Jedno jest pewne – zimny, mokry, listopadowy Nocny Marek zaraził nas chęcią sprawdzenia się w kolejnych rajdach, czy też biegach na orientację. Zasiedliśmy do kalendarza (tutaj mocno polecam stronę Pucharu Konwalii) i ustaliliśmy, że nie ma się co patyczkować – jedziemy do Patagonii 😀 Jak szaleć to szaleć! Tak, tak oczywiście pomarzyć można, ale postanowiliśmy jednak skupić się na czymś bardziej lokalnym. Proste założenie – nie trzeba będzie sprzedać nerki żeby pokryć koszt wpisowego, nic nas tu nie powinno zjeść, nie umrzemy z głodu czy wyczerpania szukając punktów kontrolnych i takie tam inne plusy. Tym sposobem wyszło nam, że w ostatni weekend stycznia wybierzemy się w Lubuskie do miejscowości Sława na Śnieżne Konwalie, czyli bieg na orientację. No i się wybraliśmy 😀

Postawiliśmy na ciut wolniejszą opcję transportową, ale za to z noclegiem w gratisie i razem z Marcinem i Karolem w piątek po pracy lecieliśmy już na południowy – zachód. Głównym tematem poruszanym podczas jazdy były oczywiście wydarzenia na Nanga Parbat i akcja ratunkowa, która miała zostać podjęta przez ekipę przetransportowaną z K2. Czas zleciał więc bardzo szybko… Na miejscu zameldowaliśmy się gdzieś koło 20:00 z groszem, rozbiliśmy obóz i udaliśmy się do biura zawodów po numery i karty kontrolne.

Szybka rozmowa z organizatorami i pędem na jakieś zakupy. Rano budziki trochę zawiodły przez co musieliśmy stawić się na miejscu zbiórki w mniej lub bardziej zorganizowanym pośpiechu. Na szczęście starczyło czasu na szybkie śniadanko serwowane przez Marcina.

Dostaliśmy mapy do łapek i o 08:50 załadowaliśmy się do podstawionych autobusów, którymi przetransportowano nas do wsi Stare Strącze na start.

Przed nami 26 punktów kontrolnych i 42 km w linii prostej do pokonania między nimi. Organizator zakładał, że najlepsza ekipa przebiegnie jakieś 50 kilometrów. My dla prostoty obliczeń założyliśmy to samo – a co 😀 Krótka rozmowa i poszli!

Początek oczywiście ganianka na zająca co mnie za każdym razem (jako doświadczonego uczestnika biegów na orientację 😉 ) dobija i denerwuje… Na szczęście jeden z kolegów stwierdził, że musi na stronę i mogliśmy ustalić gdzie i jak pobiegniemy bez początkowego chaosu.

Wstępnie skupiliśmy się na mapie 1:12500 i pierwszych dziesięciu punktach kontrolnych. Pierwszym łupem, który wpadł w nasze ręce była „piątka” gdzieś na środku jakiegoś bagna. Umazani po kostki błotem ruszyliśmy dalej zdobywając kolejno punkty #4, #3, #2 oraz #1.

Było trochę górek, trochę wąwozów, troszkę błota i całe mnóstwo sosnowego lasu wyścielonego miękkim podłożem. Przy jednym z lampionów napotkaliśmy nawet dwie buteleczki po piwku – niestety puste.

Za dalszy cel wędrówki obraliśmy „siódemkę”, która jeśli dobrze pamiętam miała być zlokalizowana na brzegu polany. Obraliśmy kurs na wschód i ruszyliśmy biegiem przypominając sobie, że kolega Karol ma właśnie dzisiaj urodziny. Szybkie sto lat, które musiało wybić nas z rytmu bo stanęliśmy nagle na skrzyżowaniu dróg, którego za choinkę nie mogliśmy znaleźć na mapie. Wszystko przez to, że punktem odniesienia miały być tory kolejowe. No, ale torów przecież nie było więc trzeba biec dalej…

Po chwili zrobiliśmy raz jeszcze naradę i stwierdziliśmy, że podczas śpiewania musieliśmy coś przegapić. Wątpliwości zaczął budzić nasyp ciągnący się po naszej prawej. Niby zarośnięty drzewami, ale po głębszym badaniu organoleptycznym olśniło nas, że to właśnie ta linia kolejowa, która miała być punktem zaczepienia.

Wdrapaliśmy się na górę i rzuciliśmy okiem na okolicę – torów nie ma, ale i tak jest zajebiście, bo wiemy gdzie jesteśmy 😀

Wróciliśmy więc jak po sznurku odhaczając „siódemkę” po czym wyimaginowanymi torami pobiegliśmy korzystając z bliskości na „czternastkę”. Znaleźliśmy ją w miejscu gdzie lokalna rzeczka przepływała pod wiaduktem.

Szybki rzut oka na mapę i wybraliśmy się po „piętnastkę”. Na początek góra nasypu jednak jeżyny i inne kłujące rośliny skutecznie hamowały bieg przez co trzeba było przenieść się na biegnącą obok leśną drogę. Przecięliśmy szosę #278, by skręcić do lasu, przebiec pole rzepaku i wpaść na leśną wycinkę.

Za wzniesieniem zbiegamy na jej granicę gdzie w jarze czeka na nas ukryty lampion. Robimy co trzeba i wracamy w kierunku asfaltu.

Zaczyna padać. Ubieramy kreacje przeciwdeszczowe i asfaltem biegniemy do wsi Wygnańczyce spierając się o rzekę (nomen omen o nazwie Stara), która jak wół widnieje na mapie. Marcin uważa, że tam niczego nie ma, ja uważam, że owszem jest. Karol uważa, że jesteśmy pojebani i trzyma się z tyłu 😉

Zaczyna dokuczać mu kontuzja kolana, której obawiał się przed startem więc chyba nie jest mu zbytnio do śmiechu. We wsi skręcamy na polną drogę i kierujemy się na „szóstkę”. Nasz spór wkrótce zostaje zakończony bo rzeka rzeczywiście jest, ale na szczęście jest przez nią poprowadzony lekko zdewastowany mostek.

Czekając po koleżeńsku na poślizgnięcie się kogoś z ekipy i kąpiel przeprawiamy się na drugą stronę. Wszyscy o suchych stopach mogą lecieć dalej 😀 Teraz dłuższy odcinek lasem i docieramy na skraj jeziora gdzie trzeba przedostać się po ruchomych palikach na drugą stronę.

Obiegamy jezioro dookoła i wpadamy na punkt. Przyznać trzeba, że okolica bardzo malownicza! Szybki rzut oka na mapę i zasuwamy na południe w kierunku „dziewiątki”, która opisana na mapie widnieje jako – mulda. Znajdujemy ją po pewnym czasie w mocnym zagłębieniu terenu ukrytym w lesie niedaleko drogi.

Musimy teraz odbić na wschód w poszukiwaniu „ósemki”. Przeskakujemy ponownie przez naszą Rzeczkę Niezgody i kierujemy się na podmokłe tereny za lasem. Punkt opisany jest jako „koniec rowu”. Gdy docieramy w gąszcz powywracanych drzew leżących w wodzie i błocie wiemy, że jesteśmy blisko. Kilka minut rozkodowania terenu i mamy lampion. Schodzi się też trochę innych biegaczy, którym oczywiście wytyczyliśmy podejście 😉

Wracamy na zachód szukając „dziesiątki”. Ku naszej radości rzeczka w tej części zamienia się w dwie rzeczki i bagnisty teren. Tutaj musimy przetestować swoją skoczność.

Przeprawiamy się sprawnie i rozpoczynamy szukanie. Przyznać trzeba, że chyba się trochę rozprężyliśmy bo znalezienie „dyszki” zajmuje nam całkiem sporo czasu.

Punkt jest „na szczycie górki” i to takiej jebitnej stojącej w środku płaskiego lasu, a my biegamy dookoła. W końcu mamy i ten lampion.

Jako kolejny punkt obieramy „jedenastkę”, która czeka na nas na rozwidleniu przecinek. Przedzieramy się przez gęsty młodnik i odbijamy ją na karcie. Teraz czeka nas kolejna przeprawa przez nasze Rio Grande. W punkcie, który wybraliśmy rzeczka bardzo mocno rozlała tworząc sieć grząskich pułapek. Udaje się nam je wszystkie pokonać raczej suchą stopą, chociaż nie najsuchszą 😉 Przed nami szybki skok przez kanał gdzie kolejny raz czekamy na potknięcie się kogoś z drużyny – niestety wszyscy dają radę 😀

Wdrapujemy się na skarpę i przebiegamy przez pole rzepaku, którym wbiegamy w las.

„Dwunastka” czeka na nas na brzegu jeziorka chociaż jest to bardziej kąpielisko dla dzików 🙂 Znajdujemy ją bez problemu i lecimy dalej. Ten punkt jest ostatnim z tych, które znajdowały się względnie w jednym obszarze mapy. Wszystkie kolejne znajdują się od siebie w o wiele większych odległościach.

Po bardzo kleistym odcinku po opitych do granic wodą, błotnistych polach wbiegamy do wsi Pszczółkowo. Pokonaliśmy do tej pory 25 kilometrów odnajdując 14 punktów kontrolnych. Ze średniej równanie nie wypada źle, jednak odległości dopiero się zaczną i to trochę mąci nam w głowach zważając na doskwierającą co raz mocniej kontuzję Karola. Biegniemy jakimiś błotnistymi drogami wzdłuż pastwisk ogrodzonych elektrycznym pastuchem. Sądząc po tym, że Marcin omija największe kałuże trzymając się tego płotu wygląda na to, że prąd jest wyłączony 😀

Schodzimy jakimiś krzakami do rowu gdzie odnajdujemy „szesnastkę”. Wdrapujemy się przez mieszankę kłujących krzaków na drogę i biegniemy wzdłuż ściany lasu na południe.

Przed nami ukryta „siedemnastka”, która ma znajdować się na szczycie górki. Po dotarciu w okolice przedzieramy się przez las szukając punktu. Jeszcze kilku innych zawodników szuka lampionu. Kluczymy trochę decydując się na podejście przez bardzo gęsty młodnik. Bingo!

Szybkie odbicie kart i trzeba jakoś wydostać się z tego labiryntu…

Kierujemy się na wschód w kierunku „osiemnastki”. Mijamy dobre kilka osób, które na pewno są milion razy lepsze w czytaniu mapy niż my. Nie biegają, ale maszerują, nie tracąc czasu na zbędne kilometry. No coś za coś – nie ma się w głowie, ma się w nogach 😀 Jeden z mijanych uczestników otrzymuje ksywkę „Andrzejek”. Gdyby ktoś pytał dlaczego – nie mam pojęcia. Twardo trzyma się cały czas za nami.

Mijamy chmarę jeleni i na rozwidleniu rowów odnajdujemy nasz punkt. Biegniemy na skraj lasu i wypadamy na pole. Przed nami długi odcinek do drogi #319.

Stawka dosyć mocno się rozciąga. Marcin ma moc i leci przodem, Karol na silnych lekach przeciwbólowych walczy z tyłu. Ja staram się łączyć oba ogniwa. Dużą część tego odcinka pokonujemy marszem. W końcu na asfalt i w prawo. Po niecałym kilometrze docieramy do wsi Przydroże. Lecimy na północ mijając patrol policji i straż stojące na kogutach. Nie wiem co tam się stało bo wszyscy raczej patrzyli się na nas niż coś robili. Wyglądali jakby stanęli na papierosa… Kręcimy w lewo w las i szukamy „trzynastki”. Dopadamy ją na szczycie górki.

Kolejny punkt załatwiony. Biegniemy na skraj lasu. Karol mocno zostaje z tyłu. Gdy wydostajemy się z lasu różnica między przodem, a tyłem to już ponad 50 metrów.

Kierujemy się na południe do wsi Krążkowo. Wybiegamy na asfalt i kręcimy w lewo. Po niecałych dwóch kilometrach wpadamy do wspomnianej miejscowości i uzupełniamy zapasy w lokalnym sklepie.

Jest chwila na szybkie piwko i chwilę spokoju 😛 Mija nas wiele ekip – w tym i Andrzejek 🙂 Nikt nie biegnie – wszyscy maszerują… Jakaś masakra… Ty tu biegasz i wypruwasz flaki, a inni sobie chodzą od punktu do punktu i są równo z Tobą. No nic trzeba z tym żyć. Wybiegając za teren zabudowany spotykamy lokalnych imprezowiczów palących śmieszne papierosy w lesie. Mówią, że nigdy w historii nie było tutaj takiego ruchu ludzi 😛 Mają chłopaki poczucie humoru 🙂 „Dziewiętnastkę” odnajdujemy na żwirowni. Odbijamy kartę i chcąc być cwanymi lecimy na górę po kopnym piasku żeby skrócić drogę na kolejny punkt.

Niestety las dookoła korony żwirowni jest zbyt gęsty. Nie przedostaniemy się przez niego. Robimy więc bardzo ładne kółko tracąc wiele czasu i energii wypadając finalnie z lasu na wejściu do żwirowni, którym wbiegaliśmy na punkt już jakiś czas temu. Noooo całkiem spoko 😀 W związku z problemami Karola z kolanami podejmujemy decyzję o podziale grupy.

Do „dwudziestki” dobijamy razem znajdując lampion na szczycie górki w młodniku. Zaczyna szarzeć, nadchodzi noc. Żegnamy się z Karolem i ruszamy biegiem do punktu #21. Plan jest taki, że Karol albo przejdzie jeszcze kilka punktów i skieruje się na Sławę, albo podejmie decyzję o rezygnacji z dalszej wędrówki.

Do punktu docieramy już po zmroku w świetle czołówek. Jest na górce kilkaset metrów w głębi lasu. Wracamy do drogi i kierujemy się północny – wschód.

Po pewnym czasie mijamy Karola, który zgadał się parą zawodników pokonujących trasę marszem. Będzie kontynuował z nimi, my lecimy na punkt #22. Mamy do niego spory kawałek jednak odnajdujemy go bez problemu gdzieś na skraju przecinek. Rzut oka nam mapę i na słupki oddzielające oddziały. Na #23 musimy kierować się na zachód, a potem na północ. Teren oznaczony jest jako „szachownica”. Dlaczego? Nie mam pojęcia – nie znamy się. Liczymy przecinki i nagle robi się ich strasznie dużo, są co kilkadziesiąt metrów. Dlatego właśnie szachownica? Duża ich ilość trochę psuje nam plan nawigacyjny. Kluczymy w różnych kierunkach. W końcu odnajdujemy prawidłową drogę i dopadamy do okolicy gdzie musi być lampion. Na mapie opisany jest jako obniżenie terenu. Schodzimy z drogi do szerokiej, ciemnej niecki i w końcu odnajdujemy go razem z innym zawodnikiem. Szybki powrót na drogę i biegniemy na północny – wschód w kierunku Małego Jeziora Twardowskiego. #24 na skrzyżowaniu przecinek w bliskiej okolicy jeziora odnajdujemy w mgnieniu oka. Biegniemy drogą wzdłuż jeziora obmyślając plan ataku na #25. Mapa jasno mówi, że punkt ten znajduje się gdzieś na północnym brzegu Jeziora Młyńskie Duże. Odległości nie są duże jednak na drodze staje nam bardzo podmokły teren. Jest noc i nikt nie chce ryzykować utopienia w bagnie. Nie o tej porze roku. Obieramy więc dłuższą, ale za to bezpieczniejszą drogę przez wieś Głuchów. Obiegamy Jezioro Młyńskie Duże i atakując od północnej strony odnajdujemy punkt stojący prawie do pasa w błocie 😉 Robi się zimno, bardzo zimno, a nad pola i lasy nadciąga mgła ograniczając mocno widoczność i dodając tajemniczości. Światła czołówek grają kształtami na konarach okolicznych drzew. Wybiegamy na skraj pola i kierujemy się na północny – wschód. Musimy jednak pokonać Rydzyńską Strugę, czyli kolejną rzeczkę wraz z całą masą kanałów odprowadzających wodę z okolicznych łąk. Ile razy skakaliśmy z brzegu na brzeg czy też wisieliśmy na drzewie żeby przedostać się suchą stopą na drugi brzeg tego nie zliczę. Na pewno zrobiliśmy niemałą rundkę honorową po tym podmokłym terenie. W końcu trafiamy na właściwy trop i wybiegamy z pól we wsi Lipinki. No tragedii nie ma, ale co straciliśmy to nasze. Biegniemy drogą asfaltową prowadzącą na północ do Sławy. Z lasu po lewej stronie wypada marszem trójka chłopaków. Chłopaki są ze Szczecina, widzieliśmy się z nimi ostatni raz w okolicach żwirowni czyli dobre kilka punktów temu. Hmmm… Nie biegają, a są cały czas równo z nami. Widać jak mocno przydaje się w takich zawodach dobra znajomość czytania mapy. Trochę nas to dobija, ale co zrobisz jak nic nie zrobisz J Kręcimy w prawo do ciemnego lasu i po chwili w lewo aby wypaść na przecinkę gdzie w rowie ukryty jest nasz ostatni punkt kontrolny #26. Mamy komplet! Biegniemy na pałę przez pola na północ do Sławy podziwiając bardzo ładną okolicę. Byłem tu ostatnio dobre naście lat temu – miasteczko bardzo ładne i zadbane. Przynajmniej takie wrażenie sprawia w nocy.

Widać, że jest to miejscowość turystyczna przez wzgląd na okoliczne jeziora i piękne tereny. Obiegamy całe miasteczko od wschodu i kręcimy mocno na zachód wypadając wprost na szkołę i nasz nocleg.

Extra! Jesteśmy na miejscu! Szybka, ciemna, zamazana fotka na mecie i zdajemy karty organizatorom.

Gdy zasiadamy do posiłku serwowanego w szkole dociera do nas Karol, który musiał zejść z trasy przez ogromny ból kolan. Podrzucił go bo bazy zawodów jakiś życzliwy tubylec.

Teraz już tylko misja sklep, jakieś piwko i do spania. Rano szybka kawa i czas lecieć do domu!

Podsumowując Śnieżne Konwalie pokazały jasno, że czytanie mapy to dosyć ważna część biegów na orientację 🙂 Biegowo ,czy też marszem pokonaliśmy 70 kilometrów z planowanych 50 odnajdując wszystkie punkty kontrolne… Na trasie spędziliśmy ponad 11 godzin 35 minut… Zajęliśmy z Marcinem ex aequo miejsce #64 na 90 startujących zawodników… Nie było tragedii, ale może być zdecydowanie lepiej! Zwycięzca potrzebował 5 godzin 30 minut na rozprawienie się z tym tematem i na tym wypada chyba zakończyć 😀

PS. Na koniec mapa wrzucona kilka dni temu z najlepszą zdaniem organizatora kolejnością zaliczania punktów i najkrótszym dystansem na trasie TP50. No prawie mieliśmy taki sam pomysł 😉

Do usłyszenia! 😀

 

 

Foto: Karol, Śnieżne Konwalie

 

Śnieżne Konwalie – kto nie ma w głowie ten ma w nogach…
avatar
%d bloggers like this: