Są takie wyścigi gdzie już po chwili od startu wiesz, że organizowali je zapaleńcy. Czujesz od początku, że ktoś kto układał trasę żyje tym sportem na co dzień i zawarł w niej wszystko to „co tygryski lubią najbardziej”. Na każdym sztywnym podjeździe, technicznym zjeździe, pod uciekającym spod koła kamieniem, przy wyślizganym na błysk korzeniu czy podczas kąpieli w bagnistym błocie – wszędzie czuć pasję. Wracając w niedzielę do domu, z czeskiego Malevil Cup w Górach Łużyckich, trafiliśmy właśnie na taki wyścig. Grand Prix Walimia bo o nim właśnie mowa to jedna z rund Pucharu Strefy MTB Sudety – tu mnie jeszcze nie było 🙂 Wizja rozjazdu po mocnej „setce” z dnia poprzedniego na początku jakoś nie do końca do mnie przemawiała, ale im dalej w las tym robiło się ciekawiej.

Trasa ze Świeradowa Zdrój do podwałbrzyskiego Walimia zajęła nam chwilę jednak wszystko poszło zgodnie z planem. Na miejscu szybkie ogarnięcie parkingu co nie było aż tak prostym tematem i można udać się do biura zawodów po odbiór numeru. Formalności załatwione w kilkanaście sekund i wracam do auta gdzie Daniel jest już prawie gotowy do jazdy. Kilka minut i jedziemy na szybką rozgrzewkę – w sumie to bardzo szybką 😉 – po czym wracamy do bazy wyścigu i stajemy w sektorze.

Dla mnie to drugie w ten weekend nieplanowane zawody tak więc staję na spokoju gdzieś na szarym końcu stawki – ma być zabawa i trening. Z nieba leje się niemiłosierny żar. Wspominam o tym Danielowi , który dobitnie komentuje – „Wszystkim doskwiera!” Noooo Pan Miyagi widzę się załączył… Na szczęście przechodzimy na mniej oczywiste tematy 😉

Sam wyścig to pętla o długości 22 kilometrów i prawie 1000 metrach przewyższeń. Jadący MINI pokonują ją raz, Ci z dystansu MEGA dwa razy – ot taka prawda objawiona… Ciekawym elementem jest opcja wyboru wariantu na trasie przez samego zawodnika. Rzadko ostatnio spotykam to rozwiązanie, a daje naprawdę duży komfort. Sam nie jestem do końca pewny jaki wariant wybrać jednak im bliżej wystrzału startera tym bardziej skłaniam się ku opcji MINI. A co jak będzie niedosyt gdy dojadę na metę? Trudno, takie życie…

Ruszamy równo o 11:00. Krótka rozjazdówka po uliczkach i zaczynamy wspinaczkę asfaltem. Ludzie z końca stawki jadą strasznie chaotycznie, ale podjazd daje ostrą selekcję. Ktoś tam już prowadzi rower, ktoś już sapie jak stary parowóz – tak wyścig trwa w najlepsze 🙂

Pierwszy zjazd i kolejny podjazd, są pierwsze wywrotki. Po chwili ostro pod górę i można zacząć zjazd korzennym singlem. Jest dosyć stromo, ale wszystko na spokojnie do zjechania. Tutaj uaktywnia się Legion Samobójców – wszyscy Ci, którzy z różnych powodów zostali z tyłu – starają się za wszelką cenę wyrwać do przodu. Latają kaski, rowery, pompki, dętki – myślałem, że tylko na wielkopolskich maratonach MTB ludzie nie potrafią jeździć. Myliłem się 🙂 Żeby było mało to taki delikwent gdy już wstanie z gleby zaczyna wszystko poprawiać, po czym uzupełnia płyny czy przegryzie żel – oczywiście na środku zjazdu blokując całkowicie drogę innym zawodnikom. Koło się zamyka i kolejne osoby obijają się od drzew.

Mentalności ludzkiej nie da się zmienić, a już na pewno nie da się tego zrobić na trasie wyścigu. Trzeba jak najszybciej rwać do przodu – tam bezpieczniej – zostawiam więc ekipę kamikaze z tyłu. W podjeździe prowadzącym wąwozem jakiś chłopak spada z roweru i niczym gwiazda belgijskich przełajów biegnie pod górę z rowerem na plecach. Zapomina jednak o tym, że nie jest sam i wali mnie kilka razy tylnym kołem w głowę. Przekazuję mu grzecznie moje uwagi na temat zaistniałej sytuacji, jednak w zamian dostaję jakiś niewybredny komentarz – co za czasy. Zwracam się do niego więc raz jeszcze już bardziej bezpośrednio. Dzięki koledze będącemu za nami przebijamy sobie jednak po piątce i lecimy dalej. Przed nami podjazd łąką gdzie przez nieogar ludzi lekko się korkuje, ale gdy prowadzi się rower środkiem trasy blokując jadących nie ma co się dziwić. Mimo tych kilku kwestii jest naprawdę godnie. Cały czas bardzo interwałowo i technicznie. Nie ma chwili na podziwianie widoków, cały czas orient.

Przed nami bardzo sztywny podjazd. Kurcze dlaczego ja nie mam takich tras w okolicy 🙁 Kolejny kręty zjazd singlem i zaczynamy podjazd szeroką łąką. Tyle atrakcji a to dopiero 11-ty kilometr 🙂 Po chwili mijam dziewczynkę siedzącą przy trasie z mamą. Dopingują mocno zawodnika jadącego za mną. Mama mówi – „Patrz kochanie tatuś jedzie!!!” Dziewczynka wali rynnę krzycząc przez łzy – „Tatusiu, ale Ty jesteś przecież ostatni!!!”. Jadąc kolejne kilkaset metrów pod górę myślę o tej biednej dziewczynce i o biednym tatusiu… Jak on jej to teraz wytłumaczy – może, że to był wyścig XC gdzie ciężko stwierdzić kto jest pierwszy a kto ostatni bo ludzie mieszają się na rundach? Czy ona zrozumie to tłumaczenie, czy nie da się przekonać? Muszę zostawić te dywagacje bo przede mną bardzo techniczna, skalista sekcja poprzecinana błotem i korzeniami. Jest doskonale 😀 Mimo, że startuję na HT to na skalistym zjeździe nie czuję żadnego dyskomfortu – endorfiny robią swoje. Przede mną bufet gdzie inaczej niż reszta stawki staję na coś do jedzenia.

Jest czas, nie ma co się spinać, najważniejsza dzisiaj jest zabawa. Zresztą stoły uginają się od ciekawych przekąsek to co będę porywał tylko kubek wody i leciał dalej. Żal wyrzucać po wyścigu tyle jedzenia 🙂 Po chwili zaczyna się jednak robić głośno. Z lasu nadciąga szum i krzyki. To znowu oni – Legion Samobójców. Horda zła, którą zostawiłem jakiś czasem z tyłu zdobywa szturmem bufet. Widać, że idą po swoje. Przelatują przez wolontariuszy próbujących poczęstować ich izo z zaciętością i uporem na twarzach, których nie powstydziliby się sami Uruk – hai. Kurz opadł, słychać skowronki i grające świerszcze, cisza… No dobra czas się zbierać. Przede mną sztywny podjazd usiany luźnymi kamieniami. Na poboczu siedzi młody chłopak, który nadział się na kierownicę. Zamieniamy kilka zdań, wszystko jest OK, za chwilę pojedzie dalej. Bardzo szybka sekcja zjazdowa gdzie na końcu jesteśmy informowani o bagnie przed nami. Jeśli komuś było mało to tutaj dopiero można się wyszaleć. Błota jest po pas i tyle, że starczyłoby na cztery takie wyścigi. Pierwszy raz w życiu jadę w dół, wpięty w spdy, tyłem do kierunku jazdy patrząc w górę. I to bez grama podpórki! Bardzo ciekawe przeżycie 🙂 Jest diabelnie ślisko. Po chwili spod błota wynurzają się ostre kamienie, które skutecznie przeszkadzają w łapaniu flow. Jakoś udaje się przejechać te błotne kąpiele i zaczynamy wspinaczkę na Przełęcz Walimską. Rower ładnie daje radę bez awarii, ale żeby powiedzieć, że nic nie stuka i nie puka to lekkie nadużycie. Bardzo ładny zjazd singlem i wspinaczka raz jeszcze. Teraz już pełen ogień szerszym traktem w kierunku mety.

Organizatorzy stają jednak kolejny raz na wysokości zadania – przed nami jeszcze pełna atrakcji sekcja XC. Góra, dół, ostre zakręty, wąskie przesmyki między drzewami – nie no na takie wyścigi to można jeździć codziennie! Jeszcze kilka korzeni, bardzo kamienisty zjazd i rozjazd MINI/MEGA przed mną. Potrzebna szybka decyzja. Starczy mi energii na MEGA? Raczej tak, ale co z czasem. Za mną ponad 2 godziny jazdy… Łoł! Trochę zleciało jak na tak krótki dystans 🙂 Muszę jednak wybrać MINI – przed nami jeszcze 5 godzin jazdy do domu. Ostatnia prosta i meta!!! Czas się napić, zjeść coś i odpocząć w oczekiwaniu na Daniela, który robi drugą pętlę.

Uzyskany czas 2:11 przy dystansie 22 kilometrów mówi sam za siebie. Na pewno nie mam jednak niedosytu w związku z tak krótkim startem. Było zajebiście! Na trasie było wszystko to co daje frajdę z jazdy. Naprawdę czapki z głów dla organizatorów i podziękowania za super zabawę! Kto nie był niech zaraz odwiedzi stronę Pucharu Strefy MTB Sudety i rzuci okiem na jakie pozostałe w tym roku rundy może się zapisać. A kilka lokalizacyjnych rarytasów, jak chociażby malownicza Srebrna Góra czy magiczny Mieroszów, dopiero przed nami…

Daniel dociera wkrótce na metą. Jak widać – również bardzo kontent z tego co zobaczył i pokonał 🙂 Szybka grochóweczka na lepszą perystaltykę jelit w drodze do domu i można udać się na start ostatniego etapu tego weekendu czyli powrót do domu. Przed nami fascynujące kilka godzin jazdy po polskich drogach. Kolejne zmagania z jeźdźcami bez głowy… W domu meldujemy się w okolicach godziny 20:00. Teraz już tylko ostatnie kilka godzin oczekiwania i można cieszyć się całym wspaniałym tygodniem pracy… Ehhh…

Zdjęcia: Kraina Sowiogórskich Tajemnic, Strefa MTB Sudety, Anka Aries-Baran

Puchar Strefy MTB Sudety i Walimski Legion Samobójców
avatar
%d bloggers like this: