Druga połowa listopada to początek sezonu i powrót do treningów. Wiadomo bez szaleństw, ot rozruch, zapowiadało się więc spokojnie. Na szczęście na Ultrajanosiku poznałem Marcina, który nie należy do normalnych ludzi, a tacy ludzie mają zawsze genialne pomysły 😀 Za sprawą kolegi na agendę wpadł więc Nocny Marek. Rajd na orientację w mieście seksu i biznesu czyli Bydgoszczy (no i okolicach…) obywający się w weekend 18 – 19 listopada. Nie ukrywam podszedłem do tego pomysłu z lekką obawą, bo ostatni raz gdy próbowałem swoich sił w rajdach na orientację wyniki były dosyć kiepskie (mówiąc łagodnie…). Było to w 2014 roku gdy z Gosią i Waldkiem w najdłuższą noc roku próbowaliśmy okiełznać Nocną Masakrę w Kaliszu Pomorskim wybierając 200 – kilometrową trasę rowerową. Odszukaliśmy wtedy 4 z 17 punktów kontrolnych pokonując 83 kilometry w niecałe 14 godzin – spektakularny dystans jak na poruszanie się po okolicy rowerem 😀 Była to jedna wielka pomyłka i sukcesem było tylko i wyłącznie to, że się nie pozabijaliśmy nawzajem gdzieś pośrodku ciemnego lasu pod Mirosławcem 😉 Chociaż przyznać trzeba, że zabawa była udana. Uznałem jednak, że przez ostatnie trzy lata wiele się zmieniło i powinniśmy sobie poradzić. Decyzja podjęta – jedziemy! Zapisaliśmy się na trasę AR100, którą można rozszyfrować jako „adventure race” na dystansie 100 kilometrów gdzie w skład wchodziły takie dyscypliny jak bieganie, pływanie kajakiem oraz jazda na rowerze.

Gdy obudziłem się w sobotę rano i spojrzałem przez okno na dachy sąsiadów pokryte szronem pomyślałem sobie, że pogoda wręcz idealna na kajak! Już wtedy wiedziałem, że będzie wesoło. Dwie godziny później siedziałem już z Marcinem w jego aucie załadowanym całą masą sprzętu kierując się na północ.

Były rowery, rzeczy do jazdy, rzeczy do biegu, rzeczy na etapy kajakowe. Był barszcz i cały gar bigosu 😀 Myślę, że z całym naszym wyposażeniem byliśmy samowystarczalni na jakieś dwa tygodnie, a po zakupach zrobionych pod Szubinem towaru starczyłoby łącznie na cztery tygodnie autonomii gdzieś na odludziu. Na szczęście jechaliśmy tylko do Bydgoszczy, ale jak głosi odwieczna maksyma studentek pierwszego roku – „Przygotowanym trzeba być zawsze”!

Trasa minęła bardzo szybko w doborowych nastrojach, a opowieściom i anegdotom nie było końca. Tak naładowani pozytywną energią, chociaż trochę głodni, dotarliśmy na bydgoski Fordon. Baza zawodów znajdowała się w szkole przy ul. Kromera, którą po chwili poszukiwań udało się zlokalizować. Rozbiliśmy obóz i w związku z tym, że do otwarcia biura było jeszcze jakieś 40 minut udaliśmy się na jedzenie do pobliskiej plackarni. Był też czas na uzupełnienie zapasów, zabawę oraz odrobinę słodkości 😉

Z pizzą zabraną na wynos zameldowaliśmy się w biurze gdzie zaczęli pojawiać się już pierwsi zawodnicy. Po uzupełnieniu kalorii odebraliśmy pakiety startowe. Panie z biura na początku ździebko oschłe jednak w miarę upływu czasu udało się jakoś znaleźć nić porozumienia 😉

Udaliśmy się do auta przygotować rzeczy na start. Co ważne – wszystko to co potrzebne będzie na bieg oraz kajak musimy mieć od początku ze sobą. Przepak będzie czekał na nas dopiero przed rowerem czyli ostatnim etapem zmagań. Posortowaliśmy wszystko według przeznaczenia i zanieśliśmy rzeczy na przebranie do bazy zawodów.

Ostatnie poprawki przy rowerach i byliśmy gotowi. W okolicy 15:45 odbyła się odprawa i przekazano nam mapy. Rozsiedliśmy się spokojnie w chłodniejszej części sali i ponownie ustaliliśmy strategię. Ma być zabawa i totalny luz bez spiny na wynik… Acha…. No ok – warto zapamiętać te ustalenia 🙂

Około 16:15 wyszliśmy na zewnątrz oczekując na sygnał startu. Po wyjściu z bardzo ciepłej sali jest dosyć chłodno, organizm jednak szybko przyzwyczaja się do temperatury. Najważniejsze, że nie pada – przynajmniej jeszcze nie… Przed nami zgodnie z planem 20 kilometrów biegu po terenach na północ od centrum miasta. Do zaliczenia mamy 5 głównych punktów kontrolnych oraz 8 punktów w biegu na orientację po największym w Polsce parku miejskim czyli Myślęcinku mającym ponad 830 hektarów powierzchni.

Razem z nami na starcie 28 par, które będą już za chwilę walczyły o jak najlepszy wynik. Ostatnie rozmowy, ostatnie dowcipy i 16:30…start…poszli!

Grupa już na początku trochę się porozrywała, ale jej główny trzon pobiegł razem. Wbrew założeniom jesteśmy w samym czubie stawki. Tempo i tętno jasno wskazują, że nie jest to zabawa. Marcina opętuje demon – leci przodem nie czekając na swojego grubego kolegę, który woła za nim „Nie tak się ku…a umawialiśmy!!!” Nic nie poradzę muszę trzymać kroku. Wypadamy na polne drogi wijące się wśród sosnowo – świerkowych zagajników. Trafiamy na #1 PK i lecimy dalej.

Cały czas w mocnym tempie – jestem mocno niezadowolony… Zabawa tak? Bez spiny na wynik tak?….Zbiegamy jakimiś chaszczami po grząskim gruncie. Przeskok przez strumyk i wpadam pod kolano w jakieś błocko. Podbiegamy pod górkę, kręcimy w lewo w polną drogę, potem wzdłuż ogrodzenia leśnej plantacji po kłujących jeżynach, czy jakimś innym ustrojstwie. Wypadamy na teren jakiejś wycinki i biegniemy w kierunku drogi. Po skręcie w lewo przy podbiegu ul. Leśną w momencie gdy jestem tuż za Marcinem i myślę nad tym co mu złamać żeby zwolnił ten staje i patrzy na mapę… Chwila konsternacji… Kuźwa nie odbiliśmy PK#2. Tutaj tracimy z oczu czołówkę i poświęcamy jakieś 20 minut na odnalezienie zguby. Po znalezieniu jej ruszamy ponownie podbiegiem na północ w kierunku Osielska by po chwili uciec na zachód przed miejscowością Czarnówczyn. PK#3 jest trochę oporny – kręcimy się po okolicznych górkach i w podmokłym lesie szukając lampionu. W końcu odnajdujemy go na zboczu jednego z pagórków, a przebiegaliśmy tak blisko niego górą na samym początku poszukiwań… No trudno trzeba lecieć dalej. Plusem jest to, że w końcu się rozgrzałem i już nie muszę myśleć gdzie podłożyć Marcinowi nogę 😉 Pierwszy szok minął i możemy lecieć dalej, zaczyna mi się podobać! Przecinamy krzyżówkę krajowej „piątki” i ul. Zamczysko kierując się na zielony szlak. Po trochę ponad kilometrowym biegu na południowy – zachód odnajdujemy PK#4. Jest z nami kilka różnych ekip, część od nas i część z trasy pieszej. Kręcimy bardziej na zachód przecinając ul. Gdańską. Tutaj szybka narada bo z mapy podstawowej przechodzimy na bardziej szczegółową podziałkę do biegu na orientację. Przed nami punkty od A do H.

Biegniemy na północ by po kilkuset metrach, na wysokości Ogrodu Zoologicznego skręcić na zachód. Tutaj mijamy jakiegoś zawodnika, chyba z trasy pieszej. Kręcąc na północ szukamy punktu A jednak łapiemy się na skali mapy dobiegając za wysoko pod Kujawsko – Pomorskie Centrum Edukacji Ekologicznej. Shit… Trzeba wracać. Tutaj dopiero wyczytuję z mapki, że ta ma ponad 10 lat i pewne elementy mogły się zmienić 😉 Znajdujemy punkt i wracamy w okolice ZOO. Pierwsze krople deszczu zamieniają się podszyty mocnym wiatrem deszcz co odczuwamy gdy wybiegamy na bardziej otwarte tereny w okolicy punktu B. Mieści się on na stoku narciarskim. Kuźwa byłem tu już kiedyś! 😀 Asystowałem na tych podjazdach w marcu koledze Błajetowi podczas Cross Duathlon Bydgoszcz. Teraz pogoda trochę bardziej barowa… Na górze piździ nieziemsko. Szybki rzut oka na światła miasta rozmyte kroplami deszczu na horyzoncie i lecimy co sił w nogach w dół kręcąc pod lasem na północ. Chwila postoju na założenie kurtek przeciwdeszczowych bo rozpadało się na dobre. Kręcimy na zachód i po około kilometrze orientujemy się, że ścieżka, którą chcieliśmy odbić do punktu C została za nami. Powrót i kilkaset metrów na północ gdzie znajdujemy lampion w jak to ładnie ujął organizator „ruinach paśnika”. Powrót do drogi na której robiliśmy nawrotkę i biegniemy dalej. Przecinając kolejne ścieżki na południowy – zachód docieramy po zbiegu za wieżą do punktu D znajdującego się na zakręcie rowu po czym kierujemy się na północny – zachód do punktu E. Niestety nie utkwił mi on jakoś szczególnie w pamięci. Wiem, że był. Wiem też, że by opisany jako rozwidlenie jaru i tyle… Lecimy dalej przez las na zachód w kierunku punktu F. Przedzierając się przez krzaki dobijamy do nagłego spadku terenu. Przed nami linia kolejowa #131 Chorzów Batory – Tczew będąca częścią magistrali węglowej czyli największej i najnowocześniejszej inwestycji transportowej II Rzeczypospolitej (tak, to było dawno temu…). Jesteśmy jakiś kilometr na północ od nieczynnej stacji Rynkowo Wiadukt. Widać, że wiele ekip testuje przeprawę na szagę. W naszym zespole bezpieczeństwo przede wszystkim tak więc przechodzimy spokojnie kładką dla pieszych, która stoi zaraz obok miejsca gdzie wyłoniliśmy się z buszu. Zaraz za nią kręcimy w lewo i biegniemy w kierunku zabudowań, które mijamy po lewej stronie skręcając w las. Teraz już dzida w dół i przy drzewie powalonym nad zakrętem strumienia odbijamy punkt F. Szybki rzut oka na mapę i decyzja, że nie ma co kluczyć. Na punkt G lecimy prosto na zachód bez większych ceregieli, przez wszystko co napotkane po drodze. Po kilku minutach docieramy na miejsce i G mamy załatwiony. Przed nami punkt H czyli ostatni z punktów BnO. Z mapy można wyczytać, że czeka na nas w rynnie położonej w lesie o ograniczonej przebieżności. Mamy z kilkoma ekipami troszkę problemów ze znalezieniem gagatka, zwłaszcza, że mapa nie kłamie i w okolicy punktu las to bardzo gęsty młodnik. Chyba modrzewiowy… Niech mnie ktoś poprawi jakby co 😉 Sceny rodem z „Blair Witch Project” gęsty las uniemożliwiający swobodne przejście, psychodeliczne migotanie świateł czołówek, jakieś krzyki w oddali i jedna myśl – gdzie jest k…a ten punkt! Biegamy po jarze góra dół i w końcu na zakręcie piaszczystej rynny jest i on. Wisi sobie spokojnie jakby nigdy nic. Dobra nasza, lecimy dalej. Mapa szczegółowa wpada do plecaka, a my skupiamy się na mapie podstawowej szukając najlepszego dojścia na PK#5 będący ostatnim w tej części zawodów. Kierujemy się na północ i łapiemy się na różnicy skali. Kluczymy kilka razy po oddziałach leśnych cały czas mając w pamięci mapę szczegółową. Pada bardzo mocno i morale spada lawinowo. Są z nami w okolicy jeszcze trzy ekipy z naszej trasy, które też nie mają szczęścia. W końcu odnajdujemy zgubę na granicy kultur leśnych, chociaż przyznać trzeba, że zbytnio tej granicy po ciemku nie zauważyłem 😉 Przedzieramy się do drogi i biegniemy dwa kilometry na Piaski gdzie wypadamy z lasu na jakieś osiedle i dobijamy na most, którym przebiegamy na drugą stronę. Brda to może nie rzeka Kolorado jednak przyznać trzeba, że w te deszczową noc sprawiła, że poczułem się lekko nieswojo. Ciemna, tajemnicza, wijąca się w milczeniu pod nami. I myśl, że zaraz będziemy nią płynąć kajakiem… No nic to za chwilę, przed nami jeszcze jeden punkt do odnalezienia czyli zabawa w radioorientację. Jako, że Marcin mówił, że jest w te wszystkie klocki dobry i nawet zna alfabet Morse’a od tyłu to już przed startem uzgodniliśmy, że on jest od myślenia, a ja od wiosłowania. Ubiera więc słuchawki i chwyta antenę kierunkową w celu znalezieniu punktu. Mimo obaw przedstartowych zadanie jest całkiem proste. Im bliżej będziemy punktu, który trzeba odnaleźć tym „pikanie” będzie częstsze i głośniejsze. Taka zabawa w sapera tylko na kodach z nieskończoną ilością żyć 😉

Punkt według miłej Pani, która przekazywała nam sprzęt ma być oddalony o 50 metrów, ale umówmy się, że była to mocno zaniżona odległość 🙂 Podbiegamy asfaltem do drogi, którą przecinamy i łapiąc sygnał biegniemy kawałek na zachód namierzając punkt.

Punkt po chwili jest nasz tak więc wracamy do auta organizatorów gdzie zdajemy sprzęt, popijamy herbatkę, uzupełniamy wodę i dozbrajamy się w sprzęt do spływy czyli neoprenowe rękawice i spodnie wodoodporne. Jest godzina 21:25, biegliśmy tutaj niecałe pięć godzin. Jesteśmy jeszcze rozgrzani, ale też mokrzy od deszczu i pewnie trochę spoceni. Na dodatek temperatura kręci się gdzieś w okolicy jednego stopnia „na plusie”. Założenie jest więc jedno – na kajaku przypiździ. Może nie tak jak na przełęczy w filmie „Głupi i głupszy” jednak spodziewamy się, że może być mega zimno.

Zabieramy najszybszy według zapewnień miłej Pani organizator kajak, ubieramy kapoki i podbiegamy do brzegu. Siadam z przodu, a Marcin z tyłu. W pół sekundy czuję, że jestem jakieś 100 mil poza moją strefą komfortu. Kajaki jak wiele rzeczy na rynku są budowane dla ludzi standardowych… Gdy wsadzimy do takiego sprzętu dwóch byków gdzie jeden ma dwa metry wzrostu i waży ponad stówkę (no co jest okres roztrenowania 😉 ) to miejsca robi się naprawdę mało, a głębokość zanurzenia prawie peryskopowa… Dodatkowo każdy ruch powieką powoduje, że bujamy się na boki jak szaleni. Początek jest naprawdę słaby. Po kilku minutach poprawiania się prostuję nogi, które w przeproście blokują się gdzieś na dziobie, nie nogę nimi w ogóle ruszać. Dopada mnie myśl przewodnia tej części zawodów – kuźwa utopimy się gdzieś tutaj po wywrotce, znajdą nas pewnie na wiosnę jak już mocno napęczniejemy wodą i pewnie tak pochowają razem z tym kajakiem bo nie będą mogli nas z niego wyciągnąć. To będzie bardzo zjawiskowy nagrobek – tak, taki kajak wychodzący z ziemi i skrzyżowane wiosła… Dodatkowym smaczkiem w całej sytuacji jest to, że ostatni raz siedzieliśmy w kajaku pewnie w okolicy komunii, a już na pewno nigdy nie płynęliśmy takim sprzętem razem. Czuję się naprawdę niekomfortowo, z miłą chęcią zamieniłbym ten etap na dodatkowy bieg.

Przed nami jakieś 9 kilometrów do centrum miasta. Przyznać trzeba, że miejscami nurt jest naprawdę wartki, a sama woda jest mocno wzburzona. Trzeba również uważać na powalone drzewa, wystające krzaki i inne przeszkadzajki czające się na nas w wodzie. Jest też całkiem sporo zakrętów, a moja czołówka oświetla w sumie tylko jakieś pierwsze 1,5 metra przed dziobem. Jak już wspominałem techniki nie mamy żadnej i próbując jakoś płynąć pokonujemy zasnute w ciszy przedmieścia Bydgoszczy z głośnym i bogatym dialogiem na ustach:

-Jak płyniesz!!!

-Kuźwa wiosłuj!

-Nie tak mocno!

-Obraca nas kontruj!

-Hamuj!

-Co Ty robisz, muskaj tylko wodę wiosłem!

-Muskaj mówiłem!

-No przecież muskam!!!

-Co robisz!!???

-Aaaaaaaa!!!! Drzewo!

-Nie mam siły, Ty wiosłuj teraz!

– Dobra teraz Ty dajesz bo już nie mogę!

Ogólnie jest mega wesoło. Jeśli ktoś siedział właśnie nad Brdą i palił w spokoju joint’a to sikał chyba po chwili ze śmiechu widząc cienie dwóch gości płynących w listopadzie kajakiem drących się na siebie… Groteskowa sytuacja… Na szczęście nie jest jakoś mocno zimo. Spodziewaliśmy się ogromnego chłodu, a emocje i ruch wiosłami zrobiły swoje. W końcu docieramy bliżej centrum i szukamy śluzy oraz mostu, które miały oznaczać koniec etapu. Jest śluza, czyli jest też przenoska. Przenosimy Kajak na drugą stronę i wsiadamy do niego ponownie pokonując ostatnie kilkaset metrów do przystani na Wyspie Młyńskiej.

Tutaj mała dygresja… Od małego gdy jeździłem przez Bydgoszcz uważałem, że to bardzo szare i smutne miasto. Zero ładnych miejsc i lata świetlne za Toruniem… Mieszkańcy Bydzi mogą się oczywiście obrazić czytając ten komentarz jednak tak właśnie było. Teraz gdy przenieśliśmy kajak za śluzę i wpłynęliśmy do centrum oniemieliśmy… Gra świateł, nowoczesne budynki, piękna opera, kluby z grającą muzyką i mnóstwem ludzi w kolejkach przed nimi, zagospodarowane nabrzeże Brdy na całej długości (nie tylko w centrum!). To nie ta sama Bydgoszcz, to zupełnie inne miasto niż kiedyś. Jest naprawdę zjawiskowo… Myślę, że Wydział Promocji Urzędu Miasta powinien być bardzo wdzięczny i sypnąć groszem za taką reklamę organizatorom Nocnego Marka! Wszystko to sprawiało, że poczuliśmy się jakbyśmy wpływali do Nowego Yorku! Nasze morale wzrosło o tysiąc procent. Nie płynęliśmy już kajakiem, o nie! Teraz to był pancernik, wielki okręt wpływający do rodzimego portu po ciężkich walkach. Na masztach gala banderowa, z załogą w pięknych, galowych mundurach salutującą na jego burtach przy komendach wydawanych przez oficerów i dźwiękach gwizdków bosmańskich… Na nabrzeżu tłumy wiwatujących ludzi rzucających kwiaty, piękne kobiety rzucające swoje staniki… Ulotna chwila… Gdy dobiliśmy do przystani czekała nas Pani odpowiedzialna za przekazanie dalszych instrukcji trasy. Nie witała nas kwiatami, a tym bardziej nie rzuciła stanikiem, jednak z uśmiechem powitała nas na Wyspie Młyńskiej przekazując, że jesteśmy ekipą #16 w tym miejscu. Wręczyła nam też ortofotomapę okolicy (gdyby ktoś nie wiedział to mądre słowo oznacza mapę fotograficzną) i życzyła powodzenia.

Do odnalezienia mieliśmy pięć punktów (od J do N) i jakieś cztery kilometry biegu. Ruszyliśmy bardzo szybko na południe w kierunku punktu N, który bardzo szybko odnaleźliśmy na górze Magicznych Schodków. Wracamy w kierunku rzeki i na latarni odbijamy punkt M. Biegniemy wzdłuż Brdy na wschód mijając całą masę ludzi, których miny w większości mówią jedno – „…co to są za popaprańcy???” Na pewno widok ludzi biegających z czołówkami w ciuchach przeciwdeszczowych po nocy w centrum miasta budzi wiele dziwnych skojarzeń. Nie skupiamy się jednak na tym za bardzo bo mamy misję od wykonania 🙂 Na rogu budynku dopadamy do punktu L i kierujemy się na most. Jest stacja paliw gdzie chcemy kupić coś do picia na szybko jednak jest kilka minut po 23:00 i Orlen w centrum Bydgoszczy jest zamknięty… Odbijamy na północ ul. Bernardyńską. Po kilku minutach docieramy do Parku im. Kazimierza Wielkiego gdzie tuż na brzegiem stawu odhaczamy punkt K. Teraz pełna moc na zachód w kierunku śluzy, którą kilkadziesiąt minut temu pokonywaliśmy kajakiem. Docieramy tam bardzo sprawnie. Punkt J wiszący na barierce przy śluzie znajdujemy bez problemu. Znacznik jest urwany, jednak odnajdujemy go i Marcin przywiązuje go z powrotem do lampionu żeby kolejne ekipy nie musiały szukać. Wymieniamy też baterie w czołówkach. Mój Nomad drugiej generacji jest ciężki do otwarcia bez czegoś ostrego lub monety, zwłaszcza w neoprenowych rękawicach. Miny przechodniów gdy pytamy o jakieś monety bezcenne 😀 Na szczęści ludzie otwarci więc szybko ogarniamy temat. Biegniemy wzdłuż rzeki na południe mijając po naszej lewej Opernę Novą, która robi w nocy wrażenie. Zaraz za nią kręcimy w prawo przez oświetloną kładkę dla pieszych i po kilkuset metrach dobijamy do kajaków, które zostawiliśmy tutaj jakiś czas temu. Szybka pogadanka z miła Panią i łyk właśnie doniesionej gorącej herbaty dla uczestników. Humory dopisują.

Ładujemy się do kajaków i wypływamy w dalszy rejs. Tym razem siedzę z tyłu. Oryginalnie do pokonania przed nami było kolejne 14 kilometrów spływu, jednak w związku z prognozowanymi ciężkimi warunkami pogodowymi oraz silnym wiatrem etap został skrócony do około 10 kilometrów. Naładowani pozytywną energią płynącą z pięknie oświetlonego centrum Bydgoszczy idziemy do przodu jak burza. Wiosłujemy równo i sprawnie jak nasze osady podczas igrzysk w Rio. Cały czas jestem w szoku patrząc na mijane przez nas miejsca. Porównując zagospodarowanie terenów nadrzecznych w Bydgoszczy i w Poznaniu można powiedzieć jedno – Poznań jest sto lat za murzynami… Te nasze ledwo kilkaset metrów wartostrady oddane do użytku z wielką pompą bez żadnego zaplecza i infrastruktury dodatkowej napawa śmiechem. W pewnym momencie mijamy grupę amatorów mocniejszych trunków, którzy śpiewają nam, że „jesteśmy najlepszymi kajakarzami na świecie!!!” Jest naprawdę pozytywnie 😉 Opuszczamy jednak centrum miasta i im dalej wypływamy tym morale spada… Kilometry zaczynają się dłużyć, ruchy wioseł tracą koordynację, zaczynamy też powoli opadać z sił. Mija nas kilka ekip. Im bliżej jesteśmy końca tym Brda staje się szersza, a nurt zaczyna zwalniać. Wiosłuje się naprawdę ciężko.

Wracają demony pierwszej części spływu wraz z dialogami. Dziękuję w myślach Bogu, że etapy kajakowe są z nurtem, a nie w górę rzeki. Gdyby tak było to nie dopłynęlibyśmy nigdzie. Na szerokiej rzece, w ciemnościach i przy wiejącym silnym wietrze zaczynam znowu wychodzić powoli ze strefy komfortu. Robi się diabelnie zimno.

Mijamy kolejne mosty wypatrując słupów wysokiego napięcia oznaczających koniec tego etapu. Pierwotnie mieliśmy płynąć z kolejną przenoską do mostu na Wiśle w Fordonie jednak przez wspomniane już warunki na trasie organizatorzy postanowili zakończyć etap kajakowy na Brdzie, a dokładniej na torze regatowym przy ul. Witebskiej.

Dopływamy tam mocno osłabieni i wypompowani z sił około 01:00 w nocy. Gdy wychodzę na stały ląd trzęsę się jak galaretka… Jest przeraźliwie zimo. Przytulam się do jakiegoś halogenu oświetlającego pomosty gdzie cumują kajaki żeby chociaż ciut się ogrzać i przestać szczękać zębami. Musimy biec nie ma innej opcji.

Powoli bo powoli, ale ruszamy w kierunku bazy zawodów. Do pokonania mamy jakieś 8 kilometrów. Na początku posuwamy się bardzo wolno, jednak po chwili chłód wygrywa i zaczynamy przyspieszać. Mijamy smutnych panów siedzących w radiowozie pośród niczego, spoglądają na nas przez zaparowane szyby podkręcając wąsa. (Ja pierdole jak zimno…) Po kilkunastu minutach przecinamy DK #80 i wpadamy na Fordon. Teraz już tylko kluczenie osiedlowymi drogami i po dłuższej chwili jesteśmy w bazie zawodów. Tutaj czas na przebranie rzeczy i doładowanie kalorii makaronem serwowanym przez organizatorów. Od biegu w totalnie przemoczonej bieliźnie mam tyłek jak Pawian z bajki „Jam Łasica”. Spędzamy dłuższą chwilę delektując się ciepłem i spokojem. Musimy jednak ruszać w trasę bo czas goni. Do odnalezienia mamy osiem punktów kontrolnych (od PK#6 do PK#13).

Dosiadamy rowery i ruszamy na południe przecinając po chwili Most Fordoński im. Rudolfa Modrzejewksiego. Przyznać trzeba, że podczas przekraczania Wisły jestem mega kontent, że nie musieliśmy się na nią pchać kajakami… To byłoby samo zło i pewnie znaleźliby nas gdzieś rano w połowie drogi nad Bałtyk. Zaraz za mostem kręcimy w prawo wjeżdżając do Nadwiślańskiego Parku Krajobrazowego. Czas zacząć festiwal pomyłek… Jedziemy czarnym szlakiem w kierunku PK#6. Odbijamy jednak za daleko na południe. Po kilku kilometrach mocnego kręcenia musimy wracać. Kręcimy na północ, do Wisły i po chwili wraz z dwójką innych zawodników dopadamy do punktu. Lecimy dalej mijając po naszej prawej zaszytą głęboko w lesie wieś Mała Kępa. Przed nami PK#7, punkt, który zepsuł nam bardzo wiele krwi. Najpierw odbijamy za bardzo na północ dorzucając sporo kilometrów do drogi. Musimy wracać. Pracujemy z chłopakami z drugiej ekipy żeby jakoś udało się odnaleźć ten cholerny punkt. Wpadamy na leśną drogę rozjeżdżoną ciężkim sprzętem przez prowadzoną w tym miejscu zrywkę. Nie ma jak jechać, trzeba prowadzić. W końcu jest! Gdzieś na granicy oddziałów w przecince czeka na nas niewzruszony, a nawet z lekkim wyrzutem pytając- „co tak długo..???”. Sprawdzamy czas… Szukaliśmy go prawie dwie godziny… Jest 04:30 rano, a my jesteśmy w drodze już dwanaście godzin. Chyba powoli wystarczy emocji dla nas. Jestem za tym żeby zawijać się w kierunku bazy. Marcin chyba też ma dosyć bo nawet zbytnio nie oponuje. Odpuszczamy więc odległe PK#8 i PK#9 żegnając się z chłopakami, którzy szukali z nami zaginionej „siódemki”. Oni jadą dalej, my przebijamy się przez las do znanej nam już krajówki łączącej Bydgoszcz z Toruniem i kierujemy się na Fordon. Nie poddajemy się jednak całkowicie. Za przejazdem kolejowym linii Bydgoszcz – Chełmża wpadamy do lasu szukając PK#10. Znajdujemy go w krzakach między stawami. Podjazd piaszczystą drogą i powrót na asfalt. Przed nami ekipa, która kieruje się w tym samym kierunku. Gdy ponownie przejeżdżamy przez most zaczyna mocno wiać i gęsto padać. Namawiam Marcina na to, że jak już tu jesteśmy to zróbmy jeszcze PK#11. Kręcimy za mostem w prawo i po odcinku kocimi łbami wpadamy na wały na Wisłą. Razem z dwójką zawodników, których dogoniliśmy lecimy wałami na północ w poszukiwaniu „jedenastki”. Skupiamy się jednak zbytnio na jeździe i tonach błota, które musimy pokonać nie patrząc na mapę. W głowie myślę sobie, że chyba jesteśmy już za daleko, ale prowadzący są lepsi niż my to muszą wiedzieć co robią 😀 Gdy docieramy do oczyszczalni ścieków na Fordonie napotkana kolejna ekipa sprowadza nas na ziemię. Jesteśmy o wiele dalej niż poszukiwany punkt. Podobno mijaliśmy go wiszącego na słupach linii wysokiego napięcia… Podobno… Koledzy zawracają, my wymieniamy się spojrzeniem i wiemy, że nie będziemy się cofać 🙂 Wyprzedzamy parę napotkaną przy oczyszczalni i kierujemy się do bazy. Ostatnie cztery kilometry i jesteśmy na miejscu.

W bazie jest już kilka ekip, oczywiście z lepszym wynikiem niż my. Trudno, takie życie, zresztą była to sprawa oczywista. Na mecie zameldowaliśmy się po 13 godzinach 19 minutach od startu zaliczając 22 punkty na 27 do zrobienia. Biegowo znaleźliśmy wszystko co było do odnalezienia, a nawet więcej 😉 W etapie rowerowym odpuściliśmy PK#8-9 oraz PK#11-13. Dało nam to miejsce #22 na 28 startujących ekip. Jak na nasz pierwszy raz to i tak nie ma tragedii. Wiemy też z Nocnej Masakry, że mogło być o wiele gorzej 😀 (chociaż patrząc na poniższe zdjęcie tak sobie myślę, że gdyby nawigator Marcin nie miał okularów przeciwsłonecznych na nosie podczas nocnych poszukiwań to może uplasowalibyśmy się wyżej 😛 )

Gdy pakujemy się do campera jest godzina 06:30. Przebieramy mokre rzeczy i wypijamy szybki piwny toast za cały wyścig. Zasypiamy po wszystkim w jakieś 3,5 sekundy. Jest 07:00 rano. Pobudka po trzech godzinach i śniadanie mistrzów. Chleb ze smalcem zagryzany kabanosem i ogórkami jeszcze nigdy nie smakował tak dobrze 😀 Nie mamy siły na robienie bigosu… Podgrzewamy więc tylko barszczyk na rozgrzanie i wracamy do bazy po rowery. Szybkie pakowanie i można ruszać w drogę do domu. Są małe problemy z motywacją do jazdy, ale jakoś udaje nam się rozpocząć podróż.

Po kilku godzinach ciężkiej przeprawy meldujemy się w Poznaniu. Chyba jesteśmy lekko zmęczeni. Szybkie przepakowanie, zbita piątka i Marcin leci do domu.

Podsumowując powiem jedno – bawiłem się doskonale! Może i było momentami nerwowo, ale cały wypad można uznać za super udany. Wiele rzeczy można w naszej drużynie poprawić, ale każdy kiedyś zaczynał i każdy uczy się własnych błędach, tak więc powinno być tylko lepiej. Co ważne nie byliśmy też ostatni co jak na dziewiczy start w takich zmaganiach można na pewno uznać za sukces 😉 Serdeczne podziękowania dla Marcina za to, że namówił mnie na tak genialny wyjazd i za wspólną walkę na trasie. Oczywiście ogromne gratulacje dla organizatorów za urządzenie tak ciekawych i urozmaiconych zawodów! Rejs przez rozświetloną kolorami Bydgoszcz zapamiętam na bardzo długo!

Kolejne starty już zaplanowane więc można spokojnie powiedzieć, że złapaliśmy bakcyla 😀 

Nocny Marek 2017 – „…bo my proszę Pani jesteśmy Night Riders !!!…”
avatar
%d bloggers like this: