O Łemkowynie pierwszy raz usłyszałem w 2014 roku i od razu zapisałem ją w kajeciku jako pozycję obowiązkową na przyszłość. I tak oto w zeszłym roku już prawie stałem na starcie dystansu 80 kilometrów. Moja szanowna małżonka ma jednak doskonały dar przekonywania i stało się tak, że w Beskid Niski nie dojechałem 😉 Minęło kolejne kilka miesięcy i rozpoczęły się zapisy na edycję 2018. Formularz wypełniony i oczekiwanie, czy uda mi się dostać na listę. Udało się i nadchodzący czas mogłem poświęcić na przygotowania. Sezon był dosyć bogaty w różnego rodzaju wydarzenia, więc październik nadszedł bardzo szybko. Jeszcze tylko szybki start treningowy w Szczyrku podczas Beskidy Ultra Trail i można było pakować mandżur. Z wyprawy niestety wypadł kolega Michał, który zanotował poważną kraksę podczas zawodów we Francji, tak więc pozostało ruszać w drogę samemu. Z kilku możliwych rozwiązań wybrałem połączenie drogowe łapiąc autobus jadący przez Poznań z Kołobrzegu do Krynicy Zdrój. Początek podróży przypadł na 23:30 w czwartek i trwał w różnych warunkach prawie 11 godzin. Nie było to idealne połączenie dla kogoś o wzroście prawie 2 metrów, ale na szczęście już od Katowic 😉 miałem wolne miejsce obok siebie i mogłem w pozycji embrionalnej zamknąć oczy na kilka minut. Niestety w Krakowie dosiadły się dwie panie, które prowadziły tak ożywioną dyskusję na temat spraw doczesnych, że nie udało się już pospać… W słonecznej Krynicy zameldowałem się o godzinie 10:30 w piątek ruszając od razu do pensjonatu gdzie miałem odpocząć przed startem. Warunki trochę spartańskie, ale takie właśnie miały być 😀 Przygotowałem wyposażenie obowiązkowe i wyruszyłem na rozbieganie połączone z odbiorem pakietu w Pijalni Głównej. Myślałem, że w związku z młodą godziną będę jednym z pierwszych, ale kolejki były już całkiem spore 😉

Pozostało więc łyknąć dwie mieszanki lokalnych trunków, które miały postawić mnie na nogi po męczącej podróży i odstać swoje.

Już byłem w ogródku, już witałem się z gąską… Kontrola nie była wyrywkowa, a szczegółowa. Sprawdzano każdy element wyposażenia obowiązkowego i co się okazało? Miszczunio zapomniał zabrać ze sobą czapki. Z pokorą udałem się podróż do pensjonatu i wróciłem do kolejki ponownie kilkadziesiąt minut później – już z czapką…

Na szczęście dzięki sprawnej pracy wolontariuszy kolejka zmalała na kilka osób przede mną i po chwili oczekiwania przyszła kolej na mnie. Zaszczytem jaki mnie spotkał była kontrola przeprowadzona przez Annę Witkowską, która jako jedyna kobieta pokonał kilka tygodni temu potwora w postaci Beskidy Ultra Trail Challenge, czyli biegu na dystansie 305 kilometrów bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz.

Foto: Piotr Dymus

Przyznam się bez bicia, że Anię spotkałem jeszcze raz na punkcie w Puławach (o tym później…), ale połączyłem fakty dopiero w drodze do domu i nie pogratulowałem niestety jej tego sukcesu 🙁 Może kiedyś jeszcze będzie szansa. Tak czy siak kontrola przeszła sprawnie i po chwili mając już pakiet mogłem udać się po odbiór nadajnika GPS. Kolejny krok to relaksacyjne piwko i pożywny posiłek w lokalnej knajpie.

Do startu pozostało niecałe 10 godzin. Szybki marsz do noclegowni i opcja relaks. Próbowałem nawet odespać podróż mając w perspektywie kolejne dwie noce w trasie, jednak z mizernym skutkiem. Dzień był wręcz upalny, ale zmrok nadszedł szybko. Słucham odprawy online z zamkniętymi oczami szukając odpoczynku. Jeszcze kilka chwil zawieszenia między snem, a jawą i można było rozpocząć finalne dopakowywanie. Rzut oka na pogodę i potwierdzenie prognoz pojawiających się już kilka dni temu. Będzie względnie w nocy i bardo ciepło w dzień, bez grama deszczu. Jak na Łemkowynę słynącą z deszczu i wszelkich dostępnych na naszej planecie form błota sytuacja wręcz wyjątkowa! Dla mnie dobrze, pozostałości choroby i całkowicie zawalone zatoki mocno osłabiły mój organizm i nie poszukiwałem dodatkowych wyzwań w postaci 30 – godzinnej ulewy na trasie. To może innym razem 😀

Rzeczy podzieliłem więc na te potrzebne na start oraz te na przepak i metę. Wszystko zabrałem ze sobą wyruszając po 22:00 w kierunku Pijalni Wód. Przepak i depozyt zdałem obsłudze biura i pozostało czekać na północ. Noc była już całkiem chłodna, a ja podjąłem decyzję, że biegnę na dole na krótko. Na górze koszulka, jednak z termo pod spodem na długim rękawie. Wyczekiwanie w głównej hali i obserwacja ludzi, którzy za chwilę ruszą w ciemną noc. Wielu zawodników odpoczywa jeszcze na materacach podstawionych przez organizatora.Tuż przed startem spotykam jeszcze Darię i Radka dopingujących zawodników 150-tki na starcie. Poznałem tych wariatów podczas epickiej wyprawy na Bojko Trail – ekipa, z którą można konie kraść 😛 Szybkie foto i przebijamy piątki. Radek godzinę po mnie startuje na dystansie 100 kilometrów. Żegnam się i w momencie gdy wybija północ razem z hukiem startera rozpoczyna się moja ostatnia wyrypa tego sezonu…

Ruszam bardzo spokojnie, jeszcze będzie czas żeby się zmęczyć 😉 Przed nami 150 kilometrów i ponad 5800 metrów przewyższeń Głównym Szlakiem Beskidzkim z małymi modyfikacjami. Specyfika trasy to ogromna ilość podbiegów i zbiegów. Nie ma wielu potężnych podejść, ale nie można tego bagatelizować, bo cały czas jest co robić. Zwłaszcza jeśli mimo suchej aury będzie błoto…

Mam potwornego lenia, nie chce mi się wręcz biec. Myślę sobie, że chciałbym być teraz w domu, z żoną i psiakami relaksować się z piwkiem w ręku… Typowy syndrom końca sezonu 🙂 No, ale biec trzeba… Początek głównym deptakiem i ulicami Krynicy.

Foto: Karolina Krawczyk

Przebiegamy koło mojego noclegu i kierujemy się na wschód, aby w pewnym momencie zbiec z asfaltu i leśnymi ścieżkami po niecałych 4 kilometrach dotrzeć na najwyższy punkt trasy, czyli Huzary. Bardzo popularny w okolicy szczyt będący miejscem spacerów lokalnych kuracjuszy. W nocy jednak jesteśmy sami 😉 Teraz ostry zbieg i po niecałej godzinie jesteśmy we wsi Mochnaczka Niżna. Kolejne trzy podejście i trzy ostre zbiegi i dobiegamy do pierwszego punktu znajdującego się na w chacie Siwejka we wsi Ropki. Mamy za sobą 19,6 kilometra trasy i 2,5 godziny drogi. Podjadam kilka słodkości, jakiś owoc i łykam ze dwa kubki coli. Nie ma co się wychładzać, ruszam dalej. Dobiegamy do wsi Hańczowa i zaczynam podbieg na drugi najwyższy punkt trasy, czyli Kozie Żebro.

Światła czołówek grają na otwartych przestrzeniach rzucając snopy światła na zanurzoną w otchłani nocy okolicę. Pięknie to wszystko wygląda. Mój aparat w telefonie nie dorósł niestety do takich prezentacji 😀 Dlatego macie foto z cyklu Beskid Niski Nocą 😛 Biegnie mi się bardzo dobrze, za dobrze… Przed startem założyłem sobie, że nie chce zameldować się na mecie później niż po 30 godzinach biegu. Nie mam presji, ale biegnie mi się zdecydowanie szybciej mimo tego, że nie zmuszam się do mocnego wysiłku. To ma być przygoda. Moja pierwsza 150-tka i rozeznanie jak biec taki dystans. Przebiegamy przez Rotundę i zbiegamy do drogi #977 gdzieś w okolicy miejscowości Zdynia. Odwracam się na chwilę podziwiając raz jeszcze sznur czołówek zbiegający za mną. Magia… We wsi Sidława przebiegamy mostem przez Zdyniankę i rozpoczynamy podbieg asfaltem wspomnianą wcześniej drogą. Odbijamy w las i rozpoczynamy 200 metrów podejścia wpadając na lekkie wypłaszczenie, którym poruszamy się kolejne kilka kilometrów. Na końcu bardzo stromy zbieg, jest sucho. Gdyby było tutaj błoto to trzeba byłoby zjechać na tyłku 🙂 Innej opcji by nie było. Droga prowadząca ze wsi Krzywa i lekki zbieg do Wołowca. Tutaj po 42 kilometrach trasy, 6 godzin 10 minut od startu melduję się na drugim punkcie. Przy chatce gdzie znajduje się bufet wsuwam pożywną zupkę i uzupełniam picie w bukłaku. Zagryzam też kilka smakołyków uzupełniając spalone kalorie. Łapię się też na „fotobudkę”, gdzie Jan Nyka pyka zawodnikom foto portrety.

Foto: Jan Nyka

Nie jestem zbytnio twarzowy, a tym bardziej portretowy, ale mistrzowi fotografii takie rzeczy niestraszne 😀 Lecę dalej, zaczyna powoli świtać. Po ruszeniu z punktu robi się całkiem chłodno. Dopada mnie lekki kryzys jak to zawsze o świcie, ale gdy robi się widno zaczynam wracać do żywych.

Zbiegamy z drogi i rozpoczynamy podbieg wśród łąk w kierunku Bacówki PTTK w Bartnem. Jest trochę przedzierki przez krzaki i inne czasoumilacze, ale jest całkiem spoko.

Mijamy bacówkę wpadając w piękne liściaste lasy, które grają jesienną paletą kolorów w promieniach wschodzącego słońca.

Jest przepięknie. Mrok miesza się z jasnością, dzień walczy z nocą. Na tym odcinku po raz pierwszy i prawie ostatni napotykamy błotniste trudności na trasie. Poza tym jest sucho jak pieprz. Pierwszą pięćdziesiątkę trasy zamykam wdrapując się na Magurę Wątkowską. Tutaj też przekraczam granice Magurskiego Parku Narodowego. Odwracam się i gdzieś tam daleko w tle na horyzoncie pozdrawiają nas Tatry Bielskie.

Widać je perfekcyjnie na powyższym zdjęciu – nieprawdaż? 😉 Kilka mocnych podbiegów i bardzo stromych zbiegów przed nami. Lecimy przez Świerzową, Ostrzysz i Kolanin.

Piękne liściaste lasy i złota polska jesień. Czego można chcieć więcej? Rozkoszuję się widokami i wypatruję na horyzoncie kolejnego punktu. W końcu jest i on! Wiata na Przełęczy Hałbowskiej oznacza 64 kilometr trasy. Od startu minęło 9 godzin 40 minut. Czuję się dobrze, uzupełniam płyny i kalorie. Wielu zawodników robi sobie tutaj dłuższą pauzę korzystając z dozwolonego na punktach supportu. Jakiś chłopak próbuje udowodnić mi, że zabrałem mu kijki – tłumaczę mu, że nie ma racji. Podbiegam Pod Kamieniem i rozpoczynam bardzo ostry i całkiem długi zbieg do wsi Kąty.

Przebiegam mostem przez Wisłokę i odbijam przez wieś rozpoczynając ostre podejście na Grzywacką Górę. Słońce pali niemiłosiernie. Staję na końcu wsi i zdejmuję koszulkę termo chowając ją w plecaku.

Na otwartej przestrzeni jest naprawdę diabelnie gorąco jak na te porę roku. Na ostatnim punkcie nie dotankowałem bukłaka do pełna uzupełniając tylko wodę w bidonie. Przyjdzie mi za to zaraz zapłacić. Pragnienie narasta wraz z mijanymi kilometrami.

W końcu udaje się na chwilę ukryć w lesie. Jeden z zawodników proponuje trochę wody ze swojego bukłaka, ale nie będę mu tam zasysał jego rurek 😉 Jeszcze kilka kilometrów. Mijamy Łysą Górę, Polanę i Halkę zaczynając w końcu zbieg do Chyrowej. Na asfalcie w prawo i dobiegamy do ośrodka Chyrowa SKI. Mamy 81 kilometr, od startu minęło 12 godzin 50 minut. Dopadam do swojego przepaku zmieniając spodenki, skarpetki oraz koszulkę i wymieniając puste opakowania po żelach na te z zawartością. Wpadam też na stołówkę gdzie serwują makaron z warzywami lub zupkę gulaszową. Chwytam za zupkę słuchając opowieści jednego z chłopaków, który nie może zjeść suchego według niego makaronu. Daje mu więc swoją zupę i wsuwam jego makaron. Chyba chłopaki nie byli wystarczająco głodni 😀 Podczas wyruszania z punktu napotykam koleżankę Anetę, która dzielnie pokonuje kolejne kilometry trasy. Zamieniamy kilka słów i przebijamy piątkę po czym każdy leci w swoim kierunku. Dzwonię do domu i melduję raport z trasy. Do mety niecałe 70 kilometrów… Tylko… Zbiegam z asfaltu i zaczynam podbieg w stronę Chyrowej. Po chwili odbijamy jednak na wschód lecąc na Kamienną Górę. Dobrze, że zatankowałem wody i izo do pełna bo na otwartej przestrzeni słońce po prostu wypala zawodników.

Na górze zbiegamy koło Garbu odwiedzając wzgórze Zaświt gdzie znajduje się pustelnia św. Jana z Dukli. Tam szybki kubeczek wody ze źródła i lecimy dalej zbiegając ostro w kierunku drogi krajowej #19, którą przekraczamy w asyście wolontariusza.

Po lewej Nowa Wieś, a w oddali kontrolowane wybuchy w odkrywkowej kopalni Lipowica. Przed nami prawie 400 metrów podejścia na Cergową. Początek bardzo ostry, dalej niby trochę bardziej płasko, jednak nadal był to wymagający odcinek. Sama Cergowa ma trzy wierzchołki. Kluczenie między nimi pośród krzaków tarniny nie było moim ulubionym odcinkiem… W końcu jest i wierzchołek główny gdzie na wieży widokowej lokalesi urządzają sobie mocno zakrapianą imprezkę.

Zaczynamy poruszać się na wschód mijając po drodze Jaskinie Cergowskie zwane inaczej Borsuczymi Dziurami. To jednak nie wycieczka speleologiczna, trzeba lecieć dalej. Koło Jaskini Tam Gdzie Spadł Samolot, nazwanej tak od katastrofy niemieckiego samolotu podczas II wojny światowej, zaczynamy ostry zbieg.

Lecimy aż do wsi Lubatowa gdzie odbijamy na Żabią Górę a później Przedziwną. Gdzieś tutaj pęka stówka, do mety jakieś 50 kilometrów… Z jednej strony blisko, z drugiej tak cholernie daleko… We wsi Za Górą wpadamy na asfalt i ostatnie kilka kilometrów lecimy ulicami do Iwonicza – Zdrój.

Niby blisko, ale ten asfaltowy odcinek trochę mnie dobija. Dodatkowo w Iwoniczu metę ma dystans 100 kilometrów. Powitanie, doping, masa ludzi na mecie. Nawet jest kumpel z liceum, który otwiera radośnie piwko kończąc swój dystans. Proponuje mi też jedno, ale muszę biec dalej… 🙁 Mamy 102 kilometr, na trasie jestem 17 godzin 40 minut. Słońce powoli zaczyna mówić dobranoc. Czas ubrać świeżą termo bo noc nadejdzie szybko. W międzyczasie wolontariusze uzupełniają wodę i izo w moim bidonie i bukłaku. Wsuwam też kilka kawałków sera i jakieś kabanosy. Tłuszcz jest teraz bardziej potrzebny niż węgle. Żegnam roześmiany punkt w Iwoniczu i ruszam dalej. Początek przez park, a potem już podejście pod Suchą Górę. Wrzucam na jakiś czas słuchawki na uszy i zapuszczam muzykę żeby głowa nastawiła się znowu na bieg i samotność. Dzwonię też do domu rozmawiając jakiś czas o pierdołach dla zabicia czasu. Przebiegam przez strumyk o nazwie Kościółkowa Woda i kieruję się na Mogiłę. Przez chwilę wyczuwam zapach jakiegoś zwierza. To raczej jelenie piżmo, ale głowa zaraz widzi w mroku niedźwiedzia. Zdejmuję słuchawki, lepiej jednak wiedzieć co w nocy w trawie piszczy 😉 Zbiegam do Rymanowa – Zdrój i kieruję się na południe odbijając po chwili lekko na wschód. Mijam kibiców, którzy mimo zmroku dopingują mocno każdego biegnącego. Biegnę sam, ale widzę, że przede mną jest kilku zawodników. Pokonuję trasę wzdłuż Czarnego Potoku czytając znaki ostrzegające o niedźwiedziach. No nic – jak będę sobie śpiewał to będą mnie słyszeć i sobie pójdą 🙂 Prosty plan 😛 Zaczynam dosyć strome podejście. W górze słychać jakieś ryki – nie są to jednak zwierzęta, a ludzie 🙂 Po kilku kilometrach okazuje się, że to impreza przy ognisku na dodatkowym punkcie żegnającym biegaczy z Rymanowem. Nie staję jednak na nim, a biegnę dalej. Dwa kilometry zbiegu gdzie doganiam dwóch chłopaków. Mają trochę obolałe nogi i schodzą na spokojnie, ale na podejściach są bardzo mocni. Jeden jest z Kielc drugi z Piły. Będziemy lecieć razem już do samej mety. Meldujemy się przy wodospadzie w Wisłoczku i rozpoczynamy 6 kilometrów asfaltu do punktu w Puławach Górnych. Ten odcinek dłuży mi się niemiłosiernie. Na dodatek końcowy odcinek pnie się całkiem sprawnie pod górę. W końcu jednak jesteśmy na punkcie Kiczera SKI. 121 kilometr, godzina 21:07. Hotel z potężną ilością gwiazdek. Cieplutko, błogo i pełna obsługa przez wolontariuszy. Zdejmą plecak, doleją wodę i izo, nakarmią zupą i makronem, zrobią kawę. Naprawdę czapki z głów, aż momentami było mi głupio. Tutaj po raz drugi spotykam mega ultraskę Annę Witkowską, jednak wtedy myślę tylko o mecie i ponownie nie ogarniam kto się nami opiekuje 🙁 Jest bardzo miło, ale takie siedzenie jest zdradliwe. Człowiek szybko się wystudza, a na dworze zbyt ciepło to nie jest. Szybko dopijamy kawę i zbieramy się w dalszą drogę. Przed nami 6 kilometrów podejścia i 300 metrów przewyższenia na Zrubań. Staję na moment na stronie puszczając chłopaków przodem. Nim do nich dotrę minie trochę czasu bo pomylę ścieżkę i będę musiał nadrobić niecały kilometr. Kolejne kilometry – Skibce, Smokowiska, Wilcze Budy. Docieramy do dodatkowego punktu na trasie gdzie przy ognisku wsuwamy ciepły posiłek. Pyszności!

Dzięki za opiekę i podniesienie morale!!! Kilometry ciągną się potężnie. Liczę każdy krok, każdy oddech. Każdy z nas pyta co chwila ile do następnego punktu. Niby poruszamy się całkiem sprawnie, a tutaj mijają dosłownie metry… W końcu jest Tokarnia i zbiegamy do Chaty w Przybyszowie. Kilometr 137. Do mety jakieś 15 kilometrów. Nie ma tutaj co za długo stać. Barszczyk, uzupełnienie wody i izo, garść czekolady. Lecimy dalej bo jest 30 minut po północy, a noc jakaś jakby chłodniejsza niż poprzednia 😉 150 metrów podejścia pod Rezerwat „Kamień nad Rzepedzią”. Kilka mniejszych podejść i zbiegów. Znowu zaczynamy odliczać każdy metr. Wydaje się, że biegniemy z 15 minut, a tutaj dopiero pokonane 300 metrów. A wcale nie biegniemy jakoś strasznie wolno. Po prostu za bardzo każdy patrzy już na zegarek. Zgubiliśmy gdzieś flow… Wbiegamy na Wahołowski Wierch i teraz już tylko w dół do mety. W świetle czołówek widać jak tumany kurzu wznoszą się w powietrze podczas biegu. Jest momentami w zagłębieniach trochę błota, ale poza tym jest sucho. Ultra sucho jak na Łemkowynę!!! Gdy dobiegamy do asfaltu i schroniska PTTK robi się potwornie zimno. Na górze jest całkiem przyjemnie, ale w dolinach widać już lekki przymrozek. Trawy są już lekko oszronione. Teraz to już jednak nie ma zbyt dużego znaczenia. Odliczamy pozostałe setki metrów do mety. Przy kościele skręcamy w lewo i ostatnia prosta do mety. Ostatnie kroki, ostatnie grymasy bólu i zmęczenia. W końcu jesteśmy!!!

Łącznie 154 kilometry, czas 27 godzin 11 minut 41 sekund. Miejsce #119 OPEN spośród 284 zawodników, którzy dotarli do mety. Kolejna setka biegaczy zrezygnowała na trasie wyłapując DNFy. Przyznać trzeba, że jak na takie warunki to zadziwiła mnie ta liczba. Widać, że palące słońce zrobiło swoje… Ogólnie rzecz ujmując jestem zadowolony, urwałem prawie 3 godziny z planowanych i czuję, że tyle samo można byłoby jeszcze urwać gdybym pobiegł na maksa, a nie w trybie oszczędnościowym. A może bym wtedy umarł na 80-tym kilometrze…? Tego nie wiem więc pozostaje cieszyć się tym co udało się osiągnąć 😀 Odbieram medal i bluzę będące symbolami ukończenia 150-tki

Literówka na początku trochę kłuje w oczy, ale nie ma co marudzić. Przynajmniej jest wyjątkowa 😛 😉 Zajadam pyszną zupkę i przecudne pęczotto – smakowały wyśmienicie!!! Rozkładamy się w ogrzewanej hali przebierając się w ciepłe rzeczy. Mimo tego telepało mną do samego rana. Niestety prysznice były w opłakanym stanie po tym jak przewaliło się przez nie tylu biegaczy więc nie było sensu tam wchodzić. Wyszukałem więc z plecaka rzeczy z przyjazdu do Krynicy i w nich zapakowałem się do snu uprzednio obalając piwko, które schowałem w plecaku przed startem – główka pracuje 😀 Sen nie trwał niestety zbyt długo, bo po 06:00 rano obudził mnie chłód i gwar. Posiedziałem, popatrzyłem i po pewnym czasie poszedłem na autobus do Krynicy. Tutaj musiałem liczyć na łaskę organizatora, bo powrót przewidziałem na południe. Na szczęście we wcześniejszym autobusie starczyło miejsca dla wszystkich i mogłem po chwili jechać już w ciepełku w kierunku Krynicy. Gdy wyszło słońce zrobiło się naprawdę ciepło, a w autobusie rozległa się bardzo aromatyczna woń finiszerów 😉 W Krynicy szybkie podejście do hotelu gdzie bazę miał kolega Grzegorz, z którym umówiłem się na powrót. Na miejscu prysznic i piwko oraz jakieś jedzenie i przebranie w świeże rzeczy. Poczułem się o 20 lat młodszy 🙂 Zapakowaliśmy się wszyscy z nowo – poznaną ekipą do auta i wyruszyliśmy w długą podróż do Poznania. Grzegorz odstawił mnie pod sam do jakoś koło 22:00 za co serdeczne dzięki!

Podsumowując jedno jest pewne – była to historycznie sucha i wręcz pustynna Łemkowyna 🙂 Błoto owszem miejscami występowało, jednak była to zaledwie namiastka tego co w standardzie. Bieg bardzo ciekawy i piękny, a co najważniejsze biegnący w krainie Łemków. Takie etniczne smaczki zawsze mnie przyciągają. Przyznać jednak muszę, że u mnie osobiście pozostał jakiś mały niedosyt. Oglądając relacje z poprzednich edycji zawsze wydawało mi się, że będzie to o wiele bardziej magiczna przygoda. Na szczęście są to tylko moje przemyślenia i nie mówię, że mi się nie podobało 🙂 Było naprawdę wyśmienicie! Na koniec ogromne i serdeczne podziękowania dla wszystkich wolontariuszy dbających o biegaczy od biura zawodów przez pełną obsługę na punktach i pomoc na mecie. Naprawdę pełen szacunek za Waszą pracę! Gratulacje oczywiście dla organizatorów za przygotowanie i przeprowadzenie tak wspaniałej imprezy! I na koniec raz jeszcze podziękowania dla Grzegorza, Moni i Aśki za wspólną, bezpieczną podróż do domu – do zobaczenia gdzieś na szlaku!

I tak oto ostatnie ultra tego sezonu przeszło do historii!!! Juupi!!! Teraz tylko roztrenowanie i można planować nowy sezon 😀

 

Operacja „Pustynna Burza” w Krainie Łemków…
avatar
%d bloggers like this: