Start w Cybince miał być zarówno rozgrzewką jak i międzylądowaniem przed pierwszym w tym sezonie poważnym wyzwaniem, czyli etapówką 4 Islands MTB w Chorwacji. W związku z tym pakowanie było ciut bardziej złożone a auto zostało załadowane tak jakbym emigrował z całym swoim, rowerowym dobytkiem.

Smutno jakoś wyruszało się z domu mając tak długą podróż przed sobą zwłaszcza wiedząc, że wracając z Chorwacji mam dosłownie kilka godzin w domu na przepakowanie i ruszam na kolejny tygodniowy wyjazd, tym razem służbowy. Dzięki A2 do Cybinki można wyruszyć na spokojnie bez wstawania skoro świt. Zameldowałem się na miejscu, odebrałem pakiet startowy, zamieniłem słowo z Panem Kurkiem. Spotkałem też kolegę Jarzynę ze swoją drugą połową, który przyjechał reprezentować razem ze mną klubowe barwy.

O godzinie 10:00 startował dystans MINI, runda 10 km raczej z tych bez udziwnień. Tutaj nadmienić trzeba, że trasa tegorocznego maratonu nie pokrywała się z trasą ubiegłorocznych edycji. Na dodatek rozgrywana była w formule XC, dystans MEGA to prawie ta sama pętla, co MINI pokonywana przez zawodników cztery razy. Małą, ale znaczącą różnicą na pętli między dystansem krótkim a długim były dwa mocne, piaszczyste podjazdy oraz jeden wąski zjazd singlem wśród drzew, które skupione w jednym miejscu były dodatkiem do dystansu MEGA. Przyznać trzeba, że łatwe nie były, co pokazał sam wyścig, ale o tym za chwilę. Podczas rozgrzewki napotkałem serdecznego przyjaciela Tomka Błyskonia z Ledent Akademia Sportu, z którym wybrałem się na rozgrzewkę i objazd trasy.

W końcu rower dopiero dzień wcześniej odebrałem z serwisu i kilka spraw chciałem przetestować. No i wtedy gruchnęła bomba… Przerzutki rozregulowane, łańcuch przeskakuje, przednie koronki podbierają łańcuch pod korbę, nie mogę w ogóle użyć małej zębatki z przodu. Super myślę sobie. Za Tomkiem jakoś daję radę przejechać na blacie, dobrze, że jedzie relaksacyjnie. Próbuję, co będzie na wspomnianych podjazdach – pozostaje mi tam biec… Dystans MINI kończy swoje zmagania a my zjeżdżamy do aut przygotować się do wyścigu. Walczę jeszcze z przerzutkami – najpierw z Runnerem przez telefon a potem z Tomkiem przy jego aucie. Udaje się doprowadzić je do stanu używalności, ale problem przodu zostaje. Trudno, muszę tak jechać.

Na totalnym luzie staję gdzieś na samym końcu sektora startowego obserwując resztę zawodników walczących o pole position. Początek trasy po asfalcie i kostce brukowej, później zaczyna się zabawa. Tony piasku z trasy rozjeżdżane kołami zawodników z przodu zostają porwane przez wiatr. Kurzu jest mnóstwo, przynajmniej na samym początku. Czasami naprawdę ciężko dojrzeć, co dzieje się z przodu. Stawka jednak się rozciąga, sytuacja uspokaja.

Długa prosta i zakręt w prawo. Próbuje jechać na spokojnie według założeń, ale strasznie się spinam nie wiedzieć, czemu. Na dodatek walczę cały czas z korbą. Tętno na pewno nie jest takie, jakie zakładałem, próbuję się uspokoić. Skręt w lewo i sekcja korzenna, krótka, ale treściwa. Ilości bidonów leżące na trasie potwierdzają stan faktyczny.

Skręt w prawo i znowu w lewo z długą prostą. Teraz pozostaje skręt w prawo gdzie trzeba trzymać się po zewnętrznej, hopka przy młodniku i po ostrym krótkim w prawo zaczyna się pierwszy podjazd. Szereg dziwnych dźwięków z korby i nie ma opcji – muszę biec. Podbiegam pierwszą część, próbuję zjechać singlem, który się korkuje. Jest tu naprawdę wąsko, kilka osób haczy o drzewa. Teraz szybko i ostro w lewo i stromo pod górę, drugi podjazd. Rower na plecy i wio. Biegnę lewą stroną dużo szybciej niż próbujący podjeżdżać, którzy schodzą w połowie z rowerów i grzęzną w piasku blokując tyły.

Teraz prosta, zakręt w lewo i zjazd w dół po miękkim mchu. Pętla kręci w prawo, lekko pod górę i już płasko. Lewo, prawo i leśną drogą wypadamy na asfalt gdzie po okręgu w prawo przecinamy metę wśród kibiców. Drugie okrążenie bez większych rewelacji, cały czas próbuje się uspokoić walcząc z rowerem. Na trzecim okrążeniu dwa razy gubię łańcuch. Za trzecim razem udaje mi się go nawet zawinąć w koło korby tak, że prawie go zrywam. Wkurwienie sięga zenitu. Mija mnie przynajmniej kilkunastu zawodników. Rozplątuję łańcuch, zakładam go i ruszam dalej.

Ostatnie dwa podbiegi i do mety. Zawody kończę na 149 miejscu w OPEN i #59 w kategorii. W mojej freak kategorii 100 kg + łapię się na miejsce #8 a szkoda, bo liczyłem na coś więcej. Teraz już tylko regeneracja, pakowanie sprzętu i oczekiwanie na losowanie nagród – a co mi tam jak już tu zostaję to może akurat szczęście się do mnie uśmiechnie. Niestety nie wylosowałem niczego 😉 Trudno muszę jakoś z tym żyć.

Żegnam się z kolegą Jarzyną i wyruszam na nocleg do Krosna gdzie ugości mnie Tomek. Prolog prawie zakończony. Prawie bo za kilka chwil okaże się, że przed nami jeszcze wiele nerwów i pracy aby przejść do dania głównego czyli 4 Islands MTB Race!

Foto: Renata Tyc i Jarzyna

Verus K-SSSE Maraton MTB Cybinka czyli prolog w Lubuskiem
avatar
%d bloggers like this: