Czesi… Nasi południowi sąsiedzi to na pewno specyficzny naród. Często śmieją się z nas a my jeszcze częściej śmiejemy się z nich. Jedno jest jednak pewne – wiedzą jak zorganizować dobre zawody MTB. Wyprawa na południe nie była planowana w moim grafiku, ale dosyć szybko wszystko udało się ogarnąć i w piątkowy wieczór kierowaliśmy się z Danielem w kierunku naszej bazy wypadowej w Pobiednej pod Świeradowem Zdrój. Na miejscu w Gospodarstwie Agroturystycznym Dom pod Topolami czekał już na nas kolega Michał. Krótka pogawędka, sprawdzenie mapy i czas do spania. Na dobranoc wspomniany ów kolega zabrał się za bardzo fachową analizę profilu trasy po czym przepełnionym profesjonalizmem głosem oznajmił – „Od 70-tego kilometra jest z górki…” Przyjęliśmy to do wiadomości i grzecznie poszliśmy spać. Pobudka o 5:00 rano i kierunek Jablonné v Podještědí gdzie mieściła się baza zawodów.

Sam Malevil Cup to impreza rangi UCI wchodząca w skład serii MarathonMan, która obejmuje między innymi takie wyścigi jak Rocky Mountain nad Jeziorem Garda czy austriackie Salzkammergut Trophy. Odbiór pakietów, szybkie przebranie i można było jechać na start, który znajdował się około 4 kilometrów od parkingu.

Na miejscu komplet, do startu zostało dosłownie kilka minut. Jako nie-faworyci stanęliśmy w ostatnim sektorze. Start i przeciskanie się w górę stawki. Sam wyścig z początku bardzo spokojny. Trochę podjazdów i zjazdów gdzie uważać trzeba było tylko na bardzo śliską nawierzchnię w postaci błota czy zlanych deszczem łąk. Bez większych trudności technicznych – ot takie wprowadzenie – można było trzymać wysoką średnią przelotową. Na 25 kilometrze bufet w miejscowości Hradek nad Nisou gdzie 3 lata temu startowaliśmy z kolegą Przemkiem w zawodach MTB Bike Babi Leto.

Od tego momentu trasa zaczęła robić się bardziej techniczna i wymagająca. Najbardziej męczący był długi singiel pokryty śliskimi jak cholera korzeniami gdzie co chwila ktoś zaliczał podpórkę czy glebę. Podjazdy zrobiły się cięższe, pokryte błotem i luźnymi kamieniami. W okolicy 45-tego kilometra przekroczyliśmy granicę niemiecką kierując się na górę Heidenberg. Widoki przyznać trzeba wspaniałe. Kolejne kilometry i sztywny, mocno techniczny podjazd na górę Hvozd/Hochwald w zależności od tego w jakim języku chcielibyśmy ją przywołać.

Na górze jeszcze bieg po schodach i kamienisty zjazd. Zacząłem powoli czuć trudy trasy i w głowie rozpocząłem odliczanie do 70-tego kilometra. Kawałek po luźnych kamieniach z buta i zaraz będę na miejscu. W końcu jest – mijam tabliczkę oznajmiającą, że to już tu. Rozpoczyna się zjazd, lecę szybko w dół. Coś mi lekko nie gra bo wychodzi na to, że ukończę te zawody z czasem max 5 godzin. Trudno, widocznie tak musi być 😀 Natura potrafi być jednak bardzo okrutna przede mną rozpościera się szerokie, pokryte łąką zbocze i trasa idąca centralnie pod górę. Myślę sobie – nie ma co spoko te zmarszczki. No, ale przejadę to i w dół. W połowie muszę chwilę podejść bo krajobraz zmienia się na mocno kamienisty gdzie koła tracą trakcję.

Trasa wygląda tak przez kolejne 10 kilometrów – sztywne, techniczne podjazdy po luźnym podłoży przelanym błotem i krótkie szybkie sekcje zjazdowe. W połowie mam już tego serdecznie dość. Gdybym miał teraz tu kolegę Michała to chyba bym go rozszarpał na strzępy 😉 Taaa…. 70 kilometrów i z górki… Oczywiście… Na bogato zastawionym bufecie robię pełen popas, trzeba uzupełnić deficyt. 80-ty kilometr i robi się bardziej znośnie by po chwili móc lecieć na pełnej prędkości w dół trasy. Na okolicy 90-tego kilometra ostatni bufet. Chwytam kawałek arbuza i wodę bo słońce pali mocno i lecę dalej. Według napotkanych lokalsów do mety 10 kilometrów… Morale jakoś to znosi. Po chwili jednak tabliczka – FINISH 5 KM. Jeszcze tylko okropnie sztywne dwa podjazdy i wpadam na pole golfowe, którym docieram już na ostatnie metry trasy. Jeden zakręt, drugi i jest upragniona meta.

Nie udaje mi się urwać zakładanych 6 godzin – przegrałem o jedną minutę ☹ zajmując 262 miejsce OPEN. Jak na start rekreacyjny to całkiem pozytywny rezultat 😊 No dobra to teraz niech tylko znajdę naszego dyżurnego kartografa. Analizując całą sytuację na jednym z podjazdów doszedłem do wniosku, że Michał pewnie zrobił to specjalnie 🙂

Na parkingu widzę jednak, że przeżył taką samą mordęgę jak ja. Wychodzi na to, że 70 kilometr pomylił się 80-tym. Teraz wszystko się już zgadza. Uzupełnienie płynów i krótki relaks po czym wracamy do Pobiednej. Obiad i można czekać na wieczorny mecz Polska – Rumunia.

Podsumowując – Malevil Cup to bardzo ciekawy i wymagający wyścig. Nie jest on bardzo trudny technicznie jednak mieszanka dystansu 100 kilometrów i 2500 metrów przewyższeń robi swoje. W pierwszej chwili ma się wrażenie, że trasa jest płaska i szybka jednak nic bardziej mylnego – krótkie, ale sztywne podjazdy robią swoje. Blisko granicy z Polską tak więc kto nie był to warto przemyśleć ten wariant w następnym sezonie.

A po przebudzeniu następnego dnia rano nogi szybko dały znać o sobie, ale to nie był koniec naszej wyprawy 😃 TBC…

Zdjęcia MTBS.CZ – MILOŠ LUBAS

 

Malevil Cup MTB Marathon – mistrz kartografii i jego zmarszczki od 70-tego kilometra…
avatar
%d bloggers like this: