Za dzieciaka nie było konsoli, komputerów czy internetu. Każdą wolną chwilę spędzało się na podwórku, boisku czy szwendając się gdzieś po okolicy. Nikt nie patrzył na warunki panujące za oknem, a nawet najbardziej kapryśna pogoda nie oznaczała siedzenia w domu. Utarło się jednak, że jeśli już jest jesień czyli dzień jest krótszy i chłodniejszy, a z nieba leje się woda, to trzeba powoli myśleć o przerzuceniu większej ilości aktywności pod dach. W większości zabaw na lądzie, zwłaszcza za dzieciaka, nadmiar wilgoci raczej ogranicza radość bawiących się, chociaż są od tego spektakularne wyjątki. Analogicznie można przełożyć to na świat biegów ultra gdzie nadmiar wody potrafi mocno popsuć nastrój, a czasem może być nawet niebezpieczny. Kiedyś był chyba nawet taki film – „Groźna bo mokra”. Nie jestem pewien czy poruszał on tematykę ultra, ale na pewno miał wielowątkowy scenariusz. Coś mi świta, że między innymi była w nim Helga, której przeciekał zlew. Helga wzywała hydraulika Jurgena, który ten zlew naprawiał i wszyscy byli zadowoleni, bo nie było już mokro… My zapisując się z Michałem na Lakes In A Day też byliśmy zadowoleni. Niby mieliśmy jechaliśmy na północ deszczowej Anglii na początku października, jednak przez większość sezonu w Polsce lało podczas startów tak więc zakładaliśmy, że będzie OK. A może nawet pogoda nas zaskoczy i będzie ładnie.

Owszem zaskoczyła nas i to na długo przed wyjazdem. Okazało się, że w Lakes District deszcz padał nieustannie mniej więcej cały miesiąc przed startem. Organizatorzy ostrzegali w przesyłanych mailach, że warunki są ciężkie, jest bardzo mokro i może być jeszcze gorzej. Żeby było weselej na 48 godzin przed biegiem nad Europę nadciągnął Orkan Ksawery, który przyniósł ze sobą ulewny deszcz i porywy wiatru sięgające 150 km/h. Przed wyjazdem musiałem trzymać okna przy tarasie żeby nie wpadły do środka domu, w międzyczasie się pakując.

Gdy wyruszaliśmy następnego dnia w kierunku Berlina wiatr lekko ustał jednak nadal kapało z nieba. Zostawiliśmy auto i udaliśmy się na odprawę gdzie panowało lekkie zamieszanie, a kolejka była jak za naprawdę ostatnią paróweczką.

Poszło całkiem sprawnie. Humoru nie popsuła nam nawet konfiskata raków do rozbicia namiotu z bagażu podręcznego i po dłuższej chwili zameldowaliśmy się na pokładzie samolotu.

Deszczowy Berlin został daleko za nami i przyszedł czas na drzemkę. Pogoda za oknem po przebudzeniu, którą zastaliśmy nad holenderskimi plażami napawała lekko optymizmem.

W Manchesterze pojawiliśmy się zgodnie z planem i wyruszyliśmy do centrum koleją.

Czasu mieliśmy bardzo dużo dlatego pochodziliśmy trochę po okolicy odwiedzając różne ciekawe miejsca. Michał jest wyznawcą diety wegańskiej dlatego na uzupełnienie kalorii trafiliśmy do knajpki Little Alladin.

Dla mnie jako pożeracza wszelkiej maści mięsa było to novum, ale nie mogę powiedzieć, że mi nie smakowało. Testowany przeze mnie „bean burger” nie był może czymś co na zawsze odmieniło moje życie jednak był całkiem smakowity. Michał wsuwał zestaw, którego 1/10 nazwy nie jestem w stanie powtórzyć i chyba też mu smakowało. Żeby nie było tak totalnie zielono to udaliśmy się również do lokalu po drugiej stronie mocy gdzie wsunąłem już normalne jedzenie 😉

Zrobiliśmy jeszcze zakupy w jakimś „Coopie” i rozsiedliśmy się na przystanku autobusowym gdzie miał zgarnąć nas poznany przez FB kolega Arthur. Przyjechał trochę po czasie jednak szacunek za to, że nas nie wystawił i zawiózł ponad 110 km na północ do bazy zawodów w miejscowości Cartmel.

Na miejsce dotarliśmy dosyć późno. Odebraliśmy pakiety i zostaliśmy wbici do systemu śledzącego zawodników na trasie na żywo.

Organizator w związku z „krótkim” dystansem umożliwiał wrzucenie tylko pary butów i skarpetek do zmiany. Zdecydowaliśmy, że nie zdajemy żadnych rzeczy na przepak i wszystko będziemy nieść ze sobą.

Kolejną kwestią było znalezienie zastępstwa dla śledzi oraz rozbicie namiotu. Boisko rugby gdzie urządzono pole namiotowe było tak opite wodą, że znalezione kije doskonale nadawały się do tej roboty.

Gdy namiot stał już trzepocąc na wietrze udaliśmy się do szkoły gdzie mieściło się biuro zawodów w celu dopakowania ostatnich rzeczy do plecaków biegowych.

Mimo, że wyposażenie obowiązkowe nie było zbytnio sprawdzane to lista rzeczy była dosyć długa i plecaki wypchane były do granic. Tutaj warto było pamiętać o tym, że organizator nie wymyśla tego wszystkiego by uprzykrzyć biegaczom życie, a po to aby w razie jakiejkolwiek sytuacji awaryjnej nie doszło do tragedii. Wszystko przygotowane. Zapakowaliśmy się do namiotu i próbowaliśmy zasnąć. Ulewa i wichura jakie przyszły nad miasteczko w nocy mocno ostudziły nasze zapały. Myślałem, że porwie nas z namiotem i wylądujemy jakieś X mil dalej… Masakra…

Rano pobudka o 05:00, śniadanie, kawa i wsiedliśmy do autobusów, które wywiozły nas kolejne 80 kilometrów na północ do miejscowości Caldbeck. Do startu zostało 30 minut.

Ostatnie szlify sprzętowe, coś na ząb, uzupełnienie płynów i inne sprawy do ogarnięcia poszły gładko. Załadowaliśmy również pliki GPX do zegarków w razie jakiegokolwiek problemu z nawigacją.

Po drodze usłyszeliśmy naście różnych prognoz pogody i przygotowywaliśmy się mentalnie do startu. Ruszyliśmy na trasę kilka sekund po 08:00 lokalnego czasu. Przed nami 80 kilometrów i 4000 metrów przewyższeń. Dodatkową kwestią była formuła zawodów, bo bieg ten można teoretycznie podzielić na dwa etapy. Pierwszy typowo górski, gdzie zawodnicy biegną na orientację, a trasa nie jest oznakowana. Drugi, już mniej górski, ale na pewno nie płaski gdzie organizator zostawił co jakiś czas fluorescencyjne strzałki sugerujące zawodnikom gdzie biec.

(Co do dalszej porcji zdjęć proszę o wyrozumiałość w związku z ostrością… Było tak mokro, że aparat nie ogarniał.)

Początek dosyć spokojny, zresztą nie ma co się spinać. Kawałek asfaltu i po chwili szuter. Oczywiście zaraz zaczyna padać 🙂 Widzę, że Michał męczy się z moim tempem. Nie jest to dla mnie zaskoczenie bo sportowo jest lata świetlne przede mną. Uzgadnialiśmy wcześniej, że jak co to każdy biegnie osobno. Tak też się zaraz staje.

Gdy wpadamy na pierwsze łąki zaczynam rozumieć co organizatorzy mieli na myśli mówiąc, że jest mokro. Nogi zapadają się prawie cały cały czas po kostki. Trzeba mocno uważać, żeby nie zostać bez butów. Kierujemy się na pierwszy szczyt czyli High Peak. Przed nami 400 metrów w górę.

W połowie drogi zaczyna się zabawa. Okolica kryje się za chmurami i ciężką mgłą. Zrywa się bardzo silny wiatr. Jestem dosyć ciepło ubrany jednak gdy patrzę na idących przede mną lokalnych biegaczy to robi mi się przeraźliwie zimno. Anglicy mają jednak zupełnie inne termostaty niż my 🙂

Co ciekawe w tej niesprzyjającej aurze mamy nawet kibiców na trasie… Naprawdę nie wiem co Ci ludzie robią jak wychodzi słońce – chyba biegają nago…

Wiatr mocno przybiera na sile. Każdy krok daje mocno w kość. Zaczynamy zbieg. Niby nie ma kamieni tylko łąka, ale jest cholernie ślisko i grząsko. Co chwilę wpadam po kolano w jakieś śmierdzące bagno.

Po chwili zaczynamy biec czymś co wygląda na zbocze porośnięte wrzosem i borówkami, które przeżyło nalot dywanowy napalmem. Poskręcane, pozbawione liści łodygi tworzą coś w rodzaju igielitu. Ch chwila ktoś kończy krok efektownym lotem na twarz lub plecy.

Lekko się przejaśnia. Przed nami strumień z mostkiem zmontowanym przez organizatora. Jakaś dziewczyna siedzi na boku szlaku ze skręconym stawem kolanowym. Dla niej to koniec zabawy na dzisiaj. Po przeprawie przez most zbiegamy błotem usianym paprociami i trafiamy na kolejną przeprawę. Tym razem już bez mostu 🙂

Zaczynamy 500 metrów podbiegu w pionie pod Blencathre. Robi się znowu nieprzyjemnie. Po chwili jest już naprawdę źle. Temperatura bardzo mocno spada, nadciąga huraganowy wiatr, a zmarznięty deszcz wali w nas poziomo od zachodu prawie prosto w twarz. Sam szczyt będący ósmym co do wysokości szczytem Anglii ma jeśli dobrze pamiętam sześć wierzchołków. Biegniemy przez najwyższy z nich czyli Hallsfell Top wznoszący się na wysokość 868 metrów nad poziomem morza. Na górze czekają na nas ratownicy, którzy wskazują łatwiejszą drogę zawodnikom nie czującym się zbytnio na siłach aby pokonać zejście, które na nas czeka. Hall’s Fell bo o nim mowa to bardzo ostra grań, która sama w sobie jest dosyć techniczna. Dodając do tego warunki panujące podczas biegu robi się naprawdę niebezpiecznie.

Mokre skały pokryte mchem i porostami zachowują się jak tafle lodu. Gdziekolwiek położy się nogę przyczepność jest zerowa i zjeżdża się w dół. Tracę równowagę i spadam ze skał w błoto tuż na na krawędzi przepaści. Robi mi się bardzo ciepło. Czuję, że zimne krople potu spływają mi po plecach.

Dwóch zawodników przede mną ześlizguje się po ścianie prowadzącej w przepaść po drugiej stronie grani. Widzę już w wyobraźni jednego z nich jak spada z hukiem w dół po skałach. Na szczęście obaj łapią się rękoma skał zawisając na krawędzi. Myślę sobie w głowie – trzeba spierdalać jak najdalej z tego miejsca. Jeszcze kilka technicznych odcinków i można zacząć biec zamiast poruszać się na czworaka.

Gdy wybiegamy za grań huraganowy wiatr osiąga apogeum. Ledwo można utrzymać się na nogach. Jestem mocno zdziwiony, że dziewczyny biegnące za mną utrzymują się na grani.

Walczymy z pogodą i zbiegamy do miejscowości Threlkeld gdzie mieście się pierwszy bufet.

Plusem jest to, że wiatr przegania wiszące nisko chmury i można popatrzeć na okolicę. Na bufecie szybkie uzupełnienie płynów, dwa kubki coli i zapycham się jakimiś wypełniaczami. Energia jest, żele są, trzeba tylko zadbać o wypełnienie żołądka bo bez tego będzie bardzo źle. Sprawdzam jeszcze gdzie jest Michał – dobre kilka kilometrów przede mną. Elegancko, niech ciśnie, ma warunki do tego.

Wyruszam w dalszą drogę. Początek jest bardzo płaski i banalnie prosty, ot bieg po asfalcie i szutrach. Po kilku kilometrach wszystko zmienia się diametralnie. Przed nami wyrasta podejście na White Pike. Idzie się centralnie w górę, bez zbędnego kluczenia. Teren jest tak wyślizgany i pokryty błotem, że co chwilę zjeżdżam kilka metrów w dół.

Przyjmuję taktykę, że kluczę od lewej do prawej próbując trawersować to podejście. Na White Peak znowu rozpoczyna się nawałnica. Biegniemy tuż przy grani gdzie rozpędzony od zachodu wiatr nabiera ogromnych prędkości ześlizgując się po trawiastym zboczu na drugą stronę grzbietu. Kolejny szczyt to Clough Head. Kierujemy się tutaj w stronę Calfhow Pike gdzie biegniemy samą granią. Czasami trzeba iść na czworaka żeby nie zostać porwanym przez wichurę. Zmarznięty deszcz wali mi tak mocno po prawym oku, że widzę tylko na lewe. Kaptur na niewiele się tutaj zdaje chociaż na pewno chroni szyję i część głowy.

Widoczność ogranicza się do kilku metrów. Co chwila zawodnicy biegnący przede mną nikną w chmurach. Wtedy zostaję tylko ja, mapa i mój Feniks pokazujący mniej więcej gdzie mam się poruszać. Trasa prowadzi cały czas góra dół. Napotykam ekipę endurowców, którzy próbują zjechać do doliny, z marnym skutkiem…

Napotykam dwóch zawodników z objawami hipotermii. Są pod opieką jakiejś szkolnej grupy wycieczkowej, zostaną sprowadzeni z grani w celu udzielenia pomocy. Napotykam też jednego chłopaka, który leży na kamieniu jedząc orzechy. Tłumaczę mu drąc się przez szalejący wicher, że musi się ruszyć bo za chwilę jego ciało się wyziębi i skończy jak tamci. Dociera do nas kolejny biegacz, który również próbuje zmobilizować leżącego. Chłopak wstaje i zaczyna powoli maszerować. Docieramy po kilkuset metrach do dwójki ludzi idących szlakiem, którzy mocno nas dopingują. Wychodzi na to, że schodzą krótką drogą w dolinę, osłabiony zawodnik zabiera się z nimi rezygnując z wyścigu. Po kolejnej dawce lodowatego deszczu docieramy na Helvellyn, trzeci najwyższy szczyt Anglii. Pokonujemy kolejno Nethermost Pike, Dollywaggon Pike i zbiegamy do jeziorka Grisedale Tarn.

Okrążamy je i zaczynamy podbieg pod Fairfield, przed nami niecałe 400 metrów wspinaczki. Początek jest bardzo stromy jednak szlak jest kamienisty co pozwala na solidniejsze oparcie nogi niż na błocie.

Na górze nadal bardzo mocno wieje jednak zaczyna się lekko przejaśniać. Nim chmury odkryją okolicę gubię szlak. Ślad GPX pokazuje, że mam iść prosto jednak wiązałoby się to z pokonaniem 20 metrowego urwiska. Bez liny i asekuracji nierealne… Odbijam trochę na zachód by poszukać alternatywnej drogi po skałach. Udaje mi się w końcu trafić na szlak.

Znacznie poprawia się widoczność. Teraz człowiek przynajmniej wie gdzie biegnie mając coś innego w polu widzenia niż chmury.

Po chwili zza chmur wychodzi słońce, a w oddali zaczyna majaczyć jezioro. Podbiegam kilkanaście minut i staję na grani patrząc w dół na widok zapierający dech w piersiach. Przede mną w niecce miasteczko Ambleside położone nad największym jeziorem w Anglii, jeziorem Windermere.

Jest naprawdę malowniczo, wręcz bajkowo. Zdjęcia nie oddają chociażby części tego co widzieli zawodnicy zbiegający do miasteczka. Trzymam się kamiennego muru bo szlak schodzi ostro w dół. Usiany jest błotem i wyślizganymi skałami. Tracę równowagę i prawie uderzam głową w ostre kamienie wystające z muru. Dobra muszę jednak trochę się odsunąć. Odbijam w lewo i przeskakuję przez jakieś moczary. Chlup chlup i wpadam po pas obiema nogami w bagno. Zaczynam się szarpać. Czuję jak bagno zasysa mnie głębiej i głębiej. Po raz kolejny tego dnia robi mi się mocno nieswojo. Przestaję się szamotać, w każdym filmie mówią żeby nie walczyć z bagnem. No kuźwa ok, ale przecież nie zostanę tu jak rzodkiewka do zimy. Przypomina mi się nagle scena z filmu „Niekończąca się opowieść” gdzie na mokradłach tonie Artax. Pamiętam, że gdy oglądałem ten film za dzieciaka to ryczałem jak bóbr na tej scenie. Teraz to jednak ja jestem głównym bohaterem tego dramatu i jeśli tu utonę to wątpię żeby rodzina doczekała się ekranizacji. Zaczynem lekko poruszać się w stronę muru, nogi trzymam bez ruchu pracując rękoma. Po chwili z góry zbiega dwójka zawodników. Pomagają wydostać mi się na brzeg. Siadam na jakimś kamieniu, śmierdzący owczym gównem wymieszanym z butwiejącym bagnem, lata nade mną stado much. Myślę sobie co ja tutaj kuźwa robię, po co mi to wszystko, po jakiego grzyba biegam gdzieś daleko od domu zamiast siedzieć na kanapie pijąc piwo. Patrzę na okolicę spoglądając na promienie zachodzącego słońca grające w tafli błękitnego jeziora. Zastanawiam się czy to wszystko jest warte tych poświęceń…. Oczywiście, że kuźwa jest! Rusz dupę chłopie, przed Tobą nadal ponad połowa drogi. Patrząc już bardziej pod nogi zbiegam do miasteczka. Szlak wydaje się nie mieć końca. Co chwila wybijające z rytmu bagna, skały, płoty do przejścia. Wbiegam przez bramkę na pastwisko. Co drugi krok prawie zostawiam buta wessanego w mokre podłoże. Za kilkaset metrów kolejna brama i szutrowa droga przechodząca w asfalt. Dobra, jestem. Teraz bieg przez miasto gdzie kibice i przechodnie odbudowują moje morale. Każdy staje i mocno dopinguje biegnących. To zawsze pomaga. Zatrzymuje się koło mnie jakiś starszy pan pytając skąd i dokąd biegniemy. Gdy mówię mu jaką mamy trasę wywraca oczami mówiąc „Ohhh my fucking God, take care son…”.

Na bufecie zatrzymuję się na dłużej. Większość zawodników ma tu rzeczy na przepaku. Ja muszę poradzić sobie z tym co mam w plecaku. Ściągam pokryte kilkucentymetrową warstwą błota buty, zdejmuję legginsy i wylewam wodę z moich wodoodpornych skarpetek Dex Shell gdzie woda wlała się od góry 🙂 Wysuszam to i tamto i zakładam krótkie spodenki zostawiając opaski kompresyjne na łydkach. Czuję, że jestem cały poobcierany, a nie zabrałem Sudokremu. Trudno trzeba z tym żyć. Podłączam zegarek do ładowania i zakładam czołówkę. Zajadam też kilka kawałków pizzy i innych pyszności. Uzupełniam bidony i przepakowuję żele. Dzwonię też do domu żeby zameldować, że wszystko jest OK i lecę dalej. Wybiegając z punktu pytam o szczegóły trasy. Słyszę od wolontariuszy, że do końca 39 kilometrów, a do następnego bufetu 10 mil czyli jakieś 16 kilometrów. Nie skupiam się zbytnio na wcześniejszej analizie trasy i wierzę wolontariuszom. Popełniam duży błąd. Przede mną druga część zmagań, mniej górska, ale nadal wymagająca. Od samego początku trasa nie jest jakaś mocno trudna ot góra dół z małymi przewyższeniami. Czasami jest jakieś mocniejsze podejście, ale w granicach rozsądku. W głowie mam te 10 mil do następnego punktu. Szybko zleci. Wypijam oba bidony bardzo szybko. Kolejne kilometry mijają, ale nie widać nigdzie punktu. Zapada zmrok. Przedzieram się przez teren gdzie prowadzona jest zrywka, korzenie i leżące pnie utrudniają zabawę. Na dodatek zaczyna robić się mocno błotniście. Trasa zaczyna biec po linii brzegowej jeziora, które wylało przez nadmiar deszczu. Co chwila długie odcinki biegnie się po kostki, a nawet po kolana w wodzie. Trudno takie życie. Wpadamy na 50 metrów asfaltu i w jakieś krzaki. Zaczyna się jakieś masakrycznie śliskie i mocne podejście, hmmm…, miało być spokojnie niby. Jest bardzo stromo, a mi zaczyna brakować płynów. W akcie desperacji sięgam bidonem po wodę z płynącego obok strumyka. Trudno najwyżej się pokicham. W głowię cały czas liczę kilometry, ile jeszcze do tego cholernego bufetu.

Piękny księżyc górujący nad okolicą prowadzi mnie w dalszą drogę. Jestem na około 23 kilometrze od poprzedniego bufetu. Pytam mijającego mnie zawodnika ile do następnego. Mówi, że za 3 minuty będziemy na miejsce. Rzeczywiście 🙂 Wypadamy na jakieś pastwisko i biegnąc wśród owiec docieramy do wsi Finstwaithe gdzie czeka na nas bufet. Na miejscu wiele osób regeneruje się przed finalną częścią zmagań. Dołączam do nich zajadając serwowane risotto na słodko. Kilka garści orzechów, kolejne risotto i dolewka do bidonów. Po kilku minutach jestem gotów. Nie ma co siedzieć bo czuję jak organizm się wychładza. Według wolontariuszy do mety zostało 12 kilometrów. No bułka z masłem… Prawie…

Przed nami nie jakichś spektakularnych podejść, owszem trasa wiedzie góra dół, ale bez stromych odcinków. Początek po kamienistym szlaku by po kilku kilometrach dotrzeć na łąki i pastwiska. Tutaj zaczyna się mój dramat, ostateczna walka z trasą nasiąkniętą do granic wodą. Błoto cały czas sięga za kostkę miejscami docierając do kolan. Jest tragicznie. Każdy krok to zapadnięcie się w gęstą maź i korekta kroku żeby nie wyłożyć się w to bagno. Na horyzoncie widzę majaczące czołówki. Myślę w głowie, że zaraz będzie meta, a one jasno pokazują, że czekają mnie kolejne podejścia przez ten syf. Na każdym kroku prowadzą mnie przez ciemną noc baczne spojrzenia owiec i krów, których terytorium cały czas pokonuję. Tuż obok ryczy byk jelenia rozdzierając nocną ciszę dudniącym basem. Czuję jak moje płuca drżą wraz z jego głosem. Jest klimat 🙂

Kolejne kilometry i kolejne tony błota. Według moich obliczeń do mety zostały niecałe 4 kilometry. Zbiegam błotną rynną do drogi, która zaczyna piąć się pod górę zamieniając w asfalt. Napotykam jakiegoś chłopaka idącego w moją stronę. Pytam ile do Cartmel. Mówi, że 400 metrów podejścia na szczyt wzniesienia i potem jakieś 3 kilometry z górki. Na górę wdrapuję się całkiem szybko. Teraz przyspieszam biegnąć w dół widząc majaczące światła czołówek za mną. Nie mogę sobie pozwolić na to żeby mnie minęli – ot tak dla zasady 🙂 Oczywiście te dwie osoby dopadają mnie jakiś kilometr przed metą. W tle widzę kolejną czołówkę, o nie tego już nie przepuszczę. Docieram do wsi. Przede mną pub i jakieś poustawiane świeczki, pewnie meta, wbiegam do środka. Tam grupka podchmielonych lokalsów tłumaczy mi, że tu nie ma mety – jest w szkole 😀 Wybiegam z pubu, na szczęście osoba będąca za mną nie depcze mi aż tak bardzo po piętach. Zakręt w lewo i prawo po czym ostatnia prosta i skręt do szkoły. Jest meta!

Jestem mocno wymęczony, ale szczęśliwy. I na dodatek nawet nie pada 🙂 W szkole przy jedzeniu siedzi Michał, ukończył bieg jakieś 3,5 godziny przede mną zajmując bardzo dobre 44 miejsce! Serdeczne gratulacje!!! Ja zajmuję miejsce #136 z czasem 17:28:14. Jak na 421 zawodników nie jest źle. Biorąc pod uwagę, że ponad 60 osób wycofało się podczas biegu wynik ten smakuje jeszcze bardziej. Lecę pod prysznic gdzie ledwo mogę się umyć. Jestem strasznie poobcierany. Czuję się jak Pawian z bajki „Jam Łasica”. Nogi też ledwo dają radę. Zbieramy się do namiotu. Michał załatwił od organizatorów kartony, które rozłożyliśmy układając pod śpiworami. Doskonale izolowały od zimnej ziemi zastępując karimaty. Ta noc nie będzie dzięki temu tak zimna jak poprzednia. Kolega zasypia w jakieś 3 sekundy, a ja celebruję należące mi się piwko. Rano wstaje piękny dzień, dlaczego nie mogło tak być wczoraj???

Po okolicy przechadzają się ledwo żywi zawodnicy. Zbieramy się wcześnie z namiotu i pakujemy wszystko by być gotowym do drogi. Kolega Arthur wybywa na śniadanie, a my czekamy na niego dwie godzinki szwendając się po okolicy. Kilka osób odpoczywa ładując baterie na słońcu.

Szkoła pustoszeje, po kolejnej godzinie wraca nasz angielski transport i zabiera nas do Manchesteru. Mega serdeczne dzięki dla niego za transport w obie strony. Kosztowało nas to całe 10 funtów – łącznie, za całość…

W Manchesterze odwiedzamy naszego kolegę Alladyna i jakieś normalne żarcie na lotnisku. Nasze bagaże podręczne są dwa razy cięższe i większe od opitych wodą rzeczy z biegu. Wracamy Easy Jetem gdzie dozwolona jest tylko jedna torba co mocno komplikuje sytuację. Jesteśmy mocno trzepani na bramkach, ochrona znajduje w plecaku Michała puszkę fasolki po bretońsku, którą sam zainteresowany uznał za zgubioną. Oczywiście rewizja plecaka, pytania i inne bzdety… Koczujemy na lotnisku obmyślając plan logistyczny. Ogólnie to wyglądamy jak dwójka ćpunów lub bezdomnych – brudni, śmierdzący, chodzący posuwistym krokiem 🙂 Nic na to nie poradzimy, ultra odbiło na nas swoje piętno 🙂 Przepakowujemy wszystko czekając na samolot. Ubieramy kilka rzeczy na siebie, resztę dopychamy nogą i po 18:15 startujemy w kierunku Berlina. Jak dobrze, że nie ma żadnych opóźnień… W Berlinie meldujemy się po 21:15 lokalnego czasu. Kilkanaście minut marszu do samochodu i kierunek Poznań. Gdy tylko wyprowadzam Michała na Schonefelder Kreuz zapadam w błogi sen. Jak dobrze, że tym razem nie muszę prowadzić auta… Szybki pitstop na pierwszym Orlenie i lecimy dalej. Widzę, że Michał ma ciężkie chwile więc odpuszczam spanie na siłę, trzeba pogadać. Dosyć szybko meldujemy się u mnie pod domem gdzie nasze drogi się rozstają. Żona na progu kieruje mnie prosto do wanny bo podobno ode mnie jedzie – nie upieram się, że jest inaczej 😉 Teraz tylko szybki sen i za 4 godziny pobudka do pracy. Poniedziałek zapowiada się fantastycznie…

Kolejne ultra za mną. Zdobyte doświadczenie i to co przeżyłem na trasie na pewno będą procentować w przyszłości. Technicznie nie był to jakiś mocno trudny bieg, no chyba, że taplanie w błocie można uznać za techniczne. Na pewno były to jak do tej pory najbardziej wymagające zawody od strony aury i warunków z jakimi przyszło mi się zmierzyć. Wyprawę do Lakes District na północy Anglii polecam każdemu kto lubi ciężkie biegi i przepiękne widoki. Myślę, że jedno i drugie będzie mieć gwarantowane 🙂 Dwie twarze biegu, przeciwstawne jak tytułowi doktor Jekyll i pan Hyde na pewno dodają mu konkretnego smaczku. A kto z ultrasów nie lubi odrobiny szaleństwa 😀

PS. Raz jeszcze gratuluję wyniku koledze Michałowi, dziękuję również za super wypad! Mam nadzieję, że uda się nam kiedyś wybrać jeszcze wspólnie w trasę. Do następnego!

Foto: James Kirby, Open Adventure

Lakes In A Day czyli doktor Jekyll i pan Hyde w wersji ultra…
avatar
%d bloggers like this: