Lipiec nadchodzi wielkimi krokami a wraz z nim kilka dłuższych wyzwań szosowych, w tym wyprawa do Walii. Zgłosiliśmy się na nią jakiś czas temu z kolegą Harrym wypadało więc coś zaplanować i razem potrenować. Jego przyjazd do Polski był idealną okazją do realizacji tego planu. Padło na miniony weekend i wyprawę w Karkonosze. Całą zabawę mocno starała się nam zepsuć zima, która na kilka dni przed planowaną datą stwierdziła, że wróci na salony. We wtorek mocno kiepskie wieści z południa Polski – śniegu pełno, wszystko zasypane, na pewno nie na szosę. Pozostało mocno śledzić rozwój sytuacji i wziąć pod uwagę alternatywy, które wypadały bardzo słabo.

Czwartkowy późny wieczór to odbiór z lotniska i składanie sprzętu oraz męska decyzja – jedziemy, jakoś to będzie! Piątek rano wczesna pobudka, montaż pożyczonych od kolegi Błajeta bagażników (serdeczne dzięki za pomoc!) i kierunek Lubawka. Prognoza – deszcze, śniegi, wichura i kilka okienek pogodowych – idealne wręcz warunki na szosę. Droga idzie szybko i sprawnie. Jedyny minus – nie było zbytnio czasu na zjedzenie czegoś konkretnego – za co przyjdzie mi zapłacić kilka godzin później. Około 13:00 meldujemy się na przejściu granicznym w Lubawce.

Przebieranie, przekazanie auta dziewczynom i można startować. Wieje, ale poza tym bardzo wiosennie i miło. Ruszamy na południe. Raz w życiu byliśmy tylko na przejażdżce rowerowej dlatego ustalamy szybko reguły gry – jedziemy bez spiny, spokojnym tempem. Pierwsze kilometry mijają bardzo szybko. W miejscowości Kalna Voda odbijamy na zachód na Mlade Buky a potem na Javornik i Rudnik. W sumie bez większych sensacji chociaż kilka podjazdów po drodze mocno nas rozgrzewa. Na dodatek słońce wychodzi zza chmur i zaczyna robić się nieznośnie gorąco. Przed miejscowością Cerny Dul zaczyna się główny podjazd tego dnia. Oryginalna wersja to 14 km i dostanie się na szczyt Cerna Hora i zjazd do Peca pod Śnieżką. Na około ósmym kilometrze odbija z głównej trasy droga idąca serpentyną w górę wzdłuż stoku narciarskiego. Powoli zaczyna przybierać śniegu, który zalega też na drodze. Na początku symbolicznie, ale im wyżej tym jest go więcej. Na jakieś 1,5 kilometra przed szczytem musimy podejść kilkadziesiąt metrów po śniegu do kolejnego zakrętu. Tam okazuje się, że dalsza droga będzie niemożliwa w związku z leżącym śniegiem.

Zawracamy i zjeżdżamy kolejne 10 kilometrów przez Janske Lazne do drogi #296 gdzie odbijamy na północ w stronę granicy. Dopada mnie lekki kryzys, ale na szczęście w Horni Marsov dopadamy na popas lokalne potraviny czyli czeski spożywczak. Po załadowaniu węgli i uzupełnieniu płynów w bidonach można zacząć wspinaczkę do granicy. Mamy przed sobą niecałe 20 kilometrów, ale podróż idzie sprawnie i dosyć żwawym tempem. W połowie drogi zaczyna się robić biało. Śnieg leży gęsto na polach i łąkach, ale drogi są przejezdne i w większości suche. Warunki idealne.

Gdy docieramy na Przełęcz Okraj czas na małe rozprężenie i kilka fot. Na wystawie północnej zalega wyraźnie więcej śniegu. Początek zjazdu do Kowar to posuwanie się krok za krokiem po topniejącym śniegu.

W niższych partiach można już się rozbujać co oczywiście czynimy. Same Kowary omijamy trochę łukiem by w Ściegnach odbić na Karpacz. Jeszcze gdzieś mylimy drogę i trafiamy pod hotel. 96 kilometrów to akurat w sam raz na pierwszy dzień – nie za dużo i nie za mało.

Teraz można się zregenerować i odprężyć. Wybieramy się więc na szybki wypad do centrum Karpacza aby spędzić kilka chwil w towarzystwie typowo angielskiego „pint’a” oraz kawalątku pizzy 😉 Wszystko jednak na spokojnie i z umiarem bo rano trzeba wcześnie wstawać.

Wieczorem zaczyna padać, leje przez całą noc – spodziewaliśmy się tego po prognozie. Przy śniadaniu towarzyszy nam jeszcze gęsty opad jednak prognoza ICM jasno wskazuje, że od 09:00 będzie okno pogodowe do wczesnego popołudnia. Dokładnie o 09:00 wystawiamy rowery przed wejście, szybkie ogarnięcie napędów, małe korekty i można lecieć na trening. Dzisiaj bardziej ambitny trening. W oryginale do zrobienia ponad 140 kilometrów jednak pogoda wyhamuje nasze zapędy. Jest zimniej niż poprzedniego dnia i wieje o wiele mocniej. Na dobry początek wspinamy się do Karpacza Górnego gdzie dobrze rozgrzani możemy trochę poszaleć na zjeździe do ul. Liczyrzepy. Tam krótka wspinaczka i zjazd do Podgórzyna Górnego. Przed nami największe wyzwanie tego dnia czyli podjazd przez Przesiekę do schroniska Odrodzenie. Martwi mnie trochę zalegający śnieg, ale twardo jedziemy w górę.

Przy szlabanie robimy mały przepak i można ruszać wyżej. Do szykany z Drogą Sudecką idzie całkiem sprawnie. Stromy odcinek ledwo bo ledwo, ale udaje się pokonać na raty. Potem małe wypłaszczenie i zaczyna się zalegający śnieg. Na początku słabo i do przejechania jednak po chwili musimy już butować a do szczytu jeszcze kawał drogi.

Kolega Harry nienawidzi dwóch rzeczy – chodzenia oraz śniegu… Stajemy po chwili by uzgodnić co robimy. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że cała trasa tego dnia bazuje właśnie na przedostaniu się na drugą stronę Przełęczy Karkonoskiej. Decyzja – idziemy. Widzę jednak, że jest to dla kolegi droga przez mękę. Po ponad godzinie brnięcia w śniegu po kostki docieramy na górę i robimy pauzę już po czeskiej stronie.

Morale dosyć ponure, ale ma być teraz już tylko lepiej. Za moment okaże się jednak, że nie jest to prawdą. Wszystko przez to, że zaczynamy ponad 20 kilometrowy zjazd przez Szpindlerowy Młyn aż do Vrchlabi.

Piździ nieziemsko, ręce tak przemarzają, że ciężko wcisnąć klamki hamulca. Stajemy w połowie drogi na szybką rozgrzewkę po czym lecimy dalej obserwując zawody w kajakarstwie górskim odbywające się na idącej wzdłuż drogi rzece. Wyglądało to naprawdę godnie – trzeba kiedyś spróbować! We Vrchlabi witamy kolejny podjazd z otwartymi ramionami. Przed nami 6 kilometrów spokojnej wspinaczki do Benecka. Po drodze mija nas jakaś ekipa z Pragi wyglądająca na łapaczy KOMów śmigająca pod górę za zderzakiem auta.

W samym Benecku czas na małą przerwę i rozprostowanie kości przy wyciągu. Widoki piękne, pogoda dalej dopisuje. Jest zimno i wieje, ale nie pada. Na dodatek czasem nawet zza chmur nieśmiało wyłoni się słońce. Z Benecka zjeżdżamy do miejscowości Dolne Stepanice po czym wdrapujemy się do Rokytna.

Dopada nas lekki kryzys jednak zjazd do Rokytnic nad Jizerou podnosi morale. Teraz już tylko 16 kilometrów wspinaczki do granicy z małą przerwą na uzupełnienie płynów na stacji paliw przed Harrachovem. Gdy mijamy po prawej skocznię zostaje nam już tylko niecałe 5 kilometrów do Jakuszyc. Zaczyna padać śnieg jednak nie jest to męczący opad. Ot tak sobie prószy… W Jakuszycach ostatni podjazd i można ruszyć na pazurki do Szklarskiej Poręby. Jedzie się bardzo miło i szybko tak więc w mgnieniu oka meldujemy się na dole.

Teraz już tylko foto na zakończenie i można zapakować rowery do auta. Po przebraniu w „cywilki” czas na mały posiłek regeneracyjny i powrót do Karpacza.

Wieczorem jakaś mała integracja jednak zmęczenie organizmu skutecznie odesłało nas do łóżek kilka minut po 22:00. Rano pożegnanie z hotelem i męcząca droga do domu a kilka godzin później pożegnanie gości na lotnisku.

Ciekawy wypad treningowy za nami. Do wyścigu w Walii zostały już tylko niecałe trzy miesiące. Pozostaje mocno trenować bo może to nie Karkonosze, ale jedno jest pewne – będzie co robić 😊 A wypad na szosę w Karkonosze po polskiej jak i czeskiej stronie polecam każdemu!

Karkonoski „tea time” na trzy miesiące przed wyścigiem w Walii
avatar
%d bloggers like this: