Dobre kilka miesięcy temu zdzwoniła do mnie koleżanka Magda z informacją o tym, że Runandtravel.pl poszukuje wysłanników na Malofatranską Stovkę, czyli bieg organizowany na Słowacji w paśmie Małej Fatry. Zdawałem sobie sprawę, że będę zapewne trochę zmęczony po supporcie na Hardej, ale lato to zawsze intensywny okres startowy tak więc, zgłosiłem się na pełen dystans 100 kilometrów (była też opcja trasy 50km)…

Czas jak zawsze zleciał w moment, a ja ostatnie dni przed startem poświęciłem na wykorzystanie chyba wszelkich znanych mi opcji na wsparcie regeneracji nóg. W końcu nadszedł miniony piątek i z samego rana ruszyliśmy w trasę na południe w składzie dwóch Magd biegaczek i koleżanki Asi, która podkreśliła stanowczo, że po górach nie biega, ale jest wielką miłośniczką trekkingu. Jechało się całkiem sprawnie, moja ulubiona A4 nie sprawiała większych problemów chociaż na różnych bramkach musieliśmy dołożyć kilka minut czekania. Na stacji pod Krakowem dosiadł się do nas Paweł, który dojechał z Kielc i tak już w komplecie wyruszyliśmy na Słowację.

We wsi Terchova zameldowaliśmy się w godzinach popołudniowych kierując się od razy do biura zawodów.

Samo biuro raczej w kameralnym wydaniu, ale kontrola sprzętu obowiązkowego była bardzo drobiazgowa. Na tym etapie zaszła też dosyć kluczowa zmiana co do mojego startu. Okazało się, że trasa zawodów nie jest raczej łatwa, a my następnego dnia rano musimy bardzo wcześnie dostać się do Krakowa. Kilka minut walki z samym sobą, wyliczenia, kalkulacje… Bieg nie jest po pętli i ewentualne odbieranie mnie z mety rano mogło spowodować, że nie wyrobimy się z powrotem do Polski. W końcu decyduję się więc przepisać na dystans 50 kilometrów zamiast planowanej stówki. Wyprzedzając trochę fakty – kilkanaście godzin później bardzo mocno cieszyłem się, że podjąłem taką, a nie inną decyzję 😀 Pakiety odebrane, co ciekawe razem z medalami 😀 Teraz czas na pamiątkowe zdjęcie pod pomnikiem słowackiego bohatera narodowego – Juraj Janosika.

Chociaż patrząc z boku mnie przynajmniej ten monument kojarzył się bardziej z Rycerzami Okrągłego Stołu lub nawet bardziej nekromantami z filmu „Riddick”. Taka oto dowolność interpretacji 😀

Po opuszczeniu biura udaliśmy się kilka kilometrów na południe do naszego noclegu we wsi Stefanova. Tutaj klimat i widoki jak w Alpach.

Rozpakowywanie, krótki spacer na rozprostowanie kości do lokalnej jadłodajni i oczywiście kufelek zimnego piwka 😉

Po powrocie do pensjonatu dopakowywanie plecaków na rano, podładowanie kalorii i można było kłaść się spać.

Pobudka o 04:30 nie należała do najprzyjemniejszych, ale raczej sprawnie zebraliśmy się do wymarszu, a Magda zawiozła nas na start do wspomnianej wcześniej Terchovej. Warto wspomnieć, że poza moją 50-tką, jedna Magda biegła taki sam dystans, a druga Magda z kolegą Pawłem startowali w sztafecie 2 x 50 km.

Towarzystwo zbierało się raczej bez presji czasu, ale finalnie na kilka minut przed godziną 06:00 całkiem spora grupa biegaczy czekała już na start. Ostatnie uwagi przedstartowe od organizatorów i informacja o małej zmianie trasy w okolicy pierwszego bufetu w związku ze zrywką drewna.

Punkt 06:00 rozpoczyna się nasza przygoda… Na początek trochę ponad 3 kilometry rozciągania grupy po asfaltowej drodze. Czoło grupy mocno ucieka, a ja trzymam się gdzieś w połowie stawki.

Wszystko wskazuje na to, że czeka nas bardzo ładny dzień. Nie ma padać, ma być słonecznie, ale bez upałów. Przynajmniej według prognozy…

Z asfaltu kręcimy w prawo w szutrową drogę i po przejściu przez rzeczkę zaczynamy pierwsze podejście. Najpierw łąkami i lasem szlakiem zielonym, a po pewnym czasie wapienno – dolomitowymi ścieżkami szlaku żółtego na szczyt Sokolie.

Biegnie się raczej spokojnie chociaż momentami trzeba uważać żeby nie wywinąć orła na kamieniach, czy innych korzeniach. Po pewnym czasie zbiegamy na Sedlo Prislop i zaczynamy kolejne podejście.

Tym razem niebieskim szlakiem wdrapujemy się na Baraniarky. Tutaj robi się momentami technicznie. Biegnie się raczej bez problemów, ale trzeba uważać na strome urwiska i pilnować kroku żeby nie zjechać z wąskiej grani w czyhającą po obu stronach przepaść, lub nie wywinąć orła na skałkach lądując kilkadziesiąt metrów niżej.

Mijam kolejne szczyty, czyli Żitne i Kraviarske po czym zbiegam na Sedlo za Kraviarskym, gdzie odbijam na wschód zbiegając cały czas, aż do bufetu w Stara Dolina. Tutaj ładowanie kalorii i uzupełnienie płynów po czym ruszamy w dalszą drogę. W tym właśnie miejscu trasa zostaje lekko zmieniona. Zbiegamy więc asfaltem niecałe 3 kilometry do ośrodka narciarskiego Stary Dvor gdzie odbijamy prawie niewidoczną ścieżką, która jest szlakiem prowadzącym do Chaty na Gruni. Początek mocno zachwaszczony, na każdym kroku myślę ile kleszczy zebrało się ze mną na gapę. Druga część już bardziej „leśna”, by po chwili wybiec na łąkę prowadzącą do wspomnianej wcześniej chaty. Teraz już tylko trochę ponad 2 kilometry zbiegu do „naszej” wsi, czyli Stefanovej. Mija mnie bardzo mocno wycieniowana zawodniczka. Na nogach widać każdy pracujący mięsień. Po „biegowej” muskulaturze i mocno brązowej opaleniźnie widać, że bieganiem w górach zajmuje się na co dzień. Zostaję w tyle i kontroluję tempo. Po chwili ponownie napotykam wspomnianą koleżankę, która musiała na chwilę zejść z trasy w ustronne miejsce. Wymieniamy kilka zdań, mieszka w okolicy. Z humorystycznych aspektów to koleżanka ma bardzo austriacki akcent gdy mówi po angielsku. Dosłownie jak Arnold 🙂 Brakuje tylko żeby nagle odwróciła się do mnie na zbiegu i krzyknęła „run!!! we need to get to the choppa!!!” 😉

No dobra, ale wróćmy do biegu 😀 Zbiegamy bardzo ostrym zboczem do asfaltu i kręcimy w prawo. Jesteśmy we wsi Stefanova. Za chwilę przebiegam koło naszego noclegu, gdzie mocno dopinguje nas Magda, która za jakieś dwie godziny wyruszy na połowę trasy zawodów dać zmianę Pawłowi w sztafecie. Zamieniamy kilka słów i lecę dalej.

Rozpoczynamy podejście pod szczyt Velky Rozsutec zwany przez nas po prostu Wielkim Sutkiem 😉 Na początek lekko żółtym szlakiem przez Sedlo Vrchpodziar i polanę Podziar, gdzie odbijamy na wschód niebieskim szlakiem.

Zaczyna się naszpikowane łańcuchami, drabinkami i klamrami podejście przez skalny wąwóz Horne Diery.

Poza wieloma biegaczami na szlakach jest cała masa turystów. Duży ruch powoduje wiele kolejek i korków w bardziej wymagających częściach wąwozu. Tracę na tym odcinku na pewno godzinę jeśli nie więcej wisząc między ludźmi robiącymi sobie sweet focie, a dziećmi płaczącymi, że nie pójdą dalej. Nie mam jednak jakiegoś mega parcia na przebijanie się przez tłumy za wszelką cenę. Czasem poczekam, czasem pobiegnę bokiem – zupełnie bez ciśnienia. Jakiś czas później wybiegam w końcu z wąwozów i lasu meldując się na przełęczy Sedlo Medzirozsutce. Po lewej Maly Rozsutec, a my odbijamy na południe zaczynając bardzo ostre podejście na Velky Rozsutec.

Początek po piasku, czy też ogólnie luźnej nawierzchni. Bardzo mocno kąsają bąki bydlęce. Jeden taki gagatek gryzie mnie w kostkę, która po chwili zaczyna mocno puchnąć i pulsować. Wychodzimy na lekkie wypłaszczenie podziwiając widoki.

Wychodzimy powoli z linii lasu i zaczyna się robić bardziej technicznie. Wdrapuję się na wapienne skałki i po kilkunastu krokach wychodząc zza skalnej półki podziwiam „Wielkiego Sutka”, najwyższy i najbardziej charakterystyczny szczyt Krywańskiej części pasma Małej Fatry.

Teraz już tylko kilkaset metrów wapienno – dolomitowym, wąskim szlakiem i melduję się w okolicy trójramiennego szczytu.

Nie biegniemy jednak na samą górę, a kręcimy na południe zaczynając zejście do przełęczy Medziholie. Jeśli ktoś myślał, że po niełatwym podejściu czeka nas spokojny zbieg to był w dużym błędzie. Wszystko zaczyna się od łańcuchów i zejścia „na pająka” po wyślizganych, wapiennych skałach.

Po chwili dochodzą do tego ostre zejścia zasypane luźnymi kamieniami. Czasami można zjechać dobre kilka metrów razem z obsypującą się nawierzchnią nim uda się wyhamować kijkami i rękoma. Jest raczej stromo, pokonujemy ponad 500 metrów w dół na dystansie trochę ponad kilometra. W końcu docieramy na drugi bufet mieszczący się na szerokiej przełęczy Medziholie. Spotykam Magdę, wymieniamy kilka zdań i ładujemy kalorie oraz picie. Po chwili ruszamy w dalszą drogę. Na liczniku mam 29 kilometr i niecałe 6 godzin biegu. Nooooo nie będzie to najszybsza pięćdziesiątka w moim wykonaniu 😉 Z drugiej jednak strony mam za sobą już prawie 3000 niełatwych metrów w górę, co przy tak „krótkim” dystansie musiało dać w kość.

Przed nami jakieś dwa kilometry podejścia i 500 metrów w górę czerwonym szlakiem. Początek w linii lasu, a potem już tylko otwarta przestrzeń i połoniny. Zaczyna się trochę klimat jak w Bieszczadach.

Słońce pali już niemiłosiernie. Prognozy nie do końca się sprawdziły, bo owszem nie pada, ale z pochmurnego dnia zrobił się mega skwar. Wyjeżdżając z domu zapomniałem zabrać jakiejś czapki, czy chociaż daszka. Nie posmarowałem się też żadnym kremem z filtrem. Tu i ówdzie zaczyna mnie piec skóra. Na to nie mam już jednak wpływu…

Docieramy powoli do końca wspinaczki wchodząc na Stoh. Łyk wody i żel na uzupełnienie węgli. Kręcimy na północny – zachód i zaczynamy początkowo łagodne zejście.

Po kilkudziesięciu metrach robi się jednak całkiem ostro w dół. Do pokonania mamy ponad 300 metrów w dół na niecałym kilometrze. Dodatkowo teren robi się mało atrakcyjny – zbiegamy przez jakiś leśny zagajnik do łącznika Chrbat Stohu. Czwórki zaczynają mocno palić na tym niełatwym odcinku. W końcu łapiemy trochę równego terenu i wybiegamy na otwartą przestrzeń podążając czerwonym szlakiem. Teraz widokowo bardziej Tatry Zachodnie, szlaki też trochę jakby „wierchowe”. Pogoda dopisuje. Jest przepięknie 😀

Gdy patrzeliśmy z Magdą na trasę przed startem doszliśmy do szybkiego i prostego wniosku, że podejście na Stoh będzie ostatnim ciężkim 🙂 Potem już tylko pyk, pyk, pyk trzy szybkie wejścia na „jakieś tam pagórki”, których nawet nie ma co liczyć do podejść. Nie trzeba być specem od przepowiadania przyszłości żeby domyślić się, że plan ten tylko w teorii był prosty 😛

Gdy tylko wybiegłem na otwarty szlak rzuciłem okiem przed siebie, policzyłem trzy kolejne, najbliższe wzniesienia i powiedziałem sobie głowie – „Noooo i elegancko, zaraz będzie meta…” Mijały kolejne minuty i analiza trasy w głowie pokazała, że gdzieś musi być jakaś nieścisłość, bo czeka nas jeszcze przecież jeden bufet, a w zasięgu wzroku nie było żadnego schroniska. I tak oto wdrapując się i zbiegając kolejno przez Poludnovy Gron i dwuwierzchołkowe Steny docieram dopiero na pierwszą z trzech wspomnianych górek, czyli Hromove. Teraz już „tylko” męczący stopy trawersowany zbieg na Kopiska. Tutaj trochę kluczenia góra dół po kamienistych ścieżkach i błotna kąpiel w jakimś borówczysku, by po chwili dotrzeć na trzeci bufet – Chata pod Chlebom. Tutaj szybkie piwko bezalkoholowe, jakiś banan i kawałek czekolady. W pełnym słońcu na stołach rozłożony jest chleb z przetopionym już prawie smalcem i kawałki bekonu, które wyglądają jakby brały udział w zawodach slow cooking. Jest już taka godzina biegu, że zaczynam potrzebować tłuszczu, ale jednak nie ryzykuję zatrucia i szukania liści łopianu. Zostaję tylko przy kolejnym kawałku czekolady. Dopytuję o Kofolę, obsługa rozkłada ręce, a Magda z nieukrywaną radością wychyla kubek i mówi – „Nie ma, właśnie wypiłam resztkę tego co mieli” 😀

Czas ruszać w dalszą drogę. Na początek zielonym szlakiem raczej lekko pod górę w kierunku Snilovske Sedlo, gdzie trochę poniżej mieści się górna stacja kolejki gondolowej Vratna – Chleb. Na trasie cała masa turystów, którzy już na pierwszy rzut oka widać nie są amatorami górskich wędrówek. Taki nasz Kasprowy Wierch jednak rewia mody zdecydowanie bardziej stonowana. Kręcimy na zachód czerwonym szlakiem docierając na przedwierzchołek Wielkiego Krywania. Do głównego wierzchołka mamy jakieś 300 metrów podejścia i niecałe 100 metrów w górę jednak trasa zawodów nie przewiduje wdrapywania się na najwyższy szczyt Małej Fatry. Tym samym zaliczam drugi z trzech „jakichś tam pagórków” 🙂 i zbiegam na Pekelnik.

Przede mną przełęcz Sedlo Bublen i dwuwierzchołkowy garb Koniarky po czym zaczynam podejście na Maly Fatransky Krivan, czyli najwyższy punkt naszych zawodów. Momentami trochę stromo, ale mimo wszystko nie jest to jakieś bardzo mocne podejście. Zatrzymuję się na chwilę żeby wysypać piasek i kamienie z butów, które kłują mnie od dłuższego czasu. Wchodzę na trochę eksponowany odcinek gdzie trzeba uważać gdzie stawia się nogi. Jeszcze kilka kroków i jestem.

Sam wierzchołek jest dosyć rozległy, ze stojącym w centralnym miejscu obeliskiem. Strome stoki odcinają szczyt od czterech dolin rozciągających się poniżej. Widać z tego miejsca naprawdę kawał okolicy… Dominujące odcienie zieleni okolicznych szczytów oraz pól i łąk przecina błękit rzeki Wag mieniącej się w promieniach ostrego słońca. Na zachód spiętrzone wody rozlewają się na okolicę tworząc zbiornik wodny, który przecina zapora oddana do użytku w 1998 roku. Tuż za nią największe miasto na całej trasie rzeki Wag, czyli Żylina.

Na zegarku 44 kilometr trasy. Za mną 9 godzin 30 minut zawodów i ponad 4000 metrów wspinaczki. Patrząc na profil teraz będzie już tylko z górki… Nic bardziej mylnego 😉 Owszem początek czerwonym szlakiem do przełęczy Sedlo Priehyb lekko opada. Kręcimy trochę na południe żółtym szlakiem, który trawersuje masyw i jest raczej mocno męczący dla nóg. Co chwile jakieś osuwiska, błoto, kamienie i korzenie oraz cały bezkres łąk. Pokonuję tak niecały kilometr dystansu i 200 metrów w dół. Teren już mocno zalesiony nagle się wypłaszcza (tak to było w planie…) i zaczyna lekko, ale jednak iść pod górę (tego nie było w planie…). Na dodatek ten odcinek szlaku jest bardzo mocno zniszczony i często trzeba kombinować gdzie postawić kolejny krok. Wszystko to mocno wybija z rytmu. Docieram jednak w końcu do przełęczy Sedlo pod Suchym. Leży tam jeden z zawodników słowackich, który wygląda na mocno zrezygnowanego. Zamieniam z nim kilka słów. Widzę, że tylko odpoczywa i, że da radę dotrzeć do ostatniego bufetu, więc lecę dalej. Zielony szlak idzie raz w górę raz w dół, by po kilku kilometrach zacząć opadać w kierunku doliny. Korzenie i kamienie zasypane liśćmi powodują, że trzeba naprawdę rozsądnie stawiać kroki. Kilka razy nabijam się na „coś” ukrytego w poszyciu. Do tego wszystkiego przysłowiową truskawką na torcie są wiatrołomy. Co chwila trzeba przechodzić górą lub bokiem przez powalone pnie drzew. Czasem nawet czołgając się po ziemi lub na czworakach. Ot taki urok biegów w terenie, ale muszę przyznać, że zabija to we mnie jakąkolwiek radość z biegu, czy też truchtu (niepotrzebne skreślić…). W głowie myślę już o mecie i bardzo, ale to bardzo cieszę się, że wybrałem wersję 50 kilometrów a nie 100 😀 🙂 Jeszcze kilkadziesiąt minut i jestem na ostatnim bufecie mieszczącym się w Chacie pod Kl’acianskou Magurou.

Kilka kęsów czekolady, jakieś chipsy, czy inne chrupki. Uzupełniam też wodę w bukłaku. Dostaję info od obsługi żeby trzymać się żółtego szlaku. Ruszam w dół z napotkanym Słowakiem. Od słowa do słowa i kilkanaście minut później kolega pyta mnie jak wyglądam z siłami na drugi etap biegu, który ma niecałe 50 kilometrów trasy i ponad 2500 metrów przewyższeń. Tłumaczę mu, że tylko numer mam ze „stówki”, bo przepisałem się na krótszy dystans. Zdumiony informuje mnie, że jeśli tak to źle biegnę, bo dystans 100 km i 50 km mają różną końcówkę. „Setka” biegnie żółtym trochę na około, a „pięćdziesiątka” ostro w dół zielonym. Trudno pobiegnę z nim naokoło. Muszę jednak stanąć za potrzebą, a kolega znika w lesie. Ruszam po chwili za nim i trafiam na potrójną krzyżówkę ścieżek. Zero oznaczeń, zero zasięgu żeby sprawdzić gdzie biec. Czekam kilka minut i podejmują trudną decyzję, że wrócę do ostatniego bufety, gdzie złapię już poprawną drogę 50-tki… W chacie melduję się łącznie po niecałej godzinie od jej opuszczenia bogatszy o dodatkowe 5 kilometrów i trochę przewyższeń.

Szlak mocno opada w kierunku doliny. Jest raczej kamieniście lub korzennie, a czasem biegnie się po prostu po luźnym piasku. Nogi czują już dystans i przewyższenia. Czasem zwalniam i przechodzę do marszu. Mija mnie jakiś zawodnik, który cierpi chyba mocniej niż ja, ale jego morale jest ewidentnie lepsze. Mnie zgubienie szlaku i kluczenie po okolicy wybiło z głowy ostatni optymizm. Po prostu lecę już bez emocji przed siebie.

Do mety już tylko kilka kilometrów. Jakiś podbieg, potem płasko. Zaczynają się zabudowania. Lecę jakimiś łąkami wzdłuż linii wysokiego napięcia. Tu zakręt, tam zakręt, jest i asfalt. Jacyś lokalesi biją mi brawo z tarasu. Ostatni zbieg i kręcę na mały placyk gdzie znajduje się bardzo kameralna meta. Kilka słów z Magdą i Pawłem i jedziemy na nasz nocleg. Magda tak w ogóle dobiega #5 wśród kobiet i #35 OPEN – graty! Po odpoczynku ruszamy wieczorem autem po drugą Magdę, która biegnie drugą część trasy. Finalnie z Pawłem zajmują miejsce #2 w sztafetach – gratulacje! Noc jest bardzo krótka. Wracamy późno z trasy, a pobudka już na nas czeka. O 06:30 ruszamy w drogę do domu, gdzie meldujemy się wczesnym popołudniem.

Podsumowując… Pokonanie 60 kilometrów z sumą przewyższeń 4300 metrów zajęło mi 12 godzin 19 minut 🙂 Na mecie zameldowałem się #39 OPEN. Mimo, że nie jestem biegaczem z czołówki to nadal uważam, że było bardzo wolno. Przyznać muszę, że trasa uczy pokory i czasami jest naprawdę ciężka. Pamiętajcie więc, że Małofatranska Stovka jest mała tylko z nazwy… No może małe jest jeszcze biuro zawodów i meta „50tki” 😀 Cała reszta za to jest przeogromna! Piękne widoki rodem z Alp, bezkresne masywy ciągnące się za horyzont, malownicza trasa, strome podejścia, techniczne elementy z asekuracją, szybkie zbiegi oraz mozolne i wymagające uwagi zejścia. Wszystko to robi ogromne wrażenie! Naprawdę warto odwiedzić wieś Terchova i wziąć udział w tym biegu. Do wyboru jest sztandarowe 100 kilometrów, 50 kilometrów oraz sztafeta. Dla orłów jest też dystans 180 kilometrów i jak podejrzewam cała masa mocnej zabawy 😀 Każdy znajdzie więc coś dla siebie! A wszystko to rzut beretem od naszej południowej granicy.

No to do następnego 😀

Malofatranska Stovka, czyli mega wyrypa w Krainie Janosika…
avatar
%d bloggers like this: