Słowem wstępu…

Zastanawiałem się czy to napisać, ale może komuś kiedyś się przyda… Albo chociaż bardziej doświadczeni zawodnicy się pośmieją, bo post ten potraktować można trochę z przymrużeniem oka 😉

Tak czy owak, zaczynasz zabawę z pomiarem mocy i w najbliższej przyszłości czeka Cię Twój pierwszy test FTP, czyli test funkcjonalnej mocy progowej? Jeśli mówimy o próbie 20 – minutowej to dobrze trafiłeś 🙂 Oczywista sprawa, że nie jest to lot w kosmos jednak jakieś pytania zawsze się w głowie pojawią. Nie będę wchodził w detale, założenia i opis testu bo informacji na ten temat w necie jest zylion. Postaram się jednak w kilku słowach opisać jak w moim przypadku wyglądał sam jego przebieg.

Zacznijmy jednak od początku…

Kiedyś trenowałem tylko w oparciu o pomiar tętna. Jak dla mnie poziom w zupełności wystarczający, jednak po pewnym czasie zacząłem miewać problemy z osiągnięciem założeń treningowych w mojej płaskiej jak stół okolicy. Oczywiście kiepskiej baletnicy zawsze coś przeszkadza, jednak stało się to dosyć częstym problemem podczas mocniejszych jednostek treningowych. Szczególnie tych gdzie miałem bazować na bardzo wysokim tętnie i niskiej kadencji. W okresie tym rozpocząłem współpracę z trenerem Jarkiem Michałowskim. Założenie było jedno – pomiar mocy musi być. Rozbiłem więc świnkę skarbonkę (czy nawet dwie) i wyszukałem jakiejś dobrej okazji w czeluściach internetu zakupując miernik mocy Stages (zwykły, jednostronny, w lewym ramieniu korby, bez wodotrysków).

Początki były dosyć trudne, bo od pierwszych treningów postanowiłem bazować na pomiarze co 1 sekundę (zamiast chociażby ze średniej z 3 sekund). Owocowało to dosyć sporym rozstrzałem zadawanej mocy podczas treningu (na ten przykład miałem kręcić dany odcinek w przedziale 190 – 200 W, a tak naprawdę szalałem od 100 do 300 W próbując wpasować się w te magiczne 10 watów). Z dnia na dzień zacząłem jednak co raz bardziej kleić się do założeń mocy. Oczywiście nadal czasami coś przestrzelę lub nie dokręcę jednak są to odosobnione przypadki (raczej 😉 ).

Dobre planowanie to podstawa…

Sam test przekładaliśmy kilkukrotnie w związku z zimową aurą (nie posiadam trenażera), czy przez moje starty w zawodach. W zeszłym tygodniu aktywnie regenerując się po zawodach ultra wiedziałem, że następny tydzień oznacza testy. Szybki rzut okiem na platformę treningową i wszystko jasne.

Sprawę pokomplikował jeszcze troszkę wyjazd służbowy, ale finalnie padło na minioną środę i czwartek. Wczytałem się w szczegóły i tu pojawił się problem. W przypadku obu dni rozpiska mówiła jasno – wybierz teren niedaleko domu, tak aby móc powtarzać test w porównywalnych warunkach. Trasa bez skrzyżowań, bez dużego ruchu drogowego, najlepiej na lekkim podjeździe, jeśli nie ma podjazdu wybierz warunki pod wiatr. Zasiadłem więc do mapy i rozpocząłem planowanie, którego nie powstydziliby się generałowie planujący Operację Overlord. W końcu jak coś robić to porządnie.

Na pierwszy rzut oka dróg w okolicy mnóstwo tak więc chwila moment i projekt będzie gotowy. Pojawiły się pierwsze pomysły, które sprawdziłem podczas treningów rowerowych, czy też powrotów z pracy autem w tygodniu poprzedzającym testy.

Okazało się, że biorąc pod uwagę wszystkie wytyczne z gęstej sieci dróg zostają do wyboru tylko ul. Bukowska (ruchliwa wylotówka z Poznania), trasa S11 i A2 (czyli najdroższa autostrada galaktyki). Z oczywistych względów dwie ostatnie opcje odpadły w przedbiegach. W końcu doszedłem do wniosku, że rozkład dróg w okolicy jest tak tragiczny, że zawsze trafię na jakiś zjazd zamiast podjazd, skrzyżowanie, tory lub zamknięty przejazd kolejowy (ostatni punkt zwłaszcza lubi mi się naprzykrzać). No dobra jakoś to będzie… Pozostały więc ostatnie obliczenia, analiza godziny zachodu słońca, faz księżyca, sprawdzenie prognozy pogody, siły i kierunku wiatrów oraz przygotowanie sprzętu. We wtorek luźna przejażdżka i ostateczne odliczanie.

I tak oto nadeszła chwila prawdy…

Przede wszystkim w związku z tym, że miałem robić takie cuda po raz pierwszy to czuć było lekki stresik. Nie wiem dlaczego, ale zajmowało mi to dużo miejsca w głowie. Jaką trasę wybrać, jak pojechać, czy dam radę i czy nie umrę na danym etapie zaczynając zbyt szybko zawalając test. Wiem, śmieszne, no ale prawdziwe 🙂 W końcu postanowiłem po prostu pojechać na żywioł.
Środa to pierwszy sprawdzian, czyli test mocnych i słabych stron. Wklepałem wszystkie założenia w Garmina, plus to co się do niego nie zmieściło dorzuciłem w notatkach na ramie 🙂

Tutaj jakoś tam poszło. Pierwsze przyspieszenia po 1 min z kadencją 110 oczywiście wypadły na ul. Bukowskiej. Ruch na niej przerósł moje najczarniejsze myśli. Jeden wielki sznur osobówek poprzecinany ciężarówkami i moja skromna osoba pośród tego całego bałaganu. Na szczęście szybko skręciłem w drogę do Lusówka (uff…). Same powtórzenia chyba trochę chyba za mocno, ale nie mogłem dopasować kadencji do watów. Chwila luzu i próba 5 minut pełen gaz. Chyba bez uwag chociaż jakby to powiedział Radziu Majdan początkowe minuty trochę przeaktorzyłem i na końcówce łapałem powietrze rękawami. Za mocno zaczęte, no nic trudno. Udało mi się chyba jednak wyjść obronną ręką z sytuacji… Kolejny etap to tempówki po minutce, tutaj już pod kontrolą. Na koniec sprinty i mimo, że sprinterem nie jestem to nóżki udało się całkiem przyzwoicie rozbujać. Teraz już tylko luźna jazda w tlenie, na dzisiaj koniec. W domu szybka analiza kresek i potwierdzenie, że chyba zrobiłem to co miałem…

Czwartek to już danie główne, czyli test FTP. Plan przejazdu z poprzedniego dnia legł w gruzach. Szybka, ponowna analiza okolicznych dróg i wyszło, że może jest jedna opcja gdzie nie powinienem zginąć pod kołami armady aut, czy też być zmuszonym do machania pasażerom pociągu relacji Warszawa – Berlin. Początek nawet minimalnie pod górę. Potem też raczej w normie. No może tylko dwa miejsca gdzie teren będzie lekko opadał, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma! Wypełzłem więc z domu, ustawiłem podzespoły i ruszyłem w drogę. Plusem w mojej okolicy jest to, że w 90% przypadków można liczyć na zachodni wiatr. Tak było i tym razem chociaż nie dmuchało jakoś zbyt mocno. Rozgrzewka i pierwsze 5 minut tempówki gdzie w ostatniej minucie złożyło się tak, że musiałem wyprzedzić trzech chłopaków jadących dosyć luźno na szosach. Panowie podłapali temat bo ruszyli w pościg jednak mój Garmin był nieubłagany i pokazał, że czas na luźne 10 minut. No to noga z gazu. Ekipa minęła mnie patrząc się głęboko w moje oczy, ja z kolei przybrałem minę, która doskonale mówiła – „…przykro mi chłopaki, trener nie pozwala na dalsze szaleństwa…” 😉 No tak się złożyło, mówi się trudno. Luźne minutki mijały bardzo szybko tak więc ostateczne odliczanie i start testu. Strasznie bałem się, że zacznę za mocno i umrę w połowie (w głowie cały czas wskazówki trenera – początek spokojnie, buduj moc). Co trafiło mi się po pierwszych 50 metrach??? Oczywiście jakiś zakręt o 90 stopni wysypany piaskiem. Lekki odpust żeby nie wywinąć orła i rura. A jeśli zacząłem zbyt lekko…? Co wtedy? Mija pierwsze 5 minut. To już 1/4 całości, do końca tylko 15 minut. Załącza mi się w głowie analiza – wyliczanka, którą mam często na biegach ultra. 15 minut to trzy razy po 5 minut, to trzy razy po 300 sekund, to tylko 900 sekund. Eeee no to luzik, już bliżej niż dalej 😛 Mija 10 minut, chwila zwątpienia na odcinku „lekko opadającym”. Staram się dokręcać jednak czuję, że moc spadła. Otrząsam się z tego i na prostej podaję dalej. Kolejny ostry zakręt, teraz powinno być już bez niespodzianek. Lecę prostą wśród pól. Co chwila jakaś mucha lub szybki unik gdy zbliża się coś brzęczącego o większym kalibrze (ciekawe ile osób umiera od ukąszenia przez połknięte osy i pszczoły podczas testów FTP…) Kolejny kilometr, kolejna mucha w zębach. Może i nie kręcę watów jak Robert Frostermann, ale w łapaniu much jestem tuż za Panem Miyagi! Kolejne metry „wax on, wax off…”. Dostosowuję kadencję gdy nogi lekko słabną. Widać już światełko w tunelu. Jest ciężko, ale organizm jakby dostosował się do obciążenia. Ostatnia minuta i pełna moc do utraty tchu. Lecę chyba na 120%, ale po chwili czuję już opór nóg. Garmin woła KONIEC! Ufff… Przez dłuższą chwilę ciężko utrzymać prosty tor jazdy. Dobrze, że ruch na tej drodze mały. Teraz tylko godzinka tlenu i do domu na zasłużony odpoczynek.

Podsumowujac…

Czy w perspektywie całości mogłem pojechać mocniej? Hmm… Nie wiem, wydaje mi się, że nie. No może ciut. Może gdybym nie był na redukcji i deficycie kalorycznym jest szansa na lepszy wynik, ale cudów bym się nie spodziewał 😀 Plusem jest to, że podczas samego testu FTP nie poleciałem za mocno na początku walcząc o przetrwanie bliżej końca. Udało się chyba równo rozłożyć siły… Największa bolączka – brak podjazdów i miejscami jednak opadająca trasa oraz ruch samochodowy. Na szczęście był wiatr, który zawsze daje jakiś opór.

Czy testy wypadły pomyślnie? Czy nie popełniłem jakichś rażących błędów z perspektywy trenera? Tego nie wiem. Wydaje mi się, że nie, ale nie mnie to oceniać. Wyników też nie ma co tu analizować bo dla każdego jest to kwestia indywidualna.

Jeśli dobrnąłeś do końca tej opowieści, a na dniach czeka Cię podobne wyzwanie to masz już zarys obrazu. Poświęć kilka minut na dobre planowanie. Będziesz mógł ze spokojem w całości poświęcić się testom bez zawracania głowy pierdołami podczas jazdy.

Powodzenia!!!

Z pamiętnik młodego (duchem…) kolarza czyli mój pierwszy test FTP

Dodaj komentarz

avatar
%d bloggers like this: