Decyzję o starcie w Radkowie podjąłem już dobre kilka miesięcy temu – jeśli dobrze pamiętam po konsultacji z Tomkiem. Konsultacja była dosyć krótka – „….jak to nie dasz rady, jak dasz…” No to się zapisałem 😉 Wrzesień nadszedł szybko, w międzyczasie zrobiłem ze trzy rozbiegania i wziąłem udział w zawodach na całe 5 km i w sierpniu na 23 km w Górach Izerskich. Przygotowany byłem więc prawie wybitnie 😉 W zeszły piątek wyruszyliśmy zatem w drogę do Kotliny Kłodzkiej tuż po 14:00. Korki już męczyły, ale nie było strasznie. Zabawa zaczęła się dopiero we Wrocławiu gdzie stanęliśmy w korku na Bielanach. A to tylko dlatego żeby kupić gwizdek, którego nie miałem a był obowiązkowym elementem wyposażenia 🙂 Już z najdroższym gwizdkiem na świecie na pokładzie wyruszyliśmy w dalszą podróż na południe przebijając się przez ogromne korki. W końcu po 5 godzinach jazdy dotarliśmy nad zalew do Radkowa, odebraliśmy pakiety, posłuchaliśmy trochę odprawy zawodników i pojechaliśmy poszukać naszego noclegu.

dsc_0336Domek nasz znajdował się ze 150 metrów od linii startu, taki o górski, trójkątny, cały wykonany z drewna gdzie gdy ktoś z nocujących mrugnie okiem to połowa konstrukcji się trzęsie. Poznanie z resztą ekipy, szybkie piwko i można udać się na wyciąg. Takie były plany jednak nic z tego nie wyszło. Za oknem dwie panie o rubensowskich kształtach spożywały napoje wysokoprocentowe i darły papę całą noc, ostro flirtując z dwoma osobnikami przeciwnej płci. Wrzesień, rykowisko… Czy odbyły się gody jednak nie wiem bo przysnąłem na chwilę, niestety po naszym domku co chwila ktoś chodził do kibelka czy coś podjeść i całość trzęsła się w posadach. Tym oto sposobem ledwo żywy i mega pozytywnie nastawiony siedziałem już na skraju łóżka przed 06:00 rano. Tomek też wyglądał na mocno „wyspanego”, rozumieliśmy się doskonale bez słów. Śniadanie, przygotowanie sprzętu i wymarsz z domku o 6:50 bo o 7:00 start. To się nazywa luksus. Jest jednak jeden pozytyw – miało lać już od wczesnych godzin porannych a tu czasem nawet przez chmury przebija się słońce.
W sektorach mnóstwo ludzi. Miało nas biec jakieś 450 osób, zjawiło się chyba tylko trochę mniej. Chłopaki z domku wyższa półka wiec stanęli na początku, ja jako plankton zamykałem stawkę. Po chwili wystrzał i start, milion myśli w głowie. Główna – „…przede mną 54 km trasy i 1800 metrów przewyższeń, szybko zleci, przecież to tyle co jakiś pierwszy lepszy z brzegu Bike Maraton na dystansie MEGA, kilka godzin i będę na mecie, tylko spokojnie i bez szaleństw na początku…” Tak targany myślami podczas przebiegania tamy na zalewie zauważyłem, że wyprzedzam wiele osób, coś za dużo ich.

Tempo na zegarku 06:00 – oj muszę zwolnić. Mijają pierwsze dwa kilometry. Po chwili wpadamy do lasu gdzie zaczyna się pierwszy podbieg. Początek spokojny, idzie bardzo gładko. Po chwili jednak jest już całkiem ostro, i kamieniście. Można jednak spokojnie wdrapać się na górę, ale ludzie strasznie się wleką. Gdy w połowie podbiegu natrafiamy na powalone drzewo większość zachowuje się jakbyśmy mieli tam czekać na ciężki sprzęt do zrobienia przejścia. Tak więc myk myk bokiem i jestem na górze, lekko zasapany ale ze dwadzieścia pozycji dalej 😉 Przede mną zbieg gdzie znowu nabieram prędkości. Kolejne 10 kilometrów to pomykanie po ścieżkach i drogach Parku Narodowego Gór Stołowych z małą przerwą na banana na bufecie.

imgp3976Na kolejnym bufecie uzupełniam już wodę i izo w bukłaku i ruszam dalej. Jest korzennie, czasem błotniście, czasem kamieniście, ale bez większych różnic w pionie. W okolicy 15 kilometra czas na zbieg i podbieg w okolice miejscowości Batorów. Kolejny odcinek to zbieg w kierunku miejscowości Dolina a następne trzy kilometry to podbieg i znowu lecimy w dół w okolicach dworca kolejowego w Dusznikach Zdrój. Skręcamy ostro w podwórko jakiegoś większego domu i zaczyna się pięć kilometrów podbiegu w okolice Zamku Homole na Wzgórzach Lewińskich. Początek dosyć ostry, wszyscy zbroją się w kijki, po chwili jednak jest już całkiem znośnie. Na tym odcinku znajduje się też kolejny bufet gdzie uzupełniam bukłak oraz wrzucam w siebie trochę coli i bananów.

Na 27 kilometrze zaczyna się pięć kilometrów zbiegu. Początek jest całkiem znośny jednak po pewnym czasie zaczyna nie to lekko denerwować 😉 nogi nie wyrabiają czasem za strategią obraną przez górną część ciała… Kolejne cztery kilometry to dwie większe zmarszczki z bufetem we wsi Jerzykowice Wielkie. Tutaj łapię już za żele na bufecie bo czuję, że nadciąga pierwszy kryzys. Do tego momentu w głowię liczę sobie cały czas opcje czasowe ukończenia tych zawodów. Chciałbym się zmieścić w 8 godzinach, zegarek pokazuje jednak, że jeśli utrzymam tempo to powinienem wykręcić 7 godzin lub nawet ciut mniej. Życie jednak bywa dosyć okrutne dlatego nie nastawiam się jakoś mocno na nic lepszego niż pierwotne założenia 8 godzin. W pamięci mam zresztą maraton w Poznaniu, jakby nie było nie po górach, gdzie na 21 kilometrze stwierdziłem „pff… z palcem w nosie to zrobię…” po czym ledwo nie umarłem kilka kilometrów dalej a sam maraton ukończyłem bez życia po 5 godzinach. Tak czy owak jestem na 35 kilometrze, przecinam Drogę Stu Zakrętów na obrzeżach Kudowy Zdrój i zaczynam najmocniejszy podbieg na całej trasie. Odcinek pięciu kilometrów przez Jakubowice aż do Błędnych Skał.

Podbieg na początku nie jest jakiś straszny, w połowie jednak zamienia się w kamieniste gruzowisko poprzecinane korzeniami. W moich butach na asfalt nie czuję w ogóle podłoża i odbijam się od wszystkiego jak kauczukowa piłeczka. Co chwila mam wrażenie, że trzaśnie mi kostka. W lutym na Zimowym Półmaratonie Gór Stołowych biegłem dłuższym kawałkiem tego odcinka w starych butach trailowych i mimo kilkukrotnie gorszych warunków biegło mi się o niebo lepiej. W końcu docieramy do Błędnych Skał i zaczynamy zbiegać w kierunku granicy z Czechami przez Ostrą Górę. Ten odcinek tez nie należy do łatwych dla mnie. Buty odbijają się od wszystkiego i czekam tylko kiedy coś zwichnę. Jestem na 45 kilometrze, optymizm chyba już ze mnie wyparował. Na dodatek zaczynam podbieg pod Pasterkę, który znam doskonale w odwrotnym kierunku jako RZ z MTB Trilogy. Maszeruję prawie cały ten odcinek, strasznie mi się dłuży. Na dodatek żeby było weselej zaczyna padać. Gdy wbiegam na łąki koło Pasterki jestem już mega padnięty. Na bufecie wrzucam trochę coli i dwa żele. Kolejne kilometry to bieg z pięknym widokiem na Szczeliniec Wielki i ostatnie mocne zbieganie po mokrym szlaku. Na kamieniach trzeba uważać, nogi już mocno szwankują. Dobijam do asfaltu i patrzę na zegarek. Ostatni podbieg i meta – mam już przekulane 53 kilometry. Za asfaltowym podbiegiem jednak mety nie ma a ciągnie się czeska wieś. Kolejny kilometr asfaltem, deszcz leje już bardzo mocno. Krople spłukują mi sól z czoła do oczu powodując mega pieczenie. Na dodatek mój organizm zaczął podważać ilość zjedzonych żeli no i wchodzę powoli w fazę świstaka. Lepiej być nie mogło na finiszu 😉 W końcu granica i ostatnie metry do mety. Most przecinający zalew i ostatni na dzisiaj podbieg, pod linię mety.

Oficjalny czas to 7:43:31 i miejsce #221. Wiadomo do pudła ciut zabrakło, ale jak na debiut bez treningów tragedii nie ma. Odbieram zasłużony medal i koszulkę. Na początku kilka oddechów relaksacyjnych i kontrola systemów. Nie czuję się jakoś mega tragicznie zmęczony, ale nogami nie mogę prawie ruszać. Spotykam kolegów, którzy już ukończyli zawody, kilka fotek, trochę rozmów o trasie i posiłek regeneracyjny. Przyznać muszę, że jedzonko bardzo mi smakowało 😉

Jako finiszer mogę też usiąść na tronie Króla GUR 😉 Teraz już tylko rozciąganie i prysznic po którym padam na łóżko. Muszę się jednak ruszać bo nogi w bezruchu zamieniają się w masę, której nie można ruszyć. Wieczorem piwko na rozluźnienie zakwasów i po pizzy, która jechała do nas trzy godziny można udać się spać. W domku obok prawilni chłopcy pod wpływem różnych substancji robią mega grandę na szczęście jestem jednak zbyt zmęczony żeby zwracać na te ekscesy uwagę. Rano pobudka i śniadanie – chodzenie to dla mnie nie lada wyzwanie… Po śniadaniu próbuję się rozruszać i idę na start zawodów dziecięcych oraz trasy 24 km. Cały czas pada a na całej okolicy usiadła mgła. Warunki o wiele gorsze niż dzień wcześniej. Po starcie 24-ki pakujemy się do auta i wyruszamy do domu, pod drodze odstawiając koleżankę na pociąg do Wrocławia. Po godzinie 15:00 meldujemy się w Poznaniu.

Wrażenia? Suuuuuper – mimo początkowych oporów i lekkich obaw o moje bieganie było wyśmienicie. Może i uczyłem się na nowo chodzić jeszcze przez trzy dni po biegu, ale było warto. Widoki, poznani ludzie, trasa, organizacja, zdobyte doświadczenie. To wszystko sprawia, że w głowie są już plany kolejnych startów w ultra. Co z nich wyjdzie zobaczymy – jedno jest pewne, trzeba zacząć więcej biegać 😉

Garmin Ultra Race Radków czyli solidne zakończenie sezonu
avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
sportujesie.pl Recent comment authors
sportujesie.pl
sportujesie.pl

Mistrz !

%d bloggers like this: