Co jakiś czas podejmuję próby podciągnięcia umiejętności panowania nad swoim ciałem i rowerem w ciut trudniejszych warunkach. Największą przeszkodą w tych treningach jest głowa, która każdego razu bardzo mocno stara się podkreślać, że według wszelkich poznanych w szkole praw fizyki bryła o wysokości 2 metrów, szerokości 1 metra i wadze ponad 100 kilogramów nie posiada odpowiednich właściwości aerodynamicznych poszukiwanych w enduro. Wtóruje jej w tym wszystkim mój hardtail, który ewidentnie zdaje się wołać od mnie z wieszaka – „…proszę nie rób mi tego, pojedźmy nad Rusałkę…”. Rozwijać się jednak trzeba podejmując kolejne próby dlatego już jakiś czas temu zaczęliśmy planować wyprawę w okolice Mieroszowa. Ta mała miejscowość leżąca u podnóża Gór Suchych jest dobrze znana w środowisku enduro, jednak większość normalnych zjadaczy chleba pewnie nigdy o niej nie słyszała. Daleko nie patrząc, dla mnie samego, do zeszłego roku było to też jedno z miejsc, które ciężko byłoby wskazać palcem na mapie podczas olimpiady geograficznej. Wszystko zmieniło się jednak w trakcie lipcowego Specialized MTB Trilogy kiedy to po bardzo ciężkim prologu pierwszy etap zniszczył mnie fizycznie i psychicznie właśnie w pięknych i malowniczych nomen omen okolicach Mieroszowa. Temperatura +40 stopni Celsjusza, palące słońce bez grama chmurki, trasa dla wariatów z OSami powodującymi zawroty głowy i specyficzna nawierzchnia. Właśnie to luźne, melafirowe podłoże powoduje, że jazda po okolicy nastręcza czasem wiele problemów z utrzymaniem się na rowerze podczas zjazdów nie mówiąc już o prawidłowym torze jazdy. Biorąc to wszystko pod uwagę, dorzucając kluczowy aspekt, iż treningi zrobię z zawodnikami o wiele ode mnie mocniejszymi, gdzie na dodatek jeden z nich jest bożyszczem naszych, sekcyjnych adeptów enduro decyzja mogła być tylko jedna – jedziemy z noclegiem na weekend 2/3 kwietnia.

Niecałe cztery godziny snu z piątku na sobotę i o 4:45 pakuje rower do auta kolegi Błajeta, azymut Wilda i kolejny rower na aucie. Rudy wsiada lekko niewyspany – koszmary o intensywnych opadach śniegu w Mieroszowie podłamały go lekko psychicznie. Nie będzie jednak zmęczony na szlaku, bardzo towarzysko zasypia zaraz po trzaśnięciu drzwiami by obudzić się na parkingu pod Biedronką w Mieroszowie gdzie uzupełniamy prowiant na pobyt komentując, że droga ekstra a i szybko mu minęła…. Wracając do pogody, na szczęście na cały weekend pani Chmurka zapowiedziała wspaniałą, słoneczną aurę – prognoza sprawdziła się w stu procentach.

Mimo, że dopiero 9:00 rano właściciele nie robią żadnych problemów z dobą hotelową i rozbijamy obóz w Ośrodku Wypoczynkowym Leśne Źródło w miejscowości Sokołowsko obok Mieroszowa. Mogę z czystym sumieniem polecić każdemu kto szuka niedrogiego ale schludnego noclegu na wypad rowerowy czy trekkingowy w najbliższej okolicy Parku Krajobrazowego Sudetów Wałbrzyskich. Szybkie rozpakowanie, przegląd sprzętu i wyruszamy w poszukiwaniu OSów z ubiegłorocznych zawodów Enduro EMTB.pl. Ja na sztywniaku, koledzy na fullach skrojonych pod szaleństwa na trudnych trasach – myślę sobie przynajmniej nie muszę wwozić dodatkowych kilogramów sprzętu na górę, moja żywa waga w zupełności wystarczy 😉

Udajemy się na najbliższy OS #7 – początek jednak nie napawa optymizmem. Trasy dojazdowe rozorane przez ciężki sprzęt w związku z prowadzoną zrywką, wszędzie trzeba przedzierać się przez powalone pnie, gałęzie, błoto po kostki. Na dodatek błądzimy cały czas szukając ścieżek na śladzie GPXa. Jeśli tak ma być cały czas to może nie ma sensu się tu męczyć… Może pojedziemy na Rychleby czy nawet na Ślężę…? Trzeba jednak wziąć się w garść, to nie domowe przedszkole, zostajemy – oby dalej było lepiej. Symbolem tego dnia będzie kolega Błajet skupiony nad ekranem telefonu wskazujący azymut dla całej wyprawy. Statystycznie rzecz ujmując wyjmie ten telefon jakieś 140 razy, po 20 razy na każdy odcinek. Wdrapujemy się finalnie na jakieś wzniesienie, trochę marszem, trochę w siodle ale jesteśmy u bram OS’u #7. Na dobry początek i rozgrzewkę pokaźna ścianka ze śliskiej skały wpadająca niemalże pionowo w iglasty zagajnik.

Dalej wcale nie płasko ale już bardziej po korzeniach i ziemi wymieszanej z igliwiem czyli jak ktoś gruchnie to z większą przyjemnością przynajmniej. Porównując wszystkie za i przeciw decyduję się pokonać owe terenowe uciechy z buta co wcale nie jest takie łatwe. Ześlizguję się w dół i czekam na resztę ekipy.

Nie trzeba czytać z gwiazd żeby przewidzieć, że jedyną osobą, która podjęła próbę zjazdu po ściance był kolega Błajet. Nasz mentor i chodząca skarbnica wiedzy tematów związanych z enduro – w końcu bawił się już w skakanie po hopkach, dropach i ściankach nim Kasia Kowalska zaśpiewała utwór „Chcę znać swój grzech..” podczas Eurowizji w 1996 roku.

Próba kolegi zakończyła się doskonałą ilustracją dla powiedzenia „przypierdolił jak dzik w sosnę” co jednoznacznie utwierdziło nas z kolegą Rudym w przekonaniu, że teren jest bardzo trudny. Odcinek #1 pomijamy gdyż prowadził w oryginale przez budynek Urzędu Gminy w Mieroszowie gdzie ciężko byłoby obecnie przejechać. Kolejne OSy nie były już tak straszne i śliskie jednak nie oznacza to, że wszystko zjechałem. Koledzy buszowali ostro, ja z lekkim dystansem pamiętając o fizyce bryły. Niektóre odcinki naprawdę przyprawiały o szybkie bicie serca. Odcinek #2 chyba najspokojniejszy z testowanych kończący się w okolicy miejscowości Kowalowa. Mała regeneracja w punkcie widokowym pod Stożkiem Wielkim. Dalsze podejście bardzo strome i mozolne bo ciężko wjechać dalej po ostrych kamieniach, trzeba prowadzić. Pierwsze wrażenie gdy wdrapaliśmy się na start odcinka #3 – jesteśmy chyba z 2000 metrów nad wsią do której musimy zjechać 😉 . Widok i pomysły na zjazd naprawdę robią rozbudzają wyobraźnię. Początek trochę chodzony przez zalegający śnieg i zaciśnięte pośladki ale potem nawet jakoś poszło.

No może poza mocnym przyłożeniem o kamienie w moim wykonaniu na końcówce zjazdu gdzie zbiłem prawą stronę ciała. Czwarty OS to ciut większy flow, trochę lasu i odpoczynku dla ciała i sprzętu. Jadąc dalej przejeżdżamy przez miejscowość gdzie śpimy. Zapada decyzja o postoju na uzupełnienie wody i kalorii podczas obiadu. Placek po węgiersku i kawa podnoszą morale. Teraz czas na dwa ostatnie odcinki.

Trochę się jedzie dojazdówkami ale finalnie docieramy pod tajemnicze okolice Zamku Radosno. Początek bardzo stromy i kamienisty przechodzący w korzenny zjazd do strumyka. Nie daje rady zjechać na początku. Rudy próbuje ale też odpuszcza, kolega Błajet wiadomo z palcem w nosie i uśmiechem na ustach.

Chwila odpoczynku pod znakiem „Śnieżka 35 godzin” ze wspomnianym szczytem majaczącym bielą śniegu w oddali. Teraz dojazd na OS #6 i wspinaczka po śniegu na Włostową przez Kostrzynę.

Byłem już tutaj w zeszłym roku. Wracają wspomnienia z MTB Trilogy 2015. Wtedy środek dnia, jakieś 50 stopni w cieniu, kurz, pył i walka o przetrwanie – teraz ostatnie promyki zachodzącego słońca, znośna temperatura, mocny wiatr, zalegający miejscami śnieg i również walka o przetrwanie 🙂

Ten OS jest bardzo specyficzny. Creme de la crème Mieroszowa, przez strasznie luźne podłoże ma się wrażenie, że zjeżdża się po nasypie kolejowym. Odgłos tysięcy małych kamieni lecących razem z Tobą w dół przypomina jakby zjazd po klockach lego. Początek za ciężki dla mnie i Rudego – Błajet wiadomo.

W końcu i Rudy próbuje, mija mnie. Myślę sobie raz się żyje, nie mogę być gorszy. Meldujemy się wszyscy na dole we wspaniałych nastrojach, szczęśliwi. Rudy załapał takiego bakcyla, że powtarza cały czas – ja chcę jeszcze raz, ja chcę jeszcze raz 😉 Odpuszcza jednak bo zanim wdrapie się na górę będzie już ciemno. Szybka sekcja przez las i okazuje się, że wylatujemy zaraz przy noclegu. Bomba! Lepiej być nie mogło.

Ogarniamy sprzęt. Teraz czas na kolację, szybki smak czeskiego piwka i przed 22:00 wszyscy już śpią. Prawa strona gwiżdże i prawa strona chrapie – cóż za nocna kakofonia w wykonaniu jednego z kolegów.

Rano pobudka o 07:00, śniadanie, pakowanie i wyjazd. Około 09:00 meldujemy się pod twierdzą w Srebrnej Górze. Auto zostawiamy na końcu tras enduro na dolnym parkingu. Ludzie zaczynają się już zjeżdżać, nie będziemy tu grasować samotnie jak dzień wcześniej w Mieroszowie. Szybka pogawędka z Piotrkiem Kurczabem i gratulacje za Akademickie Mistrzostwo Świata. Podbija do nas kolega mieszkający w okolicy, będzie naszym przewodnikiem. Super! Nie trzeba będzie patrzeć co minutę na GPX.

Pierwszy wjazd na górę i wybieramy trasę A jako pierwszą. Miła rynna w fosie na początku gdzie musimy usunąć z drogi gałęzie z powalonego drzewa. Potem mostek i szalona jazda w dół z kilkoma hopami, które staram się omijać przez wgląd na sprzęt. Raz czy dwa nie daje jednak rady i muszę przelecieć przez hopę. Tylni trójkąt w obu przypadkach aż jęczy z bólu. Sama trasa bardzo fajna, dobra dla początkujących jak ja. Specyfika tego dnia zupełnie inna – w Mieroszowie dużo błądzenia, chodzenia, czajenia tutaj można dorzucić trochę do pieca i popędzić w dół. Oczywiście z głową na karku.

Teraz czas na naukę skakania na hopach postawionych przy parkingu pod bacznym okiem Błajeta. Takiej okazji nie można zmarnować i trzeba się przełamać, popróbować, łatwiej już nie będzie. Drugi podjazd i trasa C. Zostaję w rynnie z hopkami przy skrzyżowaniu aby porobić foty kolegów jadących z góry. Jedziemy raz jeszcze do góry i już razem lecimy C. Na początku dwie strome ściany z korzeniami. Tylko ja mijam je bokiem, może następnym razem. Reszta super – jest prędkość, jest flow, są emocje. Druga część bardzo malowniczo prowadzi wzdłuż murów twierdzy i fosy wpadając w las iglasty gdzie rynną w dół dolatuje się z prędkością światła do hopy prowadzącej do potoku.

Kilka fotek latającego nowo poznanego kolegi i Błajeta i zjazd do auta. Ponownie do góry i zostaje nam trasa B. Mieszanka A i C. Bardzo spokojna ale na pewno nie nudna, szybka przede wszystkim. Najpierw bukowy las, potem sekcja mieszana i ostatni odcinek doliną wzdłuż strumyka. Wszystko zakończone przeciskaniem się przez gęsty iglasty zagajnik i zakończenie na parkingu koło samochodu. Teraz już goni nas czas. Przebranie, rowery i bagaże do auta. Żegnamy się z kolegą, któremu strasznie zazdrościmy bo na Srebrną Górę ma 10 minut jazdy autem… My niestety prawie 5 godzin…

W Poznaniu meldujemy się po 18:00, zostaje jeszcze trochę czasu na ochłonięcie i spędzenie czasu z rodziną.

Serdeczne podziękowania dla współtowarzyszy podróży za super wypad i mocny trening. Dla kolegi Błajeta za cenne wskazówki, uwagi i korekty złych zachowań podczas zjazdów – bardzo wartościowa lekcja – oraz za pomoc przy sprzęcie. Dzięki również za bezpieczny transport w obie strony.

Każdemu kto nie był w Mieroszowie czy Srebrnej Górze na trasach enduro a lubi pobawić się w tym klimacie polecam te miejsca. Znajdzie się miejsce dla tych, którzy lubią odcinki całkowicie naturalne i dzikie oraz dla tych, którzy lubią pośmigać na trasach zbudowanych przez lokalnych zapaleńców. Na pewno nie będziecie zawiedzeni!

H.

Endurowe A B C…
avatar
%d bloggers like this: