Gdy odwiedziłem stronę Pierścienia Tysiąca Jezior wiedziałem, że muszę pojechać ten wyścig. Piękne tereny Warmii i Mazur oraz Podlasia połączone z dystansem 611 kilometrów były gwarancją wielu doznań meta – fizycznych (niekoniecznie pozytywnych…). Czas zleciał bardzo szybko i w ostatni piątek, 30 czerwca, jechaliśmy już z kolegą Maciejem na północ Polski.

Jechaliśmy w silnym wietrze i padającym deszczu trzymając się wersji, że na miejscu będzie lepiej bo to przecież ponad 300 kilometrów od domu. Po drodze w Morągu szybki postój na placek po węgiersku, który zawierał chyba z 2 litry oleju na kilogram swojej masy i można było kierować się do wsi Świękity gdzie mieściła się baza wyścigu. Pogoda niestety nie poprawiła się, a nawet uległa pogorszeniu. Powalone drzewa, zamknięte drogi, zerwane linie wysokiego napięcia – zapowiadał się wspaniały wyścig szosowy 🙂

Po drodze w Pitynach zostawiamy bagaże w agroturystyce gdzie mamy nocleg i lecimy pod odbiór pakietów. Widząc namioty i zaparkowane auta z asfaltu kręcimy w błotnistą drogę do gospodarstwa. Parkujemy auto i udajemy się do „drewnianego domku” gdzie mieście się biuro.

Pod rozbitymi namiotami trwa biesiada uczestników i osób towarzyszących chowających się przed ulewą. Maciej startuje w kategorii OPEN a ja w SOLO. Różnice? Maciej może jechać w grupach, ja muszę trzymać się daleko od innych kolarzy na trasie. Taka kategoria dla samotników i lubiących myśleć o życiu 😉

W pakiecie numer, naklejki, torba na przepak, karta kontrolna oraz książeczka z oznaczonymi etapami trasy i informacjami jak i gdzie jechać i czego szukać. Zamieniamy kilka słów z osobami siedzącymi pod namiotami i udajemy się na nocleg. Tutaj przygotowanie sprzętu, przepaku, bidonów i jedzenia na trasę. Przed wieczorem jesteśmy gotowi.

Rower trochę obładowany – z perspektywy czasu wiem, że teraz zabrałbym inną konfigurację – ale człowiek uczy się całe życie 😀 Czas na spanie i wczesną pobudkę. Śniadanie jakoś wciśnięte na szybko. Pierwsi wystartują soliści a potem grupy, ja zacznę o godzinie 08:05 a Maciej o 09:05. Przebijamy piątkę i żegnamy się po czym kieruję się na start. Na miejscu odebranie nadajnika GPS – każdy z zawodników śledzony jest na żywo – i ostatnie poprawki sprzętu. Startuję w drugiej fali.

Przez chwilę wychodzi słońce jednak szybko chowa się za chmurami. Wieje bardzo mocno, na szczęście w drodze na wschód pojedziemy głównie z wiatrem. Ogromnym plusem jest brak deszczu 🙂 Ruszamy w pięciu zawodników, jak tylko wyjedziemy na asfalt grupa zgodnie z regulaminem rozbija się na jadących solo. Mijam kilka osób kontrolując cały czas tętno – mam plan jechać na niskiej intensywności – maksymalnie w drugiej strefie. Do pierwszego PK w Jezioranach mam 4 kilometrów. Jedzie się bardzo dobrze, bez szarpania, średnia satysfakcjonująca, widoki przepiękne – czego chcieć więcej?

PK Jeziorany mieszczący się pod zamkiem wizytuję o 9:33. Jedzenie, uzupełnienie płynów i można lecieć dalej. Kolejne 56 kilometrów do PK Mrągowo również mija bardzo szybko. Mija mnie po drodze kilku zawodników SOLO naprawdę dorzucających do pieca. W Mrągowie staję o 11:32. Gdy uzupełniam zapasy podziwiam jakiś lokalny wyścig dzieciaków na rowerach. Super sprawa – jest walka 😀 Teraz 74 kilometry do Wydmin. Ogólnie przyjmuję strategię żeby nie myśleć o całości dystansu, a rozbijam go na odcinki między punktami – jest to chyba o wiele bardziej bezpieczne dla głowy… Na PK Wydminy melduję się o 14:03. Tutaj jest już ciepły posiłek w postaci zupy pomidorowej z makaronem. Jest wyśmienita. Podczas posiłku dociera kilku jadących, z którymi co chwila mijamy się na trasie. Rozmawiamy o tym, że na następnym punkcie mają być pyszne pierogi. Patrzę na mapę i koduję w głowie Augustów – jest to mój błąd… Ruszam w drogę i po kilkunastu kilometrach zaczyna mnie trochę odcinać. Muszę stanąć w sklepie gdzie kupuję colę i Kubusie. Nie mogę już pić samej wody i izo. Jadąc mija mnie wiele aut, które biorą udział w Rajdzie Polski – ale maszyny. Kubuś i cola poprawiają mój stan, zaczynam znowu równo kręcić. Droga się trochę dłuży, kilometry lecą, docieram do Augustowa. Bruk na rynku wytrząsa ze mnie ostatki radości 🙂 Czeka mnie jednak przykra niespodzianka – w Augustowie nie ma PK, był 20 kilometrów wcześniej w miejscowości Dowspuda. Jechałem koło niego i koło pysznych pierogów, ale się nie zatrzymałem… Fuck… Staję na rynku i myślę co zrobić – nie ma co tracić czasu, zajmie mi to ekstra 2 godziny. Jadę dalej – dostanę karę czasową… Trudno, moja wina. Kolejnym minusem jest to, że do PK Sejny mam kolejne 50 kilometrów co daje 130 kilometrów odcinka od ostatniego PK. No nic muszę sobie jakoś z tym poradzić. Dodatkowym utrudnieniem jest to, że z Augustowa prawie do samych Sejn jechać trzeba krajową 16-tką. Jest to bardzo ruchliwy szlak komunikacyjny wiodąc z Dolnej Grupy pod Grudziądzem aż do granicy z Litwą. Tutaj głównie jadę w trzeciej strefie – chce szybko uciec na mniej uczęszczane drogi… PK Sejny na 305 kilometrze odwiedzam o 18:43. Jest coś na ciepło, jest też kilka innych smacznych rzeczy, jest nawet czas na udzielenie wywiadu TVP Białystok 😉 Ruszam na północ w kierunku styku trzech granic: polskiej, rosyjskiej i litewskiej. Na niebie wiatr goni ciężkie chmury, miejscami leje mocno co widać po mokrej trasie, nas na szczęście deszcz omija cały czas. Zaczynają się mocniejsze podjazdy. Przed DPK (dużym punktem kontrolnym) jest się co wspinać. W końcu tuż przed 21:00 docieram do Wiżajn gdzie mieści się właśnie wspomniany DPK. Tutaj pełen spokój, kilka osób, ciepły obiad i uzupełnianie płynów. Podbijam kartę i przepakowuję mokre rzeczy do torby przebierając się w suchy komplet z przepaku. Na tym punkcie można zostać i się zdrzemnąć – jadę jednak dalej.

Zaczyna padać – ubieram kurtkę przeciwdeszczową, niestety skąpię czasu i nie zakładam ochraniaczy na buty i spodni przeciwdeszczowych. Przecież zaraz przejdzie… (nie przejdzie…) Do mety zostało mi 249 kilometrów – srogi odcinek Sebastianie 😀 Jeszcze nie wiem, że będzie to 249 kilometrów męki… Wiatr nie jest już przyjacielem, teraz jest moim wrogiem. Jedziemy cały czas pod niego. Jest wiele podjazdów i zaczyna bardzo mocno lać. Wypijam jakiegoś Tigera gdy zapada zmrok. W głowie widzę scenkę z filmu „RRRrrr!!!”, słyszę nawet tekst „Zaraz będzie ciemno!!”. Druga półkula odpowiada mi „Zamknij się” 🙂 Jest też nawet chwila na nagranie tego fascynującego filmiku korzystając z chwilowej przerwy w opadach 😛

Do PK Gołdap na 400 kilometrze docieram o 23:45. Jeśli wcześniej padało to teraz napierdala deszczem i wiatrem. Zakładam spodnie wodoodporne, buty są jednak już na tyle przesiąknięte wodą, że decyduję nie zakładać ochraniaczy żeby uniknąć ugotowani stopy. Jest to dobra decyzja 🙂 Ruszam dalej. Zaczynam obawiać się o sprzęt elektroniczny i power-banki w związku z ulewą. Wszystko jednak gra. Wypijam Red-Bulla, który ratuje mnie tylko na chwilę od snu. Po godzinie dopada mnie straszne zmęczenie. Obieram sposób odpoczynku na zjazdach – na górce oceniam trasę, zamykam oczy i jadę w dół. Liczę na to, że pęd powietrza będzie mnie trzymał cały czas poza snem, a oczy będą odpoczywać. Ściągam też okulary bo i tak w tej ulewie niczego przez nie nie widać. W pewnym momencie mija mnie wesoła gromadka dzików – nie chciałbym się w taką wpakować na zjeździe. Nie ma niestety żadnych łosi, a tak liczyłem, że spotkam króla okolicznych lasów 🙁 Na kolejnym PK mieszczącym się w pięknej scenerii między miejscowościami Harsz i Szynort mam pokonane 462 kilometry. Jest godzina 03:00. Powoli zaczyna szarzeć gdy kończę pyszne pierogi i ruszam w dalszą trasę. Mija mnie kilu zawodników OPEN. Cały czas myślę dlaczego nie minął mnie jeszcze Maciek, który jest o niebo lepszym ode mnie zawodnikiem i na pewno ciśnie mocno w grupie. Wraca monotonia. Ulewa, wiatr, kilometry asfaltu i niekończące się podjazdy. Dochodzę do momentu gdy przestaję reagować na deszcz. Jest mi on już totalnie obojętny. Zaczynam jednak mocno odczuwać brak snu. Kleją mi się oczy i wzrok zaczyna mi płatać figle. Widzę kilka rzeczy, które są tylko grą światłą, cienia i deszczu. Trzeba sobie z tym poradzić. Droga do Kętrzyna to jeden, wielki, niekończący się podjazd. Mam wrażenie, ze wjechałem już chyba na wysokość 5000 metrów, cały czas górka a za górką kolejna górka. Zmęczenie też nie pomaga. Na podjazdach kręcę już naprawdę bardzo wolno. Na rynku w Reszlu (517 km) dopadam kolejny PK. Jest 06:10. Jedzenie, toaleta. Muszę na chwilę rozebrać się z mokrych rzeczy i założyć je na siebie przed wyruszeniem w dalsza drogę. Jest mega zimno. Temperatura to jakieś 8 – 10 stopni C. Współczuję tym, którzy jadą w krótkich gaciach z nieosłoniętymi kolanami. Przede mną ostatnia stówka. Jak to miło brzmi 🙂 W Lidzbarku Warmińskim PK jest na Termach Warmińskich – jeju jaki tam był podjazd, w sam raz na ten moment wyścigu 🙂 Jest 08:45. Uzupełniam tylko trochę płynów i zjadam kilka ciastek, zamieniam też kilka zdań z osobami obsługującymi ten punkt. Dodają mi otuchy. Czas ruszać dalej. Gdy wyjeżdżam z Lidzbarka dopada mnie ogromny kryzys. Walczę z tym żeby nie zasnąć i nie wypaść z roweru. Dzwoni do mnie moja żona pytając jak mi idzie – słysząc jej głos w słuchawce marzę o tym żeby być teraz w domu, a nie gdzieś pośrodku niczego. To punkt przełamania, albo się poddam albo przetrwam i pojadę dalej. Drżącym głosem przekazuję w słuchawce, że jadę dalej. Do mety magiczne 61 kilometrów. Rozbijam je sobie na odcinki po 10 kilometrów, a po chwili na odcinki po 5 km. Po godzinie liczę już każdy kilometr. Droga do Ornety mimo niedzielnego poranka jest bardzo ruchliwa, na dodatek jadą nią same świry mijające mnie o centymetry… Muszę szybko uciekać z tego odcinka. Wiatr w czoło i deszcze trochę mnie spowalniają, ale lepiej się zmęczyć niż zakończyć przygodę w rowie. Z Ornety odbijam na Lubomino – tu wiatr jest znowu moim przyjacielem. Krótko bo krótko, ale wieje w plecy 🙂 Za Lubominem wszystko wraca do normy. Przestaje jednak padać. Odbijam na Wapnik by po kilku kilometrach dojechać do skrętu na Świękity. Do mety zostało mi kilka kilometrów. Droga albo jest w tym miejscu jednym wielkim podjazdem albo moje zmęczenie było już tak duże, że kręciłem prawie w miejscu. Ostatnia górka i upragniony zjazd do mety. Mija mnie jeszcze trójka zawodników OPEN jadących w grupie. Nie interesuje mnie to totalnie. Skręt w polną drogę i ostatnie kilkaset metrów. W końcu jestem!

Na mecie melduję się z czasem 27:29;49. Dodając godzinę kary za brak pieczątki z Dowspudy oficjalny czas to 28:29:49 co daje mi miejsce #52 w generalce i #27 w SOLO. Jak na 155 zawodników, którzy dotarli na metę jestem zadowolony z tego wyniku. Realnie obstawiałem, że spędzę na trasie 30 godzin tak więc jest OK 🙂

Na mecie piwko i kawałek wieprzowiny. Jest też czas na wymianę wrażeń między tymi, którzy już na metę dotarli. Czuję jednak, że oczy zaczynają mi się zamykać. Czekam jeszcze chwilę na Maćka, ale GPS pokazuje, że dociera dopiero do Ornety. Ma jeszcze ponad godzinę jazdy. Nie wysiedzę tutaj tyle czasu na wietrze w mokrych rzeczach. Pakuję medal do kurtki i ruszam na nocleg.

To tylko 5 kilometrów, ale jedzie mi się bardzo ciężko. Nie mam klucza od pokoju jednak siadam w fotelu na zadaszonym tarasie, osłoniętym od wiatru. Zakładam drugą kurtkę przeciwdeszczową i zasypiam w 3,5 sekundy… Po 15 minutach budzi mnie jednak chłód, zaczynam się lekko telepać. Maciej już na mecie, pisze SMS, że już jedzie. Ekstra! Dociera po chwili. Jak zawsze uśmiechnięty, zresztą obaj jesteśmy w dobrych nastrojach bo było to dla nas duże wyzwanie. Czas na piwko regeneracyjne i jakieś jedzenie oraz sen. Wieczorem jeszcze czas na jakiś film i trzeba udać się na spoczynek bo organizm woła o normalny sen. Rano pobudka i pakowanie sprzętu. Rowery dostały w kość.

Teraz już tylko pożegnanie z właścicielką noclegu, odbiór przepaków i obieramy kierunek na Poznań. W Malborku musimy stanąć na jakieś jedzenie – pada na burgera w Papa’s Restaurant zaraz przy zamku. Burger bardzo dobry i w przystępnej cenie. Droga do domu zajmuje nam trochę czasu. W Poznaniu meldujemy się po 18:00. Rozpakowanie i Maciej leci do siebie, a ja wtaczam się do domu z tonami zabłoconego sprzętu i mokrych rzeczy.

Niespodzianka ze stołu nie miała większych szans na przetrwanie dłużej niż kilka minut 🙂

Był to dla mnie jeden z bardziej wymagających wyścigów. Wiadomo intensywność raczej niska, ale dystans i czas kręcenia zrobiły swoje. Brak snu i pogoda to czynniki, które naprawdę dały mi w kość. Jednak czy było warto? Pewnie, że było – teraz czas na kolejne wyzwania 🙂

Wielkie podziękowania dla Maćka za wspólny wyjazd i dla całej rzeszy osób śledzących na żywo moje poczynania na trasie, które trzymały za mnie kciuki i dodawały otuchy. Oczywiście z dla mojej małżonki, która przeprowadziła ze mną rozmowę wychowawczą nad ranem w niedzielę w chwili największego kryzysu i przekazała mi, że mam ukończyć ten wyścig osobne, serdeczne podziękowania 😉

Pierścień Tysiąca Jezior – rowerowe ultra na mokro z milionem górek i pagórków
avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
AdminGrzegorz Recent comment authors
Grzegorz
Grzegorz

Załapałem się na foto. Stoję przy budce gdzie odbierało się przepaki w żółtej kurtce przy pomarańczowym rowerze 🙂 Musiałeś wjechać o podobnej godz. co ja 🙂 Pozdrawiam.

%d bloggers like this: