Po późnym powrocie z Czech miałem ochotę na trochę dłuższy sen jednak rzeczywistość okazała się jak zawsze brutalna i po 6:00 rano dłubałem już przy szosie robiąc ostatnie sprawdzenie sprzętu. Syte śniadanie, kawka i pierwsze przemyślenia – niby wczoraj jechałem turystycznie a nogi mnie dosyć pieką przy wstawaniu czy wchodzeniu po schodach. Uznałem, że się rozruszają – wiadomo. Przed godziną 10:00 wybrałem się w kierunku kościoła – punkty zbornego ustalonego z kolegą Błajetem. Z tego miejsca już prosto w kierunku Jeziora Maltańskiego. Szybka wizyta w biurze zawodów, pogadanka ze znajomymi. Spotykamy też Przemka, który ukończył właśnie zmagania na trasie 50 km na rowerze MTB. Zmęczony, ale jak zawsze uśmiechnięty od ucha do ucha 😉

dsc_0328Wychodzimy na ulicę na której ustawione są sektory startowe. Do startu pierwszego sektora jakieś 30 minut a na asfalcie pusto. Wszyscy pochowani w okolicznych zagajnikach jak wojska koalicji pod Grunwaldem przed rozpoczęciem bitwy. Nie ma się czemu dziwić, żar lejący się z nieba odbija się od spalonego asfaltu i doskwiera podwójnie. Start głównego wyścigu opóźniony zostaje o 10 minut w związku z kraksami na trasie 50 kilometrowej.

14322303_2089873317903855_5735281687147070465_nW końcu rusza sektor A, potem B no i przychodzi czas na nas czyli sektor C. Jedzie nas łącznie czterech z zamiarem równej pracy w grupie przez cały wyścig – taka jest teoria 🙂 Przez miasto bez szaleństw zgodnie z założeniami.

14339372_10210709987450540_668157661_oW końcu wylatujemy na Zawady i ul. Gnieźnieńską. Wiemy od Waldka, że przy przecinaniu DK#92 trzeba mocno uważać na pofałdowany asfalt, który wyrzuca w powietrze co na szosie nie należy do najprzyjemniejszych uczuć. Omijamy to miejsce na patencie i zaliczamy pierwszy lekki podjazd pod Bogucin. Grupa idzie jednak jak burza i nie zwalnia tempa. W Janikowie ktoś wpadł na genialny, ale nie do końca przemyślany pomysł z kurtyną wodną. Postawiona ona została dokładnie na wysokości wysepki na drodze z jakimś znakiem. Finał sprawy jest taki, że poza pierwszym rzędem przygotowanym na uderzenie cała reszta dostaje nagle po oczach zimną wodą i większość panikuje jakby ktoś wrzucił do środka granat. Chłopak ze Zgrupki Luboń jadący obok mnie przez chwilę bawi się w przełaj skacząc na pełnej prędkości przez podmurówkę wysepki zahaczając czymś o jej konstrukcję. Sądząc po dźwięku jaki doszedł ze środka ramy jego rower nie był zbytnio z tego zadowolony… Na szczęście udaje się przejechać nam tą niespodziankę bez wywrotek. Gdy dobijamy do Kobylnicy odbijamy w lewo na Wierzonke. Tam kierujemy się na Tuczno. Dobry asfalt zmienia się na pewien czas w sito. Trafiam na jakiegoś chłopaka, który cały czas marudzi, że tu dziura tam dziura, że później będzie gorzej jeszcze… Masakra, mówię mu żeby się skupił na jeździe a nie na opowiadaniu o trasie bo to na pewno nie pomaga. W okolicy Tuczna wjeżdżamy na nowiutki asfalt, jedzie się jak po stole. Jedynym mankamentem jest tylko piasek rozsypany na drodze w dużych ilościach w pewnym miejscu, który powoduje wiele zamieszania i panikę wśród jadących. Mnie w sumie też zbielały kłykcie gdy przejeżdżałem przez tą łachę. We Wronczynie trochę szykan i ostrych zakrętów gdzie kilka osób postanawia sprawdzić organoleptycznie stan upraw okolicznych rolników. Hitem jest jednak bufet w Krześlicach zrobiony zaraz za zakrętem o 90 stopni. Chyba nie muszą Wam mówić co tam się działo gdy wpadła na niego grupa 60-70 kolarzy na pełnej prędkości z czego część z nich postanowiła się zatrzymać a znaczna część w ogóle o tym nie myślała. Jeden wielki krzyk, przekleństwa, pisk hamulców, odgłosy upadków. Było wesoło… Główna grupa podzieliła się na kilka mniejszych, nam udało się na szczęście zostać w tej głównej chociaż z Waldkiem zostaliśmy z tyłu. Przed Kiszkowem dogoniłem naszych teamowych uciekinierów, ale zgubiłem Waldka. Podjazd do Kiszkowa nawet jak na moje kilogramy i brak formy wjechał bardzo miło jednak wzniesienie za tą miejscowością już trochę mnie rozbiło. Złapałem jednak znowu rytm i wtedy na około 50 kilometrze w miejscowości Ujazd wszystko poszło z dymem…. Na początku grupy ktoś wpadł w koleinę i załapał wywrotkę. Cała masa ludzi załapała się na mielonkę wpadając na siebie niczym zombi w filmie „World War Z” podczas forsowania muru w Jerozolimie. Czas zwolnił i to mocno – latające koła, ramy, odgłosy ciężkiego hamowania i trzask łamanego karbonu – aby uniknąć tego wszystkiego zjechałem do rowu. Na szczęście bez szwanku. Ruszyłem zaraz dalej razem z resztą grupy, która wróciła bardzo szybko do równego rytmu. Za szybko…. Popełniłem błąd, nie utrzymałem się grupy. Stwierdziłem, że chwilę odsapnę a te 5 metrów za ostatnim kołem zaraz nadrobię… I tak w ciągu kilkunastu sekund luka zwiększyła się do 100 metrów i wszyscy odjechali jak samochodami… Trafił mnie zaraz czołowy wiatr i pozostało mi tylko się mega wkurzyć na to jak dałem ciała… Kolejne 15 kilometrów do Lednogóry to walka na całego z wiatrem i kryzysem mentalno – fizycznym. Nie mogę przeżyć tego, że zaspałem z pościgiem za grupą. Po skręcie w lewo na Łubowo mijam kilka mniejszych grup, które są przede mną. One już wracają z nawrotu. Po chwili mija mnie też „moja” grupa. Kolega Marcin twardo na czele. Po chwili nawrot i jadę już w kierunku Poznania. Jeśli wcześniej wiało w czoło to teraz na pewno wieje w nie mocniej. Ledwo kręcę 33-34 km/h… W okolicach Lednogóry mijam Waldka, który walczy w jednej z grup jadących za mną. Zostało mu jeszcze trochę do nawrotu. Udaje mi się dogonić 3-4 osobową grupkę.

dsc_6717Tutaj powrót do przeszłości z Velo Toruń. Grupkę ciągnie jeden chłopak walcząc mocno pod wiatr a reszta jedzie mu na kole. Gdy próbuje zjechać na bok i lekko zwalnia nikt go nie wyprzedza i nie przejmuje prowadzenia, wszyscy zwalniają i jadą za nim slalomem. Udaje mi się usiąść mu na kole i tak we dwóch, już ze zmianami, urywamy się reszcie maruderów. Przebita piąteczka za pomoc i dochodzi nas jakaś duża grupa. Podczepiamy się pod nią – czas na odpoczynek po ostatnich przeżyciach. Przed Kobylnicą mamy drugi bufet, tutaj wszystko idzie zgodnie z planem. Grupa się trochę dzieli. Chwytam tylko butelkę wody i izo i lecę dalej. Zmuszam się do mega wysiłku i staram się złapać przód. Udaje się…. Muszę na chwilę wypinać się z SPDów, strasznie palą mnie stopy. Znowu pojawia się ten problem, a przez długi czas było już spokojnie. Docieramy do Janikowa – no już jesteśmy w domu, prawie;) Znowu Zawady i rondo Śródka. Zapomniałem tylko, że trasa nie idzie prosto do mety a kręci w lewo na Śródce w Warszawską. Na początku myślę sobie, że chyba nie starczy mi sił.

14317392_2089873427903844_1812497983696749114_nSłońce tak mnie już spaliło, że nie wytrzymam już chyba dalszej jazdy. Kryzys jednak mija, odklejam język od podniebienia pijąc ostatni łyk wody i zbieram się na ostatnie kilometry. Objeżdżamy nowe Zoo i wpadamy na ul. Browarną. Tutaj trochę pod górę z finalnym podjazdem na łuku wpadającym w ul. Dymka. Tutaj oczywiście zaspałem ze zmianą biegów i dwoję się i troję żeby podjechać to na sztywno. Udaje się. Z ul. Dymka wpadamy w ul. Baraniaka i ostatnie metry na spokojnie do mety. Czas coś koło 3:10 do poprawy za rok. Z drugiej strony nie było aż tak źle jak myślałem. Gdybym nie dał ciała na 50 kilometrze to byłoby znacznie lepiej. Po przekroczeniu mety uspokajam tętno na dojazdówce do strefy zawodnika. Odbieram medal, stawiam rower na strzeżonym parkingu i udaję się do reszty ekipy.

dsc_0330Teraz już tylko zimne piwko, jedzonko i relaks na leżaku przy jeziorze. Wymieniamy się z Błajetem wrażeniami, co chwila dociera ktoś z trasy, jest też reszta, która przyjechała przede mną. Czas powoli się kończy więc dopijamy piwko i powoli udajemy się do domów.

dsc_0332Strasznie ciężko drepcze mi się do domu – nogi nie dają już rady. Na ulicach można wyczuć atmosferę nienawiści kierowców aut do rowerzystów 😉

Podsumowując – po dwóch latach bardzo miło było znowu stanąć na starcie tych zawodów. Organizator stanął na wysokości zadania – może jest kilka kwestii, które można poprawić, ale od wytykania tego i tamtego na pewno znajdą się inni. Mi się podobało 🙂

Jedna uwaga na koniec – ludzie, którzy jadą na trasie i wyrzucają wszystkie opakowania po żelach, batonach pod siebie czy też rzucają pustymi butelkami po piciu w kierunku kibiców powinni się mocno puknąć w głowę. Oczywiście nie chodzi mi o teoretyczne punkty zrzutu na bufetach. Tylne kieszonki są naprawdę bardzo pakowne. Ciekawe czy w domu też rozrzucają resztki jedzenia po podłodze. Takich zachowań były dziesiątki jeśli nie setki. Za to ogromny minus dla samych zawodników – niestety w pogoni za byciem PRO niektórzy zapominają o pewnych zasadach…

Foto: Lepszy Poznań, AnKa, Pobiedziska Peleton

Poznań Bike Challenge czyli powrót na poznańskie szosy po wielu latach 😉
avatar
%d bloggers like this: