Od momentu gdy zapisałem się na Gran Trail Orobie targały mną różne myśli. Z jednej strony myślałem sobie – eeeee no 70 kilometrów i 4500 metrów przewyższeń nie powinno mnie zabić. Z drugiej strony coś mówiło mi, że to w końcu Alpy i bieg ten ma szansę okazać się jednym z najcięższych wyzwań jakie do tej pory wrzuciłem w swoją agendę. Jak można się łatwo domyślić przekorny los tak pokierował wydarzeniami, że zawody te na długo zostaną w mojej pamięci. Co ciekawe zarówno przez pozytywne jak i negatywne aspekty tej wyprawy 😉

Z Poznania do Berlina wyruszyliśmy tuż po godzinie w piątek 28 lipca po 03:00 nad ranem. Scenariusz ten sam czyli kilka minut pogadanki i Tomek odjeżdża na białą salę, a mnie witają kolejne słupki autostrady A2. Na Berliner Ring jestem już ledwo żywy. Zmęczenie, przeziębienie i brak snu dają mi się mocno we znaki. Na Schonefeld problem z tanim parkingiem i musimy zostawić auto pod terminalem za jedyne 30 euro za dzień… Dobrze, że nie lecimy na tydzień… Mimo wczesnej pory ruch na lotnisku ogromny.

Szybka i sprawna odprawa, kilkanaście minut czekania i samolot żegna się z niemiecką ziemią.

Lot wypchany jest do granic, ale udaje mi się oprzeć głowę o okno i złapać kilkanaście minut snu. Budzę się gdzieś już nad Alpami austriackimi. Widoki wspaniałe!

Pilot po kilku minutach zaczyna schodzić do lądowania w Bergamo. Na miejscu piękna pogoda, słońce i lekki wiaterek. Warunki wspaniałe, zwłaszcza jeśli człowiek pomyśli sobie, że w Polsce leje dzień w dzień przez ostatnie dwa tygodnie… Na lotnisku zamieniamy kilka zdań z napotkanym kolegą Markiem.

Kupujemy bilety i pakujemy się do autobusu jadącego do centrum. Po kilku przystankach wysiadamy w Bergamo i już na piechotę kierujemy się do biura zawodów mieszczącego się w hali PalaNorda.

Na miejscu z racji wczesnej godziny nie ma zbyt wielu osób. Standardowo jak to we Włoszech problematyczną kwestią jest dogadanie się po angielsku, ale w końcu udaje się podstawić nam kogoś mówiącego w języku Synów Albionu.

Od tego momentu wszystko idzie już sprawnie. Wydanie pakietów, kilka słów na temat zasad i harmonogramu oraz sprawdzenie sprzętu obowiązkowego dla każdego biegacza. Przebieramy się w bardziej letnie kreacje i ruszamy na północ do hostelu, który będzie naszą bazą wypadową.

Oczywiście jakby nie było znajduje się on prawie na samym szczycie góry, ale co to dla nas wytrawnych ultrasów 😉 Lekko zasapani docieramy na miejsce i rozbijamy się w pokoju przygotowując wstępnie majdan do porannego startu.

Tomek leci na trening, a ja próbuję złapać kilka minut snu. Czuję się bardzo słabo. Przeziębienie, które męczyło mnie po powrocie z Walii dało mi się jednak we znaki. Szybka drzemka i wyruszamy na taras dopełnić chillu w promieniach południowego słońca 😉

Robimy się już głodni tak więc czas na spacer do miasta. Oczywiście jest sjesta tak więc pozostają nam zakupy w jedynym działającym markecie. Na powrocie zatrzymujemy się też na bardzo oryginalne espresso i mniej oryginalnego, ale za to bardzo dobrego pszeniczniaka.

Jeszcze wspinaczka skrótem po schodach i możemy z pełnymi brzuchami ponownie postawić na przedstartowy wypoczynek zajadając się przepysznym arbuzem.

Jest już późne popołudnie tak więc trzeba dopakować plecak żeby wieczorem myśleć już tylko o starcie. Rzeczy do zabrania trochę jest. Wygląda na to, że pogoda będzie bardzo ciepło, ale regulamin mówi jasno co musimy ze sobą zabrać.

Mimo odpoczynku zmęczenie daje się nam dosyć mocno we znaki. Każda chwila wykorzystywana jest na szukanie drzemki.

Wybieramy się do centrum w poszukiwaniu kolacji. Zakupy zakupami, ale coś ciepłego też wypadałoby zjeść. Po burzliwej dyskusji trafiamy do Ristorante Pizzeria Garden. Jeśli ktoś kiedykolwiek będzie w Bergamo to niech unika tej knajpy jak ognia. Nawet jeśli będzie przymierał głodem. Pizza okropna, przystawki, które czekały na nas chyba z 15 lat i obrażony na cały świat właściciel… Porażka…

Niby najedzeni, ale jednak nadal głodni meldujemy się o zachodzie słońca w hostelu. Ostatnie sprawdzenie plecaków i można udać się na odpoczynek bo czeka nas znowu wczesna pobudka.

Wstajemy skoro świt, szybkie śniadanie i maszerujemy w kierunku PalaNorda aby wsiąść do autobusów mających wywieźć nas z Bergamo.

Na miejscu zbiórki jest już mnóstwo ludzi, a pierwszy autobus już wyruszył w trasę. Udaje nam się wskoczyć do kolejnego.

Do pokonania mamy niecałe 60 kilometrów. Widoki zapierają dech w piersiach. Kilka kilometrów przed celem podróży trafiamy na wąskie serpentyny gdzie utykamy naszymi autokarami na kilka minut.

Kierowcy dają jednak radę i po chwili nerwówki udaje się nam przebić. Do przepięknie położonej miejscowości Carona trafiamy około 7:30. Tomek oczywiście przespał całą drogę – nic nowego 😀

Mógłbym tu mieszkać. Cisza, spokój, góry, jezioro… Jest wszystko czego dusza zapragnie!

Przed linią startu kręci się już całkiem sporo osób. Ostatnie kwestie techniczne i losowe sprawdzanie obowiązkowego ekwipunku wśród uczestników.

Oczywiście przyszedł też czas na pamiątkowe zdjęcie i ustalenie szczegółów jak spotykamy się po biegu. Oczywistą kwestią było to, że Tomek przybiegnie do Bergamo dobre kilka godzin przede mną.

Włosi są strasznie głośni, cały czas gadają i nie potrafią się zachować w grupie. Cały czas ktoś mnie przepychał, kopał, deptał – no kuźwa czy nie widać 2-metrowego kolesia o wadze 100 kilogramów, że każdy się ode mnie odbijał? Jeszcze moment i trzeba by było rozpocząć akcję „Sprzedawca Liści” 😀 Postanawiam jednak, że skoro wszyscy odbijają się ode mnie to ja też nie będę się przejmował i również będę odbijał się od innych. Zadziałało!

Ostatnie selfie i rzut oka na profil. No góra sześć podbiegów i będę w domu 🙂 Interpretacja profili tras bywa zgubna tak więc nie doszukiwałem się szczegółów żeby nie dojrzeć czegoś czego nie da się odzobaczyć. Mimo wszystko w głowie byłem raczej spokojny i bez stresu podchodziłem do tego co mnie czeka… Ruszamy równo o godzinie 08:00

Bieg zaczyna się pętlą dookoła Lago Di Carona. Przebiegamy przez osadę gdzie dopingują nas dziesiątki jeśli nie setki ludzi. Mam wrażenie, że każdy mieszkaniec zdziera gardło wspomagając biegaczy. Po okrążeniu jeziora dobiegamy do miejsca startu i zaczyna się wspinaczka. Przed nami prawie 8 kilometrów podejścia i 1000 metrów przewyższeń.

Mocno się korkuje, ale gdyńska strategia „głowa nisko i łokciami” daje radę. Jest dosyć stromo, miejscami nawet bardzo. Teren od błota, przez korzenie po kamienie i skały. Na około 8 kilometrze docieramy do schroniska Laghi Gemelli gdzie znajduje się „średni” punkt odżywczy. Ogólnie bufety na trasie podzielone są na lekkie (napoje), średnie (napoje, owoce, przekąski) i ciężkie (napoje, owoce, przekąski, ciepłe jedzenie).

Jest przepięknie – minimalna ilość chmur, słoneczko, wiaterek doskonale chłodzący biegaczy, no i widoki!

Po kolejnych dwóch kilometrach docieramy na przełęcz położoną na 2200 m.n.p.m. Kilka kilometrów kamienistego zbiegu i docieramy do ciężkiego punktu mieszczącego się w schronisku Alpe Corte. Czuję się dosyć dobrze, kontroluję tętno i posuwam się do przodu.

Przed nami kolejna wspinaczka – jakieś 4 kilometry i ponad 600 metrów w pionie na Passo Branchino.

Gdy przebiegamy koło powyższego jeziorka mam wrażenie, że przełęcz przed nami to „ta” przełęcz. W jak dużym błędzie byłem dowiedziałem się po wdrapaniu na szczyt. Dobrze, że chociaż cała masa kibiców nie pozwalała na spadek morale gdy prawdziwy cel majaczył w oddali.

Wdrapanie się na przełęcz zajęło mi trochę czasu. Na górze kolejna duża grupa kibiców wspierających każdego biegacza. Na każdym kroku podejścia słyszałem – „Allez, allez Maciej!!!!”. Naprawdę przyznać muszę, że włosi może i się przepychają, ale atmosferę potrafią zrobić doskonałą.

Na górze skręcam w lewo na szlak Sentiero dei Fiori Alto. W nazwie niby jest to droga kwiatów jednak znalazłem na niej tylko kamienie. Trochę biegu góra dół i docieram do średniego punktu w schronisku Capanna 2000. Uzupełniam płyny i szybko ruszam w dalszą drogę. Podczas jednego z zeskoków po skałkach na około 20-tym kilometrze tracę równowagę i mam do wyboru zaliczyć „skok przez płot” z wysokości około dwóch metrów lądując zapewne twarzą w dół na kamieniach lub przykleić się do skały wyhamowując całe ciało. Druga opcja wydaje się o wiele bezpieczniejsza jednak podczas rozpaczliwej próby sklejenia nie daję rady wyhamować mego lekkiego ciała i nogi rozjeżdżają się na skale. Lewe kolano zostaje ustawione bokiem do kierunku lotu i po nieprzyjemnym odgłosie kojarzącym się z jedzeniem grillowanych udek kurczaka leżę na boku czując, że coś jest nie tak. Powolne wstawanie i wygląda na to, że jest OK. Gdy unoszę jednak lewą nogę do kroku przez zewnętrzną stronę kolana przeszywa mnie ciągnący ból. Rozchodzę… Mija kilometr i nadal kuśtykam. Płaskie odcinki nie są problemem, ból pojawia się przy podbiegach i zbiegach. Można sobie jednak łatwo wyobrazić, że trasa nie jest zbytnio płaska… W głowie szybka kalkulacja do mety zostało 50 kilometrów… Kuźwa 50 kilometrów… Z tą kontuzją zajmie mi to tyle co powrót do domu głównemu bohaterowi filmu „Jeniec: Tak daleko jak nogi poniosą”… Mam jednak 10 kilometrów do miejscowości Zambla gdzie mieści się ciężki punkt odżywczy i główny punkt kontrolny biegu. Te 10 kilometrów to obraz nędzy i rozpaczy. 5 kilometrów zbiegu przed samym punktem pokonuje ze łzami w oczach. Co chwila mijają mnie zawodnicy zatrzymując się i pytając czy wszystko ze mną w porządku. Bieg w dół powoduje tak silny ból, że pozostaje mi tylko powolny spacer. Przed samą miejscowością zahaczam nogą o korzenie i ląduję twarzą w korzennym szlaku. Wkurwienie i słabość sięgają zenitu. Mam ochotę pojechać do hostelu, położyć się spać… Kilometr i docieram na punkt. Tutaj kontrola obowiązkowego wyposażenia i siadam przy ratownikach medycznych czekając na swoją kolej.

Dzwonię do domu. Lekko zduszonym głosem uzgadniam z małżonką co począć w tej sytuacji. Z domu płynie jasny przekaz – zakończ to, dalszy bieg z kontuzją nie ma sensu i może spowodować naprawdę poważne konsekwencje. W głowie milion myśli na sekundę. Poddać się i dać ciała czy kuśtykać dalej. Głos w głowie mówi – „idź do karetki, zabiorą Cie do szpitala a potem do domu, po co masz się męczyć…” Nie przyjechałem tutaj jednak po to żeby przebiec 30, a 70 kilometrów. Nie mogę tego zrobić. Nie dzisiaj… No i wybiegam dalej. Czy była to rozsądna decyzja – pewnie nie – ale w tamtym czasie w głowie miałem tylko jedno. Nie poddać się i osiągnąć cel. Znaki mówią, że do kolejnego punktu są 4 kilometry. Ustalam, że pokonam ten dystans i zobaczę co dalej. Ja pierdziele co to były za cztery kilometry. Ściana płaczu jaka wyrosła przed nami zaraz po opuszczeniu punktu doprowadziła mnie prawie do palpitacji serca.

Wspinaczka na Passo della Forca miała tylko lekko ponad 3 kilometry i ponad 600 metrów w pionie… Pokonałem ją na wiele razy, odpoczywając kilkukrotnie na podejściu. Jakieś kilkadziesiąt razy myślałem o tym żeby zawrócić do punktu i się poddać. Zresztą wiele osób robiło to na podejściu – minąłem chyba z pięć osób rezygnujących z dalszej walki. Słońce paliło niemiłosiernie, a góra zasłaniała podmuchy wiatru. Istna kamienna patelnia. Na tym odcinku wypiłem i zjadłem wszystko to co miałem jeszcze w plecaku zostawiając tylko żele na „godzinę zero”.

Końcówka to już prawie pionowe podejście albo ja już byłem tak zgarbiony z braku sił. Na górze kolejna dawka potężnego dopingu, który poprawia moje morale. Ostry zbieg i lekki punkt odżywczy. Kolejne 15 kilometrów to bieg szlakiem ukrytym w lesie co pozwala odpocząć od słońca. W połowie wpadam na jakieś gniazdo os, które żądlą mnie w lewą nogę. Minus jest taki, że noga zaczyna puchnąć. Plus jest taki, że ból roznoszonego przez krew jadu pozwala zapomnieć o bólu kolana. Naprawdę mega mi to pomaga. Odcinek leśny nie jest jakiś bardzo techniczny jednak nadal wymaga skupienia i zabiera wiele sił. Jest mocno interwałowo. Mijam kolejne dwa punkty odżywcze na których myślę o poddaniu się jednak widzę, że jesteśmy wysoko w górach na odludziu więc i tak czeka mnie zejście w niższe partie. Skoro i tak będę musiał zejść to mogę dalej biec. Z tą filozofią w głowie kuśtykam dalej, głównie szybkim marszem… Jest wiele momentów zwątpienia, bólu i analizy tego czy warto dalej się męczyć. Wiele osób wspiera mnie przy spotkaniach przekazując pomocne informacje na temat trasy. Wrzucam kilka żeli po drodze bo czuję, że zaczyna mi spadać poziom cukru.

Na ciężkim punkcie w miasteczku Selvino zasiadam do mocniejszego posiłku. Pod nóż idą banany, żele, arbuzy, makaron z oliwą i parmezanem (co za ohydztwo) i zupa serowa (chyba…). Dla duszy za to aplikuję sobie dwa małe piwa. A co tam – zesram się a ukończę ten bieg 😉 Po odpoczynku ciężko wrócić do biegu. Kolano, które zdążyło ostygnąć boli tak, że posuwam się noga za nogą pod kolejny szczyt. Wdrapujemy się na grań gdzie dopada nas zmrok. Mijam kilku zawodników, którzy biegną Orobie Ultra Trail czyli trasę o długości 140 kilometrów… Są tak powykręcani przez ból, że ciężko na nich patrzeć. Na trasie będą zaraz drugą noc… Przyznać trzeba, że pierwszy raz jestem podczas biegu w nocy na trasie i to jeszcze gdzieś na grani. Jest to dosyć specyficzne przeżycie dla psychiki człowieka 😉

W oddali widać już Bergamo, ale do końca biegu zostało nam jeszcze dobre kilka godzin. Po ciemku docieramy do lekkiego punktu kontrolnego oddalonego 15 kilometrów od mety. Wrzucam picie do bidonów i kurtkę na plecy bo w oddali zaczyna grzmieć. Po chwili zaczyna padać. Kilka kilometrów dalej leje już bardzo konkretnie. Na punkcie odżywczym 10 kilometrów przed metą wiele osób robi przerwę czekając na poprawę pogody.

Jak się tu zatrzymam na dłużej to już nigdzie dalej nie ruszę. Rozmawiam na szybko z Tomkiem, który skończył już dawno bieg. Pada pamiętne – „teraz to już tylko asfalt, luzik”. Kolejne pięć kilometrów to oberwanie chmury i bieg wąwozem, którego piaszczyste podłoże zamieniło się w klejącą maź by po chwili zamienić się w rwącą rzekę. Do mety mam jakieś 6 kilometrów gdy zaczyna się wspomniany wcześniej asfalt. Pioruny walą tak blisko mnie i z taką intensywnością, że zapominam o całym bólu i zmęczeniu i biegnę niczym ociężały sprinter w kierunku mety.

Gdy docieram do długiego tunelu udaje mi się złapać oddech. Muszę przyznać, że naprawdę bałem się tej burzy jak cholera, gdy strzelała piorunami na lewo i prawo. Leje cały czas, ale teraz nie czuję już niczego. Wizja mety jest jak lekarstwo na całe zło. Na 3 kilometry do końca wbiegam już na uliczki Citta Alta. Po chwili odcina mnie totalnie, muszę przejść znowu do wolnego marszu. Wraca ból i zmęczenie. Jest to już jednak nieistotne…

Meta wynagradza wszystko… Jest późna noc, a całe mnóstwo kibiców gratuluje mi ukończenia. Czuję się jakby każdy z nich czekał specjalnie na mnie 🙂 Mój oficjalny czas po wszystkich korektach to 17:20:11 i miejsce #602 OPEN na 1026 zawodników, którzy wystartowali. Na trasie wycofało się … ponad 200 zawodników. Zwycięzca wbiegł na metę z czasem 08:17:28. Zabieram gifty finiszera i udaję się autobusem podstawionym przez organizatora do PalaNorda. Z tego miejsca już tylko niecałe 3 kilometry marszu do hostelu. Ten odcinek pokonuję jakbym wracał z wojny… W pokoju melduję się koło godziny 03:00 rano. Wszystkie łóżka są zajęte, a temperatura sięga chyba 50 stopni C. Ku radości pozostałych gości budzę wszystkich ładując się do łóżka. Kilka słów z Tomkiem i do spania. Nie mogę jednak zbytnio spać przez ból nóg.

Rano pobudka i śniadanie. Ledwo chodzę a wstawanie i siadanie to jedna wielka farsa z ogromną ilością bólu. Na szczęście pojawia się lekarz Tomek 😛

Cały dzień spędzamy na tarasie wygrzewając się w promieniach słońca i zajadając kanapki. Jest też czas na opowieści i wspomnienia z biegu. Tomek ukończył bieg #39 OPEN z czasem 11:17:05. Mega gratulacje!!! Drzemka i totalne lenistwo.

Po południu ruszamy w kierunku lotniska. Jakaś pizza, espresso i do hali odlotów. Tutaj smutna wiadomość – lot opóźniony jest o dwie godziny.

Gdy rozsiadam się w fotelu po zakończonym boardingu okazuje się, że szalejące burze nad Europą wywróciły cały rozkład lotów i czekamy prawie godzinę na pozwolenie na start na pasie.

To jednak nie koniec atrakcji… Jakąś godzinę po starcie pilot przekazuje nam mega news informując, że wszystkie lotniska we wschodnich Niemczech są zamknięte przez burze i zmuszeni jesteśmy lądować w Hanowerze……. Jest już po północy, a ja o 08:00 w pracy mam bardzo ważne spotkanie – bomba… W Hanowerze lądujemy około 01:00 w nocy. Tutaj przerzucają nas do autokarów i kolejne prawie 4 godziny spędzamy w drodze na Berlin. Szybka ewakuacja z autobusu, płacimy naszą dolę za parking ze złota i lecimy w kierunku Poznania samochodem. Jest prawie 06:00 rano. Nie dotrzemy do pracy na czas… Jadę na totalnym autopilocie, Tomek oczywiście śpi w najlepsze 😛 Już po polskiej stronie na stacji wlewam w siebie kubek kawy, który poprawia na moment sytuację. W domu jestem jak zombi. Żegnamy się z Tomkiem i każdy udaje się na mega pasjonujący dzień w pracy… W biurze melduję się tuż przed 11:00. To będzie bardzo długi dzień…

Podsumowując można powiedzieć jedno. Było diabelnie ciężko i technicznie, ale widoki i trasa wynagradzały cały trud. Wiele pracy przede mną bo treningi kolarstwa mają się nijak do biegania ultra. Przyjdzie pewnie kiedyś taki dzień gdzie trzeba będzie wybrać jedno lub drugie. Na ten moment ultra to tylko zabawa, ciężka, ale zabawa… Kolano powoli dochodzi do siebie, nie wiem jednak czy kontuzja ta nie odnowi się podczas kolejnego biegu, a coś tam jeszcze jest w kalendarzu 😉 Warto wspomnieć po raz kolejny o kibicach – byli wszędzie i o każdej porze. Dopingowali z całych sił i naprawdę robili konkretną atmosferę na trasie. Takiego dopingu nie miałem chyba jeszcze nigdy 🙂 Na GTO już pewnie nie wrócę bo nie powtarzam biegów, ale gdyby ktoś chciał się sprawdzić z ciekawą trasą w pięknych okolicznościach przyrody to polecam z całego serca!!!

Gran Trail Orobie – włoski test charakteru…
avatar
%d bloggers like this: