Decyzję o połączeniu startu w MTB Trilogy z Salzkammergut Trophy podjęliśmy na początku roku. Przecież czeska etapówka, którą ledwo przeżyliśmy poprzedniego lata nie może nas tak mocno zmęczyć żebyśmy nie mogli po dwóch dniach odpoczynku stanąć na starcie 211 – kilometrowej trasy A w austriackich Alpach. Trzymając się tej wersji wydarzeń spędziliśmy kolejne kilka miesięcy na mniejszych lub większych przygotowaniach. Czas jak to czas zleciał ekspresowo i z końcem czerwca od startu dzieliły nas już tylko godziny.

Z Poznania chcieliśmy wyruszyć dosyć sprawnie w piątek 1 lipca w związku z małymi problemami z zarezerwowanym noclegiem w Czechach. Przemiła właścicielka domku, w którym mieliśmy spać poinformowała nas na dwa dni przed wyjazdem, że zameldowanie tylko do godziny 20:00 albo dopiero w sobotę. Po ciężkich negocjacjach stanęło na tym, że mamy czas do 22:00. Zaczęliśmy jednak mało sprawnie, od awarii auta, którego akumulator odmówił posłuszeństwa. Szybka reanimacja i lekko spóźnieni ruszamy finalnie w kierunku Czech. Piątkowe popołudnie i krajowa „piątka” na Wrocław to mieszanka w sam raz dla samochodowych sadomasochistów. Po tułaczce do Leszna jest już jakoś ciut lepiej. W Głogowie szybka szama i lecimy dalej. Już wiadomo, że będzie ciężko dostać się do Teplic na czas, ale nie dajemy za wygraną. Finalnie, na miejscu, meldujemy się o godzinie 21:59 😉 Szybkie rozpakowanie i krótkie pogawędki przed snem. Rano pobudka i relaks. Wybieramy się również na mały rozjazd po trasie prologu. Przypominają się sceny z zeszłego roku gdy walczyliśmy tu o życie 😉 Po przejeździe czas na obowiązkowy smażony ser z frytkami – bo można.

Po południu dociera do nas reszta ekipy, można na spokojnie odpoczywać. Pakiety odbieramy w niedzielę rano.

Prolog rozpoczyna się tego samego dnia po południu. „Endurowcy” zaczynają jako pierwsi, potem my. Mój start przewidziany jest na 16:57. Nim udaję się na trasę do mety dojeżdżają już chłopaki z enduro. Chyba mega zadowoleni… Czas na mnie. Trasa nie zmieniła się chyba zbytnio od zeszłego roku. Koło komina prosto 😉 i pod górę. Odbicie w lewo, ostry podjazd i trochę po skałach. Teraz pierwszy RZ czyli odcinek specjalny i szeroki zjazd w dół, który w połowie mocno się zwęża i zamienia w kamienisto – korzenną rynnę.

Staram się zjechać całość. Na wysokości fotografa łapię jakiś korzeń hakiem przerzutki i lecę przez kierownicę. Pierwsza myśl – jak ułamałem hak to się chyba potnę. Podnoszę rower, chwila strachu, okazuje się, że wygiąłem tylko mocno wózek. Szybkie prostowanie, jakoś tam się trzyma, najważniejsze, że przerzutka dobrze indeksuje. Resztę udaje mi się zjechać bez problemu. Ogólnie Trilogy to chyba pierwszy wyścig, którego trasa była tak szalona, że pamiętam bardzo mało szczegółów… Na pewno był kolejny podjazd i zjazd przy popisowej skale przez, którą w tym roku nie próbuje nawet przejechać. Jest tam ścianka z wąskim przeciskiem, który przy mojej szerokiej kierownicy w full’u wydaje się za wąski.

Jest też wiele zjazdów i ostrych podjazdów. Większość powoduje szybsze bicie serca. Sam prolog ma tylko około 11 kilometrów długości z niecałymi 500 metrami przewyższeń, ale jest to esencja tego co czeka nas w nadchodzących dniach. Przejazd zajmuje mi ciut ponad godzinę. Nie jestem zbytnio zadowolony, zwłaszcza, że cały etap przejechałem na bardzo wysokich zakresach tętna. Prawie na maksie. Zastanawiam się czy to przemęczenie, stres czy adrenalina…. Po dotarciu na metę spotykam Przemka i na spokojnie udajemy się na odległy o 3 kilometry nocleg. Już w domu okazuje się, że dopadło nas fatum zeszłego roku i w upadku tracimy jednego z zawodników przewidzianego na start z nami w Austrii…

Rano szybka pobudka i meldujemy się na starcie etapu #1 o ciekawej nazwie „Kleine Alpen”. Szybkie naprawy sprzętu i przed godziną 9:30 stoimy już w sektorach.

Na spokojnie to nie masówka a’la Gogol czy Bike Maraton. Tu nikt nie pcha się do przodu. Ci co byli wiedzą, że trasa nie wybacza i jeden po drugim eliminuje tych, którzy nie szanują siebie i innych. Startujący w MTB jadą przodem, endurowcy zaczynać będą główne etapy z ostatniego sektora.Przed nami etap o długości 80 kilometrów i 2800 metrach przewyższeń. Po rozjeździe po stronie czeskiej skoncentrujemy się na Parku Krajobrazowym Sudetów Wałbrzyskich by na powrocie zwiedzić kilka RZtów w Mieroszowie. Ten kto w Mieroszowie był ten wie, że jest to bardzo specyficzna okolica. Na całym etapie jest aż 5 bufetów co dobitnie pokazuje, że nie będzie pierdzenia w stołek. Jak wspominałem wcześniej nie pamiętam zbyt wiele szczegółów, ale przejazd zajmuje mi niecałe 8 godzin z morderczą średnią 10 km/h. Plusem jest to, że nie łapię żadnej awarii czy wywrotki oraz to, że udaje mi się jechać cały czas równym tempem kontrolując tętno. Po dojeździe na metę mały rozjazd do noclegu i można odpoczywać. Nie można również zapomnieć o ładowaniu węglami.

Etap #2 czyli „The best of Sudety” to w sumie esencja tego co znaleźć możemy na długiej trasie wrześniowego Ralye Sudety MTB. Przed nami 70 kilometrów i 2500 metrów przewyższeń. Przejedziemy cały rezerwat Broumovsko aż po czeski Machov robiąc nawrotkę w okolicy Pasterki i Szczelińca Wielkiego. Sam etap ciut spokojniejszy, ale nadal trzeba trzymać orient. Przejazd zajmuje mi 7 godzin ze średnią niemal identyczną jak dzień wcześniej. Tego dnia też jestem całkiem zadowolony bo nie forsowałem tempa i trzymałem cały czas tętn pod kontrolą. Po powrocie do domu obowiązkowy przedląd sprzętów i wieczorny relaks.

Ostatni etap czyli „Vrani Hory” to 77 kilometrów i 2800 metrów przewyższeń wiodące przez Góry Krucze z kulminacyjnym wjazdem na Karlowiecki Szpicak. Przed tym etapem dowiadujemy się, że jeden z zeszłorocznych RZtów został uznany za zbyt ciężki i został podmieniony. Doskonale pamiętam, że w zeszłym roku ten etap doprowadził mnie na skraj wyczerpania fizycznego i psychicznego z mroczkami przed oczami. Startuję więc mocno skupiony i na lekkim stresie. Wszystko idzie zgodnie z planem do momentu gdy koło wpada mi do połowy w błoto i wywijam orła. Kilka minut w siadzie prostym i próbuję jechać dalej. Bark boli, ale po kilku kilometrach morale wraca. Cały czas jadę na pełnym spokoju kontrolując tętno. Nawet deszcz nie jest w stanie popsuć mi zabawy. Na metę wpadam po 7 godzinach i 32 minutach zadowolony przede wszystkim z tego, że udaje mi się urwać 2 godziny w porównaniu do zeszłorocznej katorgi. Na dodatek nie czuję się jakbym miał umrzeć co miało miejsce w roku poprzednim.

Największym plusem jest jednak to, że udaje się nam wszystkim ukończyć zmagania na trasach z pozytywnym skutkiem. Na pewno na wyróżnienie zasługują chłopacy z enduro oraz reszta ekipy maratonowej, którzy zajmują bardzo dobre miejsca. Słowa uznania i gratulacje należą się również temu Panu! Vena organizacja na najwyższym poziomie a trasy to kwintesencja MTB i enduro!

Wieczorem czas na relaksacyjne piwko jednak nie ma co długo siedzieć bo rano trzeba wstać. Dla nas to dopiero połowa imprezy. Następnego dnia wczesna pobudka i pakowanie. Opuszczamy naszą przesympatyczną Panią gospodarz i wyruszamy na południe. Kierunek Bad Goisern. Słuchamy kolegów z Czech i omijamy Pragę. Do granicy austriackiej poruszamy się raczej po lokalnych drogach co zajmuje nam bardzo dużo czasu. Czesi może i organizują dobre zawody, ale kierowcami są fatalnymi. Od granicy już lepiej, winieta na austriackie drogi i śmigamy dalej autostradą. Na miejsce docieramy w godzinach popołudniowych w czwartek 7 lipca. Jest przepięknie!

Meldujemy się na polu namiotowym i rozbijamy namioty. Po wszystkim czas na trening. Robimy krótki rekonesans okolicy. Wieczorem trzeba podładować trochę węgli – nie tracimy ani chwili.

Następnego dnia wczesna pobudka w ciut mokrych od rosy namiotach. Słońce jednak szybko osusza to i tamto. Docierają też do nas znajomi z Poznania. Czas na przegląd sprzętu i odbiór pakietów.

Stawiamy się też na obowiązkowe sprawdzenie rowerów, które musi zrobić każdy próbujący swoich sił na długiej trasie.

Znajdujemy też trochę czasu na przejście po stoiskach różnych wystawiających się firm. Najciekawszym spostrzeżeniem jest chyba to, że wszędzie królują e-bike’i… Jest też czas na lekkie wspomaganie regeneracji po Czechach.

Przez cały czas jest słonecznie i gorąco. Wieczorem kolejne ładowanie węgli i szybkie nyny. Pobudka o 4:00 rano. Dokładnie o tej godzinie zaczyna padać…. Lekko wręcz bardzo, ale ciemne niebo przesiane jest czarnymi chmurami. Tuż przed 5:00 stajemy w sektorze.

Na starcie mimo raczej wczesnej pory i niezbyt miłych warunków jest mnóstwo ludzi. Ruszamy o 5:00. Na początek 10 kilometrów podjazdu i 900 metrów przewyższeń. Pierwsza część to asfalt, potem szutry przecięte korzenno – błotną zwężką gdzie lekko się korkuje. Przed szczytem gubię Przemka mimo tego, że planowaliśmy jechać razem. Teraz każdy jedzie już na własną rękę. Zjazd szutrem i kolejny podjazd. Tym razem 5 kilometrów i 300 metrów w pionie. Głównie szutry, ale końcówka po śliskim singlu. Zaczyna lać i to tak konkretnie. W butach mam wody po kostki. Wrzucam okulary w kieszeń bo niczego nie widzę. Na szczycie z głową zaczynam zjazd. Wypadam z trasy do głębokiego rowu. Obok przepaść na dobre kilka metrów. Robi mi się dosyć ciepło. Wydostaję się na drogę, prostuję kierownicę i jadę dalej. Teraz czas na ściankę DH i bardzo korzenny zjazd. Muszę zbiec kawałek bokiem bo jest strasznie ślisko. Zjazd na dół do bufetu. Pierwszy limit czasowy jest na 36 kilometrze o godzinie 08:30. Przejeżdżam go akurat. Pierwsze zwątpienie. Jest sens jechać dalej skoro tutaj ledwo przejechałem a kolejny limit jest dopiero o 13:45? Jadę dalej. Po limicie czasowym wjeżdżam na kolejną pętlę i znowu pnę się pod górę tym samym asfaltem co tuż po świcie. Kolejne kilkadziesiąt kilometrów to walka z samym sobą i terenem. Czasem świeci słońce, czasem pada, czasem leje jak z cebra. Widok cudne, krajobraz wspaniały, trasa doskonała. Tylko jechać. Jadę mimo tego, że w głowie widzę ogromną stratę na kolejnym punkcie kontrolnym. Rozkręcam się jednak jakoś i kręcę równo i jak na mnie nawet składnie. Niektóre odcinki są naprawdę sztywne. Czasem muszę podejść. Jeden długi podjazd szutrem zapamiętuję jako najnudniejszy odcinek w mojej karierze MTB, tylko pnący się serpentyną szutr… Kilometr za kilometrem, minuta za minutą… Zjazdy sprawiają mi straszną trudność, chyba zbytnio rozleniwiłem się w Czechach na fullu. Jazda przy przepaściach często podnosi tętno, ale jest wspaniale.

Pamiętam, że o godzinie 12 jestem w jakimś kamieniołomie na totalnym odludziu. Nagle w dolinie w każdej wsi zaczynają wyć syreny alarmowe – przyznać muszę, że czułem się dosyć specyficznie. Na 80 – tym kilometrze zaczynam 20 kilometrów wspinaczki poprzecinanej trzema krótkimi zjazdami. Tuż przed szczytem dogania mnie Pan Eliminator. Przemiły gość na e-bike’u, który oznacza, że jest źle. Motywuje mnie do mocniejszej pracy. Staram się, robię co mogę. Podświadomość podpowiada mi jednak chyba, że to nie ten dzień. Na punkcie kontrolnym na 101 kilometrze jestem 3 minuty po czasie. Miła pani, która mogłaby grać w dokumentach o agresji hitlerowskich Niemiec na Polskę zdejmuje mnie z trasy i odcina mi numer. Z jednej strony tak daleko, z drugiej tak blisko…

Nie jestem jednak jakoś mocno smutny. Karkołomny zjazd na dół asfaltem i zatrzymuję się na polu namiotowym gdzie spotykam Przemka. Długo rozmawiamy o tym co było i analizujemy co zrobiliśmy źle…

Prysznic, mycie rowerów i czekamy na resztę ekipy. Wszyscy docierają na metę. Marta na trasie C, Damian i Marcin na trasie A oraz nasza Małgosia na trasie B. Dla niej największe gratulacje za przejazd tych 120 kilometrów z kontuzją! Wieczorem dociera do mnie, że dałem dupy i dopada mnie straszny smutek. Wielu mówiło to nie dacie rady, za słabi jesteście, to za dużo…. Mieli rację. Jednak gdybym zadał sobie pytanie niczym Danny Dyer na końcówce „Football Factory” – Czy było warto????

Pewnie, że kuźwa było 🙂

Pozostaje mocno trenować i wrócić do Bad Goisern w przyszłym roku!

Wszystkim tym, którzy spędzili ze mną czas na tym długim wyjeździe dziękuję za doskonały wyjazd! Było jak zawsze godnie!

Do następnego!

MTB Trilogy i Salzkammergut Trophy czyli od dawna planowany tydzień śmierci…
avatar
%d bloggers like this: