapki, obiad, odpoczynek. Schronisko pustoszeje ze zbliżającym się zmrokiem. Zostają tylko Ci, którzy będą spać a ludzi trochę jest. Trafiła nam się mocno rozrywkowa ekipa. Jest wiele osób, które dopiero zaczynają przygodę z Tatrami, ale są też i zapaleńcy, którzy mają konkretne plany na następny dzień.

Wieczór jest dosyć długi, my w łóżkach meldujemy się grzecznie koło północy. Budzik dzwoni 06:00 rano, pierwsza próba mobilizacji nie jest jednak w pełni udana. Robię rozruch poranny po schronisku. Twarze mijanych ludzi mówią o tym, że impreza była intensywna i trwała do późnych godzin porannych… Wczoraj chóralne śpiewy i opowieści o życiu a dzisiaj gdy mówię „siema!” słyszę tylko ciche „cześć…” i wzrok wbity w podłogę. No ale dajmy im trochę czasu na dojście do siebie 🙂 Wracam do pokoju gdzie już wszyscy na nogach. Czas zbierać się powoli w kierunku Starorobociańskiego Wierchu.

Starorobociański Wierch zimą – nasza Nanga, nasze K2, nasza Góra Marzeń…

Śniadanie i ruszamy w dół doliny. Jest naprawdę zimno jednak w ruchu udaje się trzymać ciepło. Prognozowane są temperatury w okolicy -30C oraz silny wiatr. Moja lidlowa kurtka po chwili marszu zamienia się w plastykową skorupę, która jakby miała zaraz rozłupać się na kawałki od trzaskającego mrozu. W środku jest jednak odpowiednio. Ogólnie jest bardzo wesoło, humory naprawdę dopisują. W sumie to dawno nie popłakaliśmy się ze śmiechu na podejściu na szczyt 😉 Skręcamy z doliny w czerwony szlak wiodący w kierunku naszego pierwszego celu czyli Trzydniowiańskiego Wierchu.

Rozpoczynamy podejście przez Krowiniec, który od tego dnia na naszych mapach zmienia nazwę na Kuluar Dziwnych Pytań. Nie będę wchodził tutaj w szczegóły, ale nazwa na pewno zostaje 😉 Śniegu jest bardzo dużo, podejście idzie poza szlakiem prosto do góry przez kosodrzewinę. Trasa jest przetarta i dodatkowo poprzecinana wieloma liniami zjazdu skitourowców. Na podejściu pod żleb Kulawiec trasa zaczyna mocno piąć się pod górę.

Czas na założenie raków. Przedzieramy się przez linie lasu by po chwili wyjść na otwartą przestrzeń. Jest przepięknie. Widoczność jakiej nigdy w Tatrach nie mieliśmy. Babia Góra wydaje się być zaledwie 30 minut marszu od nas. Na dodatek słońce, zero chmur i minimalny wiatr. Jest naprawdę genialnie. W miarę zbliżania się do wierzchołka zaczyna jednak coraz mocniej wiać. Gdy meldujemy się na szczycie po lekko ponad dwóch godzinach marszu dmucha już naprawdę mocno.

Temperatura według zegarka to -28C, dodając bardzo silny wiatr wolę nie wiedzieć jaka jest temperatura odczuwalna. Na Kończysty Wierch mamy godzinę a potem już tylko 45 minut na Starorobociański. Widzimy, że jest jedna czy dwie osoby, które schodzą ze Starorobociańskiego jednak szlak nie wygląda zbyt optymistycznie. Początek owszem wywiany, zmrożony i dosyć pewny na raki jednak dalej wpadamy w nawis śnieżny, który wydaje się jakby miał zaraz zjechać w dół do doliny. Kilkaset metrów później robimy przerwę i naradzamy się co robimy. Zaczynamy przemarzać. Palce stóp oraz dłoni zaczynają czuć przeszywający chłód. Myślę, że dalibyśmy radę, ale podejmujemy rozsądną decyzję o zawróceniu.

Rozsądną ale ciężką – przekonuje nas jednak argument, że w tym samym miejscu będziemy najwcześniej za cztery godziny… To szmat czasu na takim wygwizdowie, nie ma co strugać bohaterów tylko uznać wyższość góry. Nawet Tatry Zachodnie nie tolerują ludzi lekkomyślnych. Nawet w Tatrach Zachodnich można władować się w nie lada tarapaty. Zwłaszcza przy lawinowej „trójce”. I tak po raz trzeci zimową porą nie udaje się nam wejść na naszą górę, która powoli zaczyna urastać do rangi Góry Marzeń… Wracamy na szczyt Trzydniowiańskiego Wierchu gdzie przekrzykując szalejący wiatr wymieniamy uwagi z grupą, która idzie po nas. Mają w planach pójść przynajmniej na Kończysty – czy poszli tego już nie wiemy bo schodzimy za grań żeby uciec z linii wiatru a wiatr i mróz też zaczynały im doskwierać. Gdy docieramy za linię kosodrzewiny znowu ogarnia nas bajkowy świat – grzejące słońce, śnieg po pas, przepiękne widoki i minimalne powiewy wiatru. Przejrzystość powietrza jest tak duża, że wydaje się, że prawie widać Poznań no a Wrocław to już na pewno 😉 Robi się przyjemnie i błogo 🙂

Schodzimy w dół tą samą trasą by półtorej godziny zameldować się ponownie w schronisku na Chochołowskiej. Jest sobota tak więc ruch ogromny, turystów wszędzie pełno. Jemy obiad, pakujemy plecaki i po godzinie 15:00 jesteśmy gotowi do wymarszu w kierunku schroniska na Hali Ornak. Tutaj niemiła niespodzianka – ktoś z pseudo ludzi gór podpierniczył mi czapkę z suszarki. Na szczęście jest zapasowa bo byłoby nieciekawie. Słońce zachodzi powoli za horyzont. Czas ruszać w drogę.

Międzylądowanie na Hali Ornak i kierunek Tatry Wysokie, przynajmniej teoretycznie…

Jest nadal mroźnie jednak nadajemy mocne tempo przy przejściu przez dolinę co trzyma nas w dobrych nastrojach. Przy Starorobociańskim Potoku odbijamy na żółty szlak w kierunku Doliny Iwaniackiej. Na Starorobociańskiej Polanie mijamy odbicie na czarny szlak w kierunku Siwej Przełęczy, która co okaże się później toczy właśnie walkę na wyniszczenie z jedną z poznanych przez nas wcześniej ekip. Po naszej lewej stronie ciągnie się masyw Kominiarskiego Wierchu górujący nad okolicą. Góra to piękna i wybitna, usiana jaskiniami. Niestety nie ma możliwości legalnego na nią wejścia. Szlak prowadzący z Iwaniackiej Przełęczy został zamknięty w 1988 roku w związku z ochroną orła przedniego.

Zaczyna ogarniać nas mrok, włączamy czołówki i zaczynamy podejście pod przełęcz. O ciemku już po prawie dwóch godzinach marszu meldujemy się na górze mijając dobrze znane nam odbicie zielonego szlaku na Ornak. Jest przepięknie, cicho, bezwietrznie, wszystko dookoła pokrywa śnieg. Spoglądamy na południowy – wschód gdzie w blasku księżyca i gwiazd wiszących na bezchmurnym niebie kąpią się zaśnieżone szczyty Smreczyńskiego Wierchu i Tomanowego Wierchu Polskiego. Bardziej na wschód, na wprost nas, czają się w mroku Ciemniak a za nim Krzesanica. Czy przejście na nie Wierchy jest przetarte? Czy damy radę podejść jutro długim szlakiem na Czerwone Wierchy? Czy dotrzemy do schroniska na Hali Kondratowej? Tego jeszcze nie wiemy…

Wiemy za to, że przed nami za chwilę koniec trasy bo niecała godzinka i będziemy w schronisku. Zejście jest mocno wyślizgane i czasami trzeba naprawdę uważać żeby nie wywinąć orła. Chwila moment i przez drzewa zaczynają przebijać światła. W środku całkiem sporo osób pytamy jednak o dostępne miejsce i okazuje się, że dostępna jest jedna dwójka. Cena dosyć wysoka jak na schronisko, ale tłumaczę sobie, że to w związku z czerwonymi powłoczkami w serduszka w które przywdziane były pościele na łóżkach 😉 Rozpakowujemy się i czas na kolację. Przy stole spotykamy kolegę z ekipy poznanej w poprzednim schronie, który odmroził sobie nos i dzisiaj na spokojnie pokonał trasę identyczną jak my. Pozostała część poszła właśnie na Siwą Przełęcz. Okazuje się, że dopiero co weszli i stoczyli naprawdę tęgi bój z torowaniem prawie całego szlaku w kopnym śniegu sięgającym czasami grubo po pas. Są wycieńczeni, ale i tak w lepszych nastrojach niż na podejściu pod Siwą gdzie jak to mówią dopadła ich straszna depresja i zwątpienie. Ucinamy sobie pogawędkę i planujemy co robić jutro. Chcemy dotrzeć do schroniska na Hali Kondratowej i zastanawiamy się nad dwoma wariantami. Możemy pójść do Kir do auta, podjechać do Kuźnic i podejść z dołu w wersji dla leniwych lub pójść na Czerwone Wierchy i zejść przez Kopę w to samo miejsce. Niby ktoś tam szedł na Wierchy jednak nie ma żadnych konkretów. Trudno, podejmiemy decyzję rano. Kosztujemy jeszcze kilka łyków mocniejszego trunku pędzonego przez jednego z poznanych chłopaków i udajemy się na zasłużony spoczynek.

Idziemy do Iwonki czyli chwilowy powrót do cywilizacji, kryzys i Giewont tuż za rogiem…

Rano śniadanie, pakowanie i wyruszamy w trasę. Pogoda kolejny dzień mocno dopisuje, widoczność wspaniała, nad schroniskiem w promieniach słońca pręży się słowacka Bystra – najwyższy szczyt Tatr Zachodnich. Ruszamy w dół Doliny Kościeliskiej żwawym tempem. Mijają nas ratownicy TOPR zwożący do szpitala dziewczynę, która dzień wcześniej odmroziła sobie palce u stóp. To nie był udany dzień dla niej… Nadal jest bardzo mroźno.

Po pewnym czasie znajdujemy się w tym samym miejscu co kilka dni wcześniej, przy odbiciu w kierunku do Doliny Chochołowskiej. W prawo odbija szlak czerwony, który jeśli jest wyżej przetarty to po czterech godzinach doprowadzi nas na Ciemniak. Tam mamy prawie dwie godziny od Przełęczy po Kondracką Kopą i półtorej godziny do schroniska. Przy założeniu, że pójdziemy zgodnie z planem zajmie nam to minimum 7 godzin. Czerwone Wierchy zimą jednak mogą być bardzo zdradliwe o czym przekonają się już za kilka godzin nasi koledzy ze schroniska. Wybieramy więc opcję lekką czyli idziemy do auta. Dolina Kościeliska żegna nas pięknymi widokami, palącym słońcem i mrozem -25C.

Płacimy za parking w Kirach i wsiadamy do auta. Po temperaturach rzędu -30C przez ostatnie noce są małe problemy z odpaleniem i działaniem podzespołów, ale w końcu jedziemy już w kierunku Zakopanego. Zostawiamy auto na parkingu w okolicach Nosala i około 10:30 idziemy już przez Kuźnice w kierunku Hali Kondratowej.

Z samych Kuźnic mamy godzinę do schroniska, meldujemy się w nim jednak dużo szybciej. Przywitanie przez Panią Gospodarz naszego ulubionego miejsca baaardzo miłe. Od progu łapiemy ten specyficzny klimat i rozbijamy się w pokojach. Jest wesoło, ale poplotkujemy później. Czas zostawić niepotrzebne graty i wyruszyć na Giewont bo już prawie 13:00.

Ruszamy z zapałem na południe. Początek jest standardowy zgodnie z niebieskim szlakiem letnim jednak po chwili odbijamy prosto pod górę w Krówski Żleb kierując się na Wielki Upłaz położony pod Długim Giewontem.

Podejście jest w większości przetarte jednak duża stromizna powoduje, że idzie się paskudnie ciężko. Od samego początku podejścia nie jesteśmy też zbytnio w formie, chyba dopada nas lekkie przesilenie. Po kilkuset metrach rozdzielamy się i idziemy osobno.

W okolicy grasuje wielu skitourowców, którzy śmigają raz po raz w dół po okolicy. Mijamy kilka osób, które były już na szczycie – ostrzegają nas o tym, że mocno wieje na górze. Gdy melduję się na Szczerbie rozpoczyna się festiwal porywów wiatru.

Karol idzie kawałek za mną, postanawiam poczekać – wydaje się jakbym czekał tam pół dnia. Schodzę trochę niżej za grań czując, że zaczyna mnie przewiewać. Tutaj kontrast – słoneczko, piękne widoki, prawie relaks. Dociera Karol, który przekazuje mi informację, że nie czuje się zbytnio dobrze.

Podchodzimy pod same łańcuchy i smagani wiatrem zastanawiamy się co robić dalej. Jedno jest pewne – nie rozdzielamy się. Idziemy razem czy to będzie szczyt czy też wycof. Wieje niemiłosiernie, czas podjąć decyzję. Wracamy… Wpadam nogą w szczelinę między kamieniami zasypaną nawianym śniegiem – na szczęście kości całe. Wychodzę z niej patrzę na Karola i już wiem, że jednak wracamy na szczyt. Przypinamy całość sprzętu do pierwszego łańcucha. Do ubranych już na początku podejścia raków dorzucamy tylko kaski. Na dobry początek chwytam łańcuch i walę nim z całej siły w twarz rozcinając wargi. Zęby na szczęście całe. Bardzo szybko meldujemy się na górze jednak z przygodami o których nie będę pisał żeby nie robić z tej relacji horroru 😉 Na górze szybkie uspokojenie tętna. Jest 15:00.

Chcemy zejść tak jak schodzi się latem czyli na zasadach jednokierunkowych. Nie ma opcji, nawiany śnieg skutecznie zakrył łańcuchy. Bez uprzęży i lin nie ma co się tam pchać. Wracamy jak przyszliśmy pod wierzchołek. Schodzi się dosyć ciężko, głównie na czworakach, ale po chwili jesteśmy już przy plecakach. Czas schodzić do doliny bo słońce zaczyna chować się za Kopą.

Wieje tak, że nie możemy znaleźć naszych śladów, którymi dotarliśmy tu 15 minut temu. Ruszamy jednak spokojnie w wyznaczonym kierunku tak jak przyszliśmy. Na Szczerbie napotykamy Andrzeja Bargiela, który śmiga po okolicy na nartach. Chwilka rozmowy i lecimy dalej.

Przy zejściu tym samym żlebem spoglądamy co pewien czas na wielką czapę śniegu, która wisi po prawej stronie naszego zejścia. Już podchodząc zwróciliśmy na nią uwagę, teraz jednak wydaje się być bardziej groźna niż była. Idzie się szybko bo ostro w dół jednak kolana nie są zbytnio zadowolone z obrotu sprawy. Im niżej jesteśmy tym lepsze mamy nastroje 😀

Mijamy jeszcze kilka osób na zejściu i o 16:00 bez przygód meldujemy się w schronisku. Tutaj standardowo bigosik i pogawędki z naszą ulubioną Panią Gospodarz. Gdy rozbijamy się w pokoju czekając na ciepłą wodę słyszymy w pokoju obok jedyną osobę, która jest z nami na noclegu. Kto to? Okazuje się, że ku naszej radości jest to kolega od odmrożonego nosa, który dał sobie kolejny dzień luzu i poszedł dołem. Specjaliści od ciężkich przepraw poszli z Hali Ornak według naszego planu przez Czerwone Wierchy. Po pewnym czasie widać dopiero światła ich czołówek. Gdy spotykamy się na piwie przed snem okazuje się, że mieli drugi dzień mordęgi – najpierw bardzo ciężkie podejście na Ciemniaka gdzie wielokrotnie gubili zatarty szlak. Potem wichura przez całe Wierchy by kończyć wyprawę z duszą na ramieniu idąc z Kondrackiej Przełęczy po pas w śniegu w dół zaraz obok Piekła gdzie co chwila obsuwali się w dół. Wyglądają na takich, którzy naprawdę stracili wiele zdrowia tego dnia… Rozmawiamy przez chwilę z parą, która szła z Kasprowego przez Goryczkową Czubę do schroniska – potwierdzają nasze obawy. Przejście górą jest mocno nawiane i warunki są bardzo ciężkie.

Zasypiamy planując w głowach jak dojść dnia następnego do Murowańca. Nasz plan ponownie się rozsypuje…

Kasprowy Wierch, Rosjanie i stary dobry Murowaniec…

Noc jest bardzo niespokojna. W pokoju jest strasznie gorąco. Otwieramy okno by po chwili je zamykać bo temperatura szybko spada i tak w kółko. Budzimy się co chwilę patrząc na zegarki. Planowana pobudka o 06:00 zostaje przesunięta na godzinę 07:30. Śniadanie w opustoszałeś sali głównej i szybkie ustalenie co robimy.

Nie ma co się pchać przez Goryczkową, która rok wcześniej pokazała nam, że może być łagodnie rzecz ujmując mocno kłopotliwa… Ruszamy w drogę żegnając się z Halą Kondratową i kultowym schroniskiem.

Nie wiemy wtedy jeszcze, że życie w górach potrafi być bardzo przewrotne i nasze ślady zawitają tu wkrótce ponownie. Idziemy więc do Kuźnic gdzie zahaczamy o jadłodajnię gdzie serwowane są pyszne omlety. Tego nam było trzeba – morale +1000!

Lecimy dalej i obieramy kierunek na Kasprowy Wierch. Odcinek do pośredniej stacji kolejki na Myślenickich Turniach zajmuje nam 40 minut. Ot szybki marsz bez większych wydarzeń.

Towarzyszy nam przepiękna pogoda, mróz też odpuścił przez co robi się wręcz gorąco. Do granicy lasu docieramy po kolejnych 50 minutach.

Od Giewontu nadciągają pierwsze podczas tej wyprawy chmury. A może to wywiany z dolin smog – ciężko powiedzieć. Widoczność spada. Zakładamy raki. Od Suchej Czuby szlak jest mocno wywiany i pokryty warstwą lodu. Trochę kluczymy w mleku, ale w końcu docieramy do stacji kolejki krzesełkowej Goryczkowa. Teraz już tylko ostanie metry i meldujemy się przy budynku IMIGW.

Widok w kierunku Tatr Wysokich jest przepiękny. Za chwilę jednak nadciąga mleko. Schodzimy kilka metrów w dół i parkujemy na obiad. Na górze w restauracji podobnie jak na dole w Zakopanem królują nacje zza naszej wschodniej granicy. Polaków raczej mało jednak na szczęście można spotkać – i to nawet znajome twarze 😀 Na dobry początek spotykamy komentatora Canal+ Żelka Żyżyńskiego.

Po chwili ku naszemu zdziwieniu po raz kolejny trafiamy na kolegę z odmrożonym nosem 😀 Jego ekipa po przeżyciach z dnia poprzedniego podzieliła się – część poszła dołem jak my a jeden z grupy poszedł totalnie dołem prosto do Murowańca nie szukając atrakcji. Po odpoczynku połączonym z rozmowami o tym co było i co będzie zbieramy się w drogę. Łączymy siły z drugą grupą, ubieramy raki i rozpoczynamy zejście do Murowańca. Bokiem pustego już stoku narciarskiego prosto w dół Suchą Doliną Stawiańską. Widoczność spada bardzo mocno, zaczyna wiać i sypać lekko śniegiem. Zejście bardzo szybkie i już po chwili jesteśmy na Hali Gąsienicowej.

Chmury lekko ustępują a po prawej bardzo nieśmiało wyłania się charakterystyczna bryła Kościelca, który za chwilę rozpływa się jednak tajemniczo we mgle.

Przed nami schronisko Murowaniec. Pozostaje nam przedostać się jeszcze przez kopny śnieg leżący przy Betlejemce i lekkie zejście w dół. Ostatnie chwile marszu i już zdejmujemy raki przed wejściem.

Meldujemy się w wieloosobowym pokoju i schodzimy na obiad. W Murowańcu jak to w Murowańcu bardzo dużo ludzi, jednak przed zmrokiem część osób schodzi do Kuźnic i zostajemy w mniejszym gronie. Tutaj widać, że zostali sami wyjadacze, nie ma raczej osób przypadkowych. Idąc dalej tym tropem widać, że dużą część ludzi to poszukiwacze mocniejszych wrażeń niż my. Liny, uprzęże i cały sprzęt wspinaczkowy rozsiany jest po całym obiekcie.

Spędzamy chwilę na pogawędkach i udajemy się na spoczynek. Noc też jakaś niespokojna. Od godziny 4:30 wstają pierwsze osoby i ciągnie się to do naszej pobudki tak więc o mocnym spaniu można już wtedy zapomnieć. Ot urok schronisk – nie pijesz, nie śpisz 😉

Bez Zawratu i Pięciu Stawów za to Soczi na Kasprowym oraz powrót na Kondratową…

Wstajemy jakoś po 7:30. Na spokojnie bo nieważne co będziemy robić to czasu mamy wiele. Pierwotny plan był taki, że od dnia wcześniejszego powinniśmy być już w Dolinie Pięciu Stawów. Przez warunki na szlakach wszystko przesunęło się o jeden dzień już w niedzielę. Drugi nocleg w „Piątce” był jednak nadal w naszym zasięgu. Debatujemy przy śniadaniu. Ograniczeniem jest to, że następnego dnia Karol musi łapać transport do Poznania a ja kilka godzin później już też muszę być w Zakopanem na spotkaniu. Jeśli nawet przebijemy się przez Zawrat i dojdziemy do schroniska to nocując tam musimy wyjść jeszcze w nocy następnego dnia żeby dotrzeć do Palenicy Białczańskiej i łapać busa do Zakopca. Możemy powtórzyć manewr z poprzedniego miesiąca i przejść przez Zawrat idąc bezpośrednio do Palenicy docierając pewnie już o zmroku do miasta. Docierają do nas jednak informacje, że na Zawracie ciężkie warunki. Śnieg nawiany i próbowało przebić się tam tylko kilka osób z asekuracją. Ruszamy ze schroniska w kierunku Czarnego Stawu Gąsienicowego, na początku idzie się całkiem spokojnie, po chwili jednak trzeba przebijać się przez kopny śnieg.

Pogoda jest ponownie wspaniała – słoneczko i czyste niebo. W okolicy odbicia czarnego szlaku na Karb a dalej Kościelec jest naprawdę dużo śniegu. Przed nami idą dwie osoby, które kierują się na wspinaczkę w kierunku Kotła Kościelcowego. Szybka decyzja, która w sumie już chyba dawno zapadła w naszych głowach. Zawrat i Dolina Pięciu Stawów będą musiały poczekać na następną wyprawę. Nie ma co się katować. Niby już „tylko” lawinowa dwójka jednak prawda jest taka, że nie ma co ryzykować bez asekuracji. Może akurat by się nam udało a może bylibyśmy wieczorem w Wiadomościach. Po co to komu… Podziwiamy chwilę okolicę. Ośnieżony Kościelec dumnie mieni się w promieniach słońca wylewającego się zza Orlej Perci.

Cisza, totalna cisza, wręcz hipnotyzująca… Przed nami ogrom gór a u ich stóp dwie malutkie postacie. Wspaniały, wręcz groteskowy obraz. Napawamy się nim chwilę. Nie wiem dlaczego w głowie przez chwilę widzę obraz Wielkiego A’Tuina płynącego przez bezkres wszechświata ze Światem Dysku na swej skorupie…

Czas wracać do rzeczywistości 😉 Schodzimy ze zmarzniętej tafli Czarnego Stawu Gąsienicowego i ruszamy w kierunku Murowańca. Mimo, że całkiem niedawno z niego wyruszaliśmy to robimy krótki postój w sali na dole. Zastanawiamy się co dalej – schodzić prosto do Kuźnic się nie opłaca bo będziemy musieli szukać zajęcia na dłuższą część dnia na dole.

Wybieramy więc powtórkę z rozrywki i wyruszamy przez Halę Gąsienicową w kierunku Kasprowego Wierchu. Po lewej stronie szlaku żegna nas dumny Kościelec i zawsze niebezpieczna Świnica. Dwa charakterystyczne szczyty strzegące Zawratu, magicznych wrót na drugą stronę…

Są tak blisko i tak daleko… Tak łagodne i zarazem tak groźne… Zostawiamy je w tyle zerkając co jakiś czas przez ramię w natłoku myśli. Podchodzimy dalej bokiem, poza szlakiem letnim, przy stoku narciarskim. Początek jest całkiem spokojny, obserwujemy pędzących w dół narciarzy i snowboardzistów.

Po chwili jednak zaczyna się robić dosyć ślisko, podejście jest skute zmrożonym śniegiem. Wdrapujemy się na górę i rozdzielamy. Karol idzie na herbatę do budynku kolejki a ja robię rundę w kierunku Liliowego. W związku z ograniczonym czasem docieram tylko do okolic Beskidu.

Wszędzie sami sąsiedzi zza wschodniej granicy, polskiego języka nie uświadczysz. Wszyscy ubrani typowo „kolejkowo” – dresiki, adidaski, szpilki, futra, drogie ciuchy. Turystki może nie pokazują cycków jak w rymach Wojtka Sokoła, ale ogólnie biwak, plaża i rewia mody. Normalnie Soczi… Żegnam się z Tatrami Wysokimi i pozdrawiam od kolegi Wiesia majestatyczne Czerwone Wierchy.

Nadchodzi Karol. Dozbrajamy się w raki, wyglądamy dość zjawiskowo w tej scenerii – ludzie prawie pokazują na nas palcami 😉 Zaczynamy schodzić w kierunku Suchej Czuby. Rzucamy okiem na doskonale widoczny teraz Giewont. Przyznać trzeba, że podejście Krówskim Żlebem (trzeci żleb od prawej), które pokonywaliśmy kilkadziesiąt godzin temu robi wrażenie chociaż zdjęcia raczej tego nie oddają.

Patrząc na wiszące nawisy śniegu stwierdzamy również, że byliśmy baaardzo nieroztropni aby nie rzec głupi, gdy dwa lata temu z kolegą Grzesiem zimą podchodziliśmy na szczyt Świńskim Żlebem (to ten idący prosto w dół od szczytu), który jest bardzo lawiniasty. Ruszamy dalej w kierunku okrytego zasłoną smogu Zakopanego.

W okolicy Suchej Czuby napotykamy rodzinę, która człapie do góry. Kobieta z dziećmi ma już trochę dosyć, są jednak zaopatrzeni w raki więc po odpoczynku będą mogli iść dalej. Mają 30 minut na szczyt. Już w linii lasu spotykamy parę, która robi sobie słit focie. Idą na Kasprowy – mają jeszcze z 90 minut podejścia a jest już prawie 14:00. Jakiegokolwiek sprzętu nie stwierdzono. Odradzamy im kontynuowanie wędrówki bo końcowe podejście jest mocno zlodowaciałe i bez raków trzeba będzie zachować dużą ostrożność żeby nie zjechać do doliny. Mogą również przez niskie tempo podejścia minąć się z ostatnią kolejką jadącą w dół. Wiedzą jednak lepiej tak więc lecimy dalej w dół. Teraz szybka powtórka z rozrywki czyli omlet przy dolnej stacji kolejki i chill przy kawie. Przed 16:00 ruszamy znaną nam doskonale drogą na Halę Kondratową mijając opustoszałe Kalatówki. Meldujemy się w schronisku na Hali Kondratowej ku radości Pani Gospodarz. Wiadomo – przecież specjalnie dla niej szliśmy taki kawał i zrezygnowaliśmy z wyprawy w Tatry Wysokie 😉 Jemy obiad, potem kolacja i czas na puszkę zimnego piwa, które wypite w pokoju jest jakby symbolem zakończenia wyprawy.

To już jest koniec…

Rano wczesna pobudka i śniadanie. Pakujemy się już dnia poprzedniego tak więc dorzucamy tylko do plecaków niezbędne rzeczy z noclegu.

Dziękujemy za gościnę zostawiając gospodarzy schroniska. Chwila zadumy. Już za kilka godzin karuzela życia ponownie ruszy pełną parą, powrócą wszelkie tematy dnia codziennego. Koniec tego dobrego…Schodzimy w dół z hali żegnając się z Tatrami…

W okolicy Kalackiego Siodła góry pokazują, że zawsze może zdarzyć się coś nieplanowanego. Niby proste, ale mocno wyślizgane zejście. Karol wywija mega orła z telemarkiem lądując w kamieniach zasypanych śniegiem. Nawet na takiej ścieżce mogło być groźnie tak więc orient cały czas na szlaku.

Po kilkudziesięciu minutach docieramy do dolnej stacji kolejki na Kasprowy Wierch. Tutaj pożegnanie i Karol rusza busem w kierunku dworca a potem na Kraków i do domu. Koniec wyprawy.

Pozostaje mi tylko zejść do Zakopanego gdzie na Bystrym zasiadam do pożegnalno – powitalnego śniadania. Muszę przestawić się na tryb jednoosobowy. Na początku wywołuje to u mnie na twarzy uśmiech bo zamawiając śniadanie w kawiarni wypowiadam się w liczbie mnogiej. Obsługa musiała sobie pomyśleć, że przyszedł „z góry” kolejny dziwak 😉

Udaję się do hotelu. Teraz czas przebrać się i zająć sprawami służbowymi.

Podsumowując przeszliśmy prawie 100 kilometrów pokonując 6 kilometrów w pionie. Plany zmieniały się przez pogodę jak w kalejdoskopie, dwóch czy trzech punktów wyprawy nie udało się nam zrealizować, ale przynajmniej jesteśmy cali i zdrowi.

Było wspaniale – pogoda, widoki, wspomnienia. Piękna polska zima w Tatrach…

Ale to już przeszłość…

 

 

Hu hu ha hu hu ha tatrzańska zima mroźna… ale za to jaka piękna!!!
avatar
%d bloggers like this: