Już od jakiegoś czasu kusiła mnie mocno chęć wzięcia udziału w zawodach enduro. Ten pierwszy raz musiał kiedyś nadejść. Dlatego dwa tygodnie temu decyzja o wypadzie do Przesieki zapadła dosłownie na pniu. Stwierdziłem – a co tam pojadę i zobaczę jak to jest. Założenia taktyczne – potrenować w ciężkim terenie przed lipcem, nie zepsuć niczego w sprzęcie jak i sobie przed lipcem, dobrze się bawić, przejść chrzest bojowy, przeżyć…

Na południe Polski wyruszyliśmy z kolegą Michałem w piątek po pracy. Na spokojnie, bez ciśnienia, z regulaminowymi przerwami – meldujemy się w Pensjonacie Marzenie na kilkadziesiąt minut przed północą. Rowery zapakowane do schowka gdzie dostrzec można wiele sprzętów przygotowanych do ciężkiej walki. Rozbijamy się w pokoju, trochę czasu na gawędę i do łóżek. Rano pobudka, śniadanie, przygotowanie sprzętów i wymarsz. Do miasteczka startowego mamy rzut beretem.

Na parkingu przed biurem zawodów spotykamy kolegę Rudego, który przyjechał bezpośrednio na zawody po nocce z pracy, Pana Kota oraz kilku innych znajomych. Trochę rozmów o życiu, o tym co nas czeka i o warunkach. Zaznaczyć trzeba, że w Przesiece lało i to bardzo intensywnie kilka dni przed zawodami. Każdy zdawał sobie sprawę, że mimo tego, iż od rana mocno świeci słońce nie oznacza to, że trasa wyschnie 🙂

Przed godziną dziesiątą na trasę dojazdową zaczęły wyruszać kolejne grupy. Pan Kot władający numerem 1, przyznanym zgodnie z aktualnym rankingiem Mistrzostw Świata, ruszył w góry jako pierwszy po szybkiej i pełnej profesjonalizmu analizie mapki OSów, którą każdy ze startujących dostał przy odprawie od organizatorów.


W grupie trzeciej na trasę wyruszył kolega Michał. My z Rudym udaliśmy się na rozgrzewkę i snuliśmy się po okolicy w oczekiwaniu na swoje grupy. Kolega bardzo przejęty przed startem warunkami, trudnością trasy itd… Czasami jakbyśmy mieli zaraz polecieć w nieznane na pierwszą załogową misję na Marsa. Przekazałem mu, że mimo, że nie było tam plakietki „zawody enduro” to przecież był już na takich trasach a nawet cięższych – vide Mieroszów – przeżył, dobrze się bawił, co chciał to zjechał, co chciał to zszedł… Tu nikt go przecież nie wyśmieje czy nie zastrzeli jak zbiegnie kawałek trudny technicznie a na dodatek jestem pewien, że i tak pójdzie mu lepiej niż mi. Tym sposobem dotrwaliśmy do startu grupy #10 gdzie przyszła kolej na mnie. Pożegnałem się z Rudym, który startował w grupie #11 i ruszyłem pod górę w kierunku schroniska Odrodzenie.

OS #1

Pierwsze cztery kilometry tej trasy pokonywałem już na zgrupowaniu kolarskim kilka miesięcy temu tylko, że pieszo w formie przebieżki. Ot asfaltowy odcinek ciągnący się pod górę raz stromiej raz bardziej łagodnie. Jedyna zmiana to sceneria – wtedy był to koniec zimy teraz początek lata. Cały dystans postanowiłem poświęcić na realizację założeń treningowych przeznaczonych na ten dzień. Po wspomnianych czterech kilometrach dojazdówka skręcała o 180 stopni w las po kamienistej drodze zlanej wodą i błotem. Tu dopiero zaczęła się zabawa. Przynajmniej coś zaczęło się dziać po nudnym asfalcie. Droga po chwili zamieniła się w jedno wielkie bagno z błotem po kolana gdzie tylko czasami można było spokojnie przejechać bez opcji utopienia się z rowerem. Myślę sobie – zaczyna się super 😀 Po kolejnych dwóch kilometrach zmagania z ciężkim terenem stanąłem w kolejce do startu pierwszego OSu. Przede mną grupa #9, było trochę czasu na przygotowanie sprzętu i siebie samego zarówno w strefie duchowej jak i fizycznej. Ochraniacze zapięte, kask poprawiony. Kolejnych dwóch zawodników przede mną zrywa łańcuchy na pierwszych metrach odcinka. Czuję lekkie mrowienie w brzuchu, ale na pewno nie są to motylki. Spisany numer przez sędziego i start, poszli!!!!! Ruszam trawersem w dół zbocza. Bez zbędnego wprowadzenia i gry wstępnej, na ostro, pierwsze kilkadziesiąt metrów to bardzo kamienista sekcja, która wywraca wszystko to co zaplanowałem sobie w głowie do góry nogami. Gdy pierwszy głaz wybija mnie z rytmu staram się tylko jakoś przedostać na drugą stronę tej przeszkadzajki, przecież za chwilę musi być lepiej. Technika jazdy pozostawia wiele do życzenia. Styl bardzo dowolny – przez chwilę nawet prawidłowo, potem już „na elektryka” z trzema punktami podparcia, no i obowiązkowo „na czarownice” czyli jeszcze w siodle, ale już odpychając się obiema nogami. Dwa razy wbiłem się też gdzieś kołem w skały i musiałem metr czy dwa przebrnąć pieszo. Warto zaznaczyć, że to wszystko na odcinku max 500 metrów… Po tym wszystkim w głowie miałem same niewybredne epitety i czarne myśli co do mojej kariery w enduro jednak jechać trzeba – będzie lepiej. Kolejną atrakcją były zalane błotem kłody drewna ułożone wzdłuż kierunku jazdy występujące co jakiś czas. Działały jak gorsza wersja kolein – jeśli wpadłeś w dany tor jazdy, nie było opcji z niego wyskoczyć bez nagimnastykowania się lub podpórki. Kolejne kamienie i muszę przepuścić koleżankę lecącą o wiele szybciej niż ja na trasie.

Udało się i mogłem rozkoszować się sam na sam trasą. Okres rozkoszy zakończył lot przez kierownicę gdy zapomniałem o tyłku w dole na kamienistej sekcji. Pozrywane mocowania linek na ramie i wiszące luźno kable, poza tym bez strat własnych. Chwila spokoju i wpadam na dosyć ostry zjazd zboczem, które wygląda jak połączenie terenu katastrofy tunguskiej z terenem po przejściu tornada o sile F5 i zawodach drwali Stihl Timbersport Series.

Wybranie odpowiedniego toru nie jest zbyt łatwe – oczywiście wpadam między jakieś wyrwane pieńki i konary drzew, które muszę przeskoczyć. Lecę w dół w kierunku drogi. Przed drogą stoi miły pan machający ręką, który głośno informuje o tym, że trzeba uważać bo na końcu zjazdu jest rów. Porada dla zaczynających zabawę z tym sportem – jeśli na zawodach enduro ktoś stoi pośrodku niczego i krzyczy, że trzeba uważać bo jest rów i jest niebezpiecznie to naprawdę jest tam rów i naprawdę można sobie zrobić kuku.

Jako, że mam długie nogi to rów przeskakuję z rowerem pod pachą. Teraz odcinek na uspokojenie tętna – kilkaset metrów szutrową drogą. Jest to jednak tylko chwilka. Przede mną już widzę taśmy prowadzące trasę ostro w las. Na dodatek wita mnie znak trupiej czaszki, oznaczający, że lepiej mocniej i z głową przyłożyć się do tego co będzie się robiło przez kolejne kilkadziesiąt metrów bo w przeciwnym razie może skończyć się to wizytą w szpitalu przynajmniej. Mieszanka błota i kamieni w dół do rzeczki do której wpadam po kolana. Tutaj mały korek gdyż trzeba wdrapać się po śliskich korzeniach do góry.

Dziewczyna przede mną nie daje rady wdrapać się na górę z rowerem. Idzie więc przodem ciągnąc za przednie koło, ja pcham do góry jej tylne koło i ciągnę swój rower do góry. Ogólnie bomba. Docieramy w końcu oboje na górę z jeszcze jednym kolegą. Puszczam ich przodem łapiąc oddech bo wyglądają bardziej pro niż ja. Kolejny kilometr to mieszanka błota po kolana poprzecinanego kałużami po pas i kamienistymi sekcjami.

Jest naprawdę hardcor’owo. Myślę sobie w głowie – Boże jeśli w tym roku podczas MTB Trilogy będzie padać to ten odcinek to tylko niewinna błahostka…. W końcu wypadam na szutrową drogę przecinając pomiar czasu. Uff…. Było grubo… Jeśli dalsze odcinki będą takie same to szykuje się niezła jazda. Na mecie OSu wielu zawodników liże rany – głównie sprzętowe. Chwila na batonik z izo i ruszam na dojazdówkę do drugiego OSu, która lekko pnie się do góry by opaść w dół do lasu.

OS #2

Docieram tutaj wmieszany w niższe grupy. Nie muszę jednak czekać na swoją kolej bo wszyscy startują tu już jak leci. Ustępuję tylko miejsca stojącym za mną zawodnikom, którzy wyglądają na lepszych niż ja. Start! Początek to singiel wijący się wśród drzew po łagodnej, ściółkowej nawierzchni. Kawałek szybszego, trawiastego odcinka na którym trzeba jednak uważać na dobrze schowane kamienie i wypadamy na mocno kamienistą sekcję. Tutaj na skale siedzi pani odziana w strój ratownika medycznego z bujną, rudą fryzurą. Pani powinna być brana pod uwagę jako pierwsza do obsadzenia głównej roli w ekranizacji Meridy Walecznej, jeśli ta bajka doczeka się kiedyś ekranizacji filmowej. Widok na tyle specyficzny i wręcz groteskowy wśród pięknej scenerii skał i lasu, że łapię uślizg przedniego koła i zaliczam przyłożenie na prawy bok wykręcając mocno kolano. Wśród uśmiechów Meridy wstaję, otrzepuję się ze ściółki i jadę dalej. Zaczyna robić się mocno kamieniście. Coś w stylu rychlebskiej Walii. Słyszę wodospad, to znak, że koniec OSu już blisko. Ostatnie kilkadziesiąt metrów wśród skał i wpadam na metę. Było przede wszystkim krótko ale o wiele znośniej niż na pierwszym odcinku. Załapałem przede wszystkim radość z jazdy i flow, martwi tylko kolano, które strasznie boli w okolicy ścięgien przy skręcaniu nogi. Szybkie kilka ciastek i picie na bufecie i można ruszyć na dojazdówkę na kolejny odcinek.

OS #3

Na start kolejnego OS’u mam niecałe 7 kilometrów. Najpierw w dół do drogi by rozpocząć wspinaczkę. Na początku trasy gubię drogę jednak dzięki innemu zawodnikowi udaje mi się zawrócić na dobry szlak. Podjazd mocno pnie się kamienistą ścieżka do asfaltu, który już mniej stromo prowadzi obok japońskiego ogrodu Siruwia. Z asfaltu na linii lasu wjeżdżamy na leśną drogę, która prowadzi nas obok linii startu OS’u #2 i dalej pod górę do kolejnego asfaltu, który po chwili łączy się z dojazdówką do OS’u #1. Tu już dzisiaj byliśmy na samym początku. Schemat ten sam – asfalt w kierunku Schroniska Odrodzenie i ostry skręt na kamienie. Znowu błotna taplanina. Nie jadę jednak w siodle tym razem a idę na spokojnie z nogi na nogę gdyż kolega Michał dzwoni informując, że ten OS wystartuje dopiero około godziny 13:50. Nie ma się co spieszyć. Docieram na linię startu gdy zawodnicy już rozpoczęli swoje zmagania. Kolejka jest dosyć spora, jednak czas zlatuje dosyć szybko. Łapię też jakiś batonik oraz izo. Z zachodu nadciąga granatowa chmura, zaczyna padać, zajefajnie myślę sobie. W końcu moja kolej. Start! Mocno w dół po singlu wśród mchów i paproci, który kręci między ukrytymi w nich kamieniami oraz korzeniami. Jest potwornie ślisko, ale sceneria bajkowa.

Piękny las z miękką ściółką oraz soczystym zielonym mchem poprzecinany wyślizganymi korzeniami, ostrymi pieńkami i lśniącymi od polerki białymi skałami. W głowie przypominają mi się single z Beskidy Trophy oraz czeskiego maratonu Bike Babi Leto gdzie single ciągnęły się kilometrami po mchu w bajecznych kolorach. Wtedy aż chciało się zatrzymać i położyć tam na chwilę. Tu nie ma czasu na leżenie bo ogon powoli się zbliża. Wpadam na skałki na linii lasu koło czyhającego na kontuzje ratownika medycznego siedzącego na skale. Pan raczej ze spokojem patrzy na moje poczynania na tym technicznym odcinku – w końcu widział już lepszych.

Wygląda w sumie nawet na lekko znudzonego, na pewno nie ma tego błysku w oku co jego koleżanka Merida z poprzedniego OSu 😉 Po kamieniach czas na przedarcie się przez krzaki, singlem w dół do strumyka. Tutaj mocno przyspieszam, w końcu łapię flow na trawiastej dróżce schodzącej w dół. Nie ma co się jednak zbytnio relaksować – na każdym kroku w trawie czają się śliskie kamienie, które tylko czekają na moment dekoncentracji. Przyhamowanie, w prawo przy panu mówiącym, że trzeba jechać w prawo i kolejny szybki zjazd. Tym razem wpadający na kamienie gdzie spada mi łańcuch…wrrrr… Zakładam go i dokręcam pod górkę. Słyszę, że za mną nadciąga jakaś błyskawica, zjeżdżam z drogi żeby przepuścić tego zawodnika bo idzie mu bardzo dobrze. Mija mnie ale obaj łapiemy się na tym samym błędzie. Przed nami ostry, ale krótki podjazd na który chcemy wdrapać się bez redukcji biegu. Ja gdy czuję opór zeskakuję z roweru bo biegu i tak już nie zmienię, kolega próbuje swoich sił na złym przełożeniu, odbija się od korzenia i urywa hak razem z przerzutką, która w akompaniamencie niezbyt miłych dla ucha odgłosów wpada w szprychy zrywając łańcuch. Dla niego to koniec zabawy na tym OSie, czy pojedzie dalej tego niestety nie wiem. Wpadam w kamienie. Sceneria jak przed metą drugiego OS’u co oznacza, że zaraz i meta dla mnie bo oba OS’y kończą się mniej więcej w tym samym miejscu. Mocno kamieniście, huk wodospadu, meta! Podjazd do bufetu gdzie łapię oddech przegryzając kilka ciastek popijając wodą. Kierunek ten sam co na poprzednim odcinku. Japoński ogród i podjazd w lesie.

OS #4

Gdy dobijam do asfaltu na górze gdzie kręciłem na start trzeciego OS’u skręcam w lewo. Droga asfaltowa prowadzi w dół by zaraz zacząć piąć się do góry. Spokojny, szeroki szutr. Przecinam fragment, którym zaraz będę zjeżdżał pytając stojącej tam sędziny czy daleko na start – jeszcze kawałek. Z szutru w prawo i nowiutko wyglądającym asfaltem docieram na start. Tutaj dosłownie kilka osób, kilka z nich odpoczywa, reszta stoi w kolejce, w powietrzu lata dron. W końcu moja kolej.

Początek to kamienisto – trawiasta ścieżka, która idzie prosto w dół trawersem. Jest szybko jednak po chwili na horyzoncie pojawia się trupia czaszka, która znowu hamuje emocje. Wpadam na odcinek mocno obsypany głazami i kamieniami, jedna czy dwie podpórki. Raz znowu tyłek za wysoko i ratuję się wystawiona przez kierownicę nogą przed saltem w przód – normalnie takie rozciągnięcie jakbym pół życia spędził w balecie. Podpieram się na koniec rękoma, podnoszę wzrok a tu niespodzianka – zza drzewa w czerwonym kubraczku nieśmiało kuka Merida Waleczna 😀 Nie jestem jednak zbyt skory do rozmowy, rzucam tylko żartobliwie, że pani przynosi mi pecha, ale pani chyba nie łapie, że to żart i jadę dalej. Przecinam drogę, którą podjeżdżałem na start. Szybki odcinek po standardowym kawałku czyli trawie z okopanymi kamieniami na którego końcu stoi uśmiechnięty pan trzymając w ręku znak z wykrzyknikami.

Wykrzykniki to mniejsze zło niż trupia czaszka, ale nadal jest to ostrzeżenie o wymagającym odcinku. Tutaj ostro w lewo i wpadam w las gdzie zacznie się walka z kamieniami i korzeniami. Jest ślisko, jest szybko, jest też mocno w dół. Po chwili szybki zjazd przez las.

Tutaj można było nabrać prędkości. Po chwili jednak znowu dominują kamienie i korzenie. W końcu udaje mi się dotrzeć na metę… Ufff…… Udało się! Przeżyłem ja i sprzęt. Wrażenia – było czadowo 🙂

Z mety OS’u #4 jest kawałek do miasteczka startowego. Ruszam z dwoma innymi zawodnikami w poszukiwaniu właściwej trasy. Wychodzi na to, że najszybciej dostać się tam OS’em #2. Trochę błądzimy, wypadamy na prywatną posesję gdzie wita nas ogromny bernardyn i jego właściciel, którzy na szczęście są do nas przyjaźnie nastawieni i wskazują drogę na skróty. Teraz już tylko jeden podjazd i jesteśmy w miejscu z którego wyruszaliśmy na trasę rano. Staję w kolejce do myjki gdzie czyszczę rower z tony błota. W międzyczasie dzwoni kolega Michał, który na czwartym OS’ie załapał mały defekt i jedzie od drugiej strony na nocleg. Udaję się również do pensjonatu gdzie dopiero mogę zobaczyć co tak naprawdę się stało.

A stało się dosyć dużo… Szybki prysznic, przebranie w świeże ciuchy. Podjeżdża do nas kolega Rudy, który również ukończył zmagania a teraz musi wrócić do Poznania i pójść na nockę do pracy. My udajemy się na regenerację oraz relaks. W oczekiwaniu na wyniki odbywa się Water Challenge czyli zawody o kratę piwa w przejeżdżaniu po wąskiej kładce nad wodą.

Jak można się było spodziewać – było wesoło 🙂 Po zabawie przyszedł czas na losowanie wielu, ciekawych nagród wśród uczestników oraz ogłoszenie długo oczekiwanych wyników. Właśnie wyniki wzbudziły najwięcej kontrowersji. Gdy rozkoszujemy się pizzą w tle trwa walka o prawdę. Ja komentować tego akurat nie będę bo po wyniki nie przyjechałem, ale rozumiem rozczarowanie czy wręcz wcurwienie pewnych osób.
Finalnie zajmuję miejsce #166 na ponad 220 startujących osób – pewne jest, że nie jest to pomyłka firmy zajmującej się pomiarem czasu a wynik moich braków w technice, doświadczeniu i zachowawczej jazdy. Na początku jestem tym wręcz załamany, ale z upływem czasu jakoś dziwnym trafem przestaje mnie to martwić 😉 Wracamy na nocleg gdzie poznajemy wesołą ekipę z Warszawy, w sumie to z pod Warszawy a dokładniej z okolic Żyrardowa 😉 Wspólne oglądanie meczu Portugalia – Austria i szybki sen. Rano nie udajemy się na trening w związku z awarią roweru. Po śniadaniu pakujemy się i ruszamy do domu gdzie meldujemy się o 14:00.

Podsumowując? Było wspaniale! OS’y trudne, wymagające, ale i bardzo ciekawe. Można było złapać super zajawkę na enduro. Genialne trasy poprowadzone cudownymi terenami Karkonoskiego Parku Narodowego. Nad pięknem okolicy można by zachwycać się bez końca. Formuła „on-sight” również dodawała smaczku. Na dodatek wspaniała organizacja i super atmosfera. Czego więcej chcieć na swoim debiucie? Może tylko lepszego wyniku, ale do tego zdążyłem się już przyzwyczaić…

8 października kolejne zawody tej serii w bieszczadzkim Baligrodzie – kto jedzie? Ja już podjąłem decyzję, że muszę tam być 🙂

Żeby tylko kolano zregenerowało się do lipca….

Foto: Enduro MTB Series, Foto Stankiewicz, własne

Enduro MTB Series Przesieka czyli haratanie w pięknych okolicznościach przyrody
avatar
%d bloggers like this: