Już dobre kilka miesięcy temu wiedziałem gdzie udam się zrobić pierwsze testy obciążeniowe po okresie roztrenowania. Wybór padł na Ustroń i Piekło Czantorii. Podczas trwania zapisów zebrała się nas całkiem zgrabna grupka wliczając osoby towarzyszące tak więc zapowiadał się zacny wypad. Musiałem być chyba niewyspany podczas wypełniania formularza na stronie gdyż wybrałem dystans średni, czyli trasę Pieron. Jak się potem okazało był to dobry wybór 🙂

W miniony piątek zapakowaliśmy się więc z małżonką oraz całym żywym inwentarzem do auta by po pięciu godzinach z haczykiem zameldować się na parkingu pod biurem zawodów. Tam też spotkałem kolegę Krissa, którego wspomagałem podczas Hardej kilka miesięcy temu.

Tak właśnie wygląda porównanie człowieka naładowanego adrenaliną przed startem i kierowcy, który ostatnie kilka godzin spędził próbując nie zasnąć 😉 Chyba aż za bardzo chciałem wyjść na niezaspanego 😀

Kilkaset metrów od biura zawodów i równocześnie od startu zlokalizowanego po drugiej stronie drogi znajdował się nasz nocleg, czyli Domki U Krzysia. Polecam gorąco bazę wypadową właśnie w tym miejscu jakby co. Szybkie wypakowanie auta, przywitanie z Gabrysią (właścicielką pensjonatu w Bieszczadach jakby co! 😉 ), by po chwili dotarła reszta atandy z Poznania. Ci, którzy zamierzali biegać wybrali dystans krótki (1 pętla) i mogli się ze spokojem zająć rozmową. Ja miałem start w nocy i po chwili w czysto angielskim stylu udałem się na spoczynek.

Najpierw obudził mnie budzik o 01:30. Po chwili, gdy zamknięte oczy czekały na drzemkę zadzwonił Kriss, który poinformował mnie, że w związku ze złym stanem zdrowia schodzi z trasy. Chłopaki mieli rozbić u nas bazę w nocy jednak okazało się finalnie, że polecieli o godzinie 05:00 pociągiem bezpośrednio w stronę domu. Ubrałem się, dopakowałem sprzęt i powoli ruszyłem w kierunku startu. Już pierwsze kroki utwierdziły mnie w przekonaniu, że noc jest raczej ciepła tak więc podjąłem decyzję o zdjęciu kurtki i starcie w samej koszulce termo.

Kilka minut przed 02:30 na sygnał do ataku czekała całkiem zgrabna grupka zawodników. Co jakiś czas z góry zbiegali uczestnicy Przepierona, którzy walcząc z trasą starali się zmieścić w limicie pierwszego okrążenia. Najdłuższy dystans (3 pętle) wystartował już o 21:00. W końcu i na nas przyszedł czas – otwarte zostały wrota piekieł..Przede mną pierwsza pętla licząca około 23 kilometry długości i 2000 metrów przewyższeń. Zaczynamy lekkim zbiegiem, by po chwili skręcić mocno w lewo. Mijam jednego z zawodników Przepierona, który skończył pierwszą pętlę kilka sekund przed limitem. Stoi wypruty z sił chcąc wycofać się dalszej rywalizacji, a jego koleżanka/partnerka ruga go w niewybrednych słowach nakazując mu zebrania się w sobie i podjęcia walki. Naprawdę jechała po nim ostro – myślę sobie – co tam kuźwa jest na tej trasie… No nic lecę dalej. Pierwsze podejście kamienistym stokiem narciarskim. Spoglądam na zegarek i już „życióweczka” – tętno 192 – wow, to musi być jakiś błąd. Mój maksymalny pułap to 182 uderzenia. Po dobrych 10 minutach nadal jestem w okolicy 190 uderzeń – czyli to jednak nie błąd – chyba muszę zrewidować ustawienie stref treningowych 😉 Jest całkiem ostro, ale bez szaleństw. Po pewnym czasie odbijamy w las gdzie trasa łapie na pół sekundy poziom i zaczyna się ostry, błotnisto – kamienisty zbieg. Rozciągnięta stawka zawodników mozolnie porusza się pośród kamieni i liści unikając wywrotki. Strasznie się ślimaczymy, odbijam na bardziej nierówną część i mocno stawiając kroki mijam kolejnych zawodników.

Mijamy jakieś powalone drzewo i zaczynamy kolejny podbieg skręcają prawie o 180 stopni w lewo. Teraz mostek i powoli docieramy na Kończyn. Gubię jeszcze przez moment trasę, ale bardzo szybko wracam na dobry tor. Zbieg w kierunku Poniwca i kawałek asfaltu zwanego ulicą Akacjową. Odbijamy jednak bardzo szybko ostro w prawo zaczynając kolejne kilkaset metrów podejścia. Po chwili zbiegamy ostro szeroką drogą. Niby łatwo, ale jest trochę błota i kamieni. Zdecydowanie można wywinąć orła… Teraz długie, ale niezbyt ostre podejście oraz kawałek całkiem prostej (w poziomie…) trasy. Łapiemy oddech i zaczynamy podbieg na Małą Czantorię. Nie ma szczególnych trudności, ale nadal trzeba swoje zrobić. Na małej polanie na górze rozpoczynamy lekko zbiegać, by po chwili sunąć ostro w dół całkiem szeroką, ale kamienistą drogą. Na 14 kilometrze trasy dobiegamy do stacji dolnej Poniwiec Mała Czantoria.

Na bufecie, który mieści się tutaj ładuję wodę oraz izo. Wychylam też kilka kubków coli i zjadam trochę pociętego w trójkąty ananas. Nie chce mi się zbytnio jeść. Ruszam dalej zaczynając mozolne podejście stokiem narciarskim do górnej stacji. Pokonanie 900 metrów i ponad 200 metrów w pionie trochę trwa, nie jest to jednak jakaś mordercza wyrypa (nie tym razem 😀 )… Staram się kontrolować tempo, żeby zbytnio się nie obijać. Gdy na zegarku wybija 15. kilometr trasy jestem na górze 😉 Granicą polsko – czeską odbijam w lewo rozpoczynając kolejne podejście. O wiele mniej strome, za to zdecydowanie dłuższe. Mijam zamknięte jeszcze Chatę oraz Kolibę i podbiegam dalej. Po chwili z lasu wyłania się wieża widokowa oznaczająca szczyt Wielkiej Czantorii. Mijamy ją odbijając w prawo czerwonym szlakiem. Zaczynam bardzo kamienisty i niewygodny zbieg. Trzeba naprawdę uważać gdzie stawiać nogi. Po chwili odbijamy mocno w lewo kierując się w stronę Kopalni Wisła. W Buczniku zahaczamy o kawałek asfaltowych płyt i zaczynamy podejście przez jakieś krzaki 😉 Po chwili jesteśmy już na kamienistym szlaku, który mocno pnie się pod górę. W koronach drzew szaleje wiatr. Zaczyna się powoli przejaśniać. Wstaje nowy dzień! Wschód słońca po nocnym biegu to zawsze dodatkowy zastrzyk energii. Mimo, iż kocham noc i jest to zdecydowanie moja pora biegowa to promienie słońca po nocy dają zawsze nadzieję na nowy – może lepszy dzień… Chociaż nie zawsze tak jest… No, ale wróćmy do trasy… Podbiegam pod wyciągiem orczykowym i wychodzę na rozległą polanę przed stacją górną kolei linowej Czantoria. Mijam punkt pomiaru czasu i zaczyna się ciężki zbieg stokiem narciarskim.

Momentami jest cholernie ślisko i kamieniście, ale nogi podają całkiem sprawnie. To niby niecały kilometr, ale zostający na długo w pamięci. Skręcam w lewo w szeroką drogę i zbiegam kolejne, trochę ponad dwa kilometry w kierunku miejsca startu. Z czasem 04:12 zamykam pierwszą pętlę.

Na bufecie zaraz za startem zaczynam się zastanawiać o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Działo się owszem całkiem sporo, ale żeby od razu Piekło..??? Heh… Przypomina mi się jedyna jak do tej pory w mojej historii próba przebiegnięcia maratonu. Maratonu w Poznaniu. Do 21 kilometra biegłem wtedy jak na skrzydłach łykając kolejne kilometry i myśląc gdzie te trudności. Po czym umarłem i ledwo żywy doczłapałem się do mety z czasem, którego lepiej tutaj nie przywoływać… Tutaj chyba jest podobnie. Pierwsza pętla owszem wymagająca, ale zabawa zapewne dopiero się zaczyna…

Długo nie musiałem się zastanawiać, gdyż już pierwsze podejście drugiej pętli pokazało, że nogi są zmęczone i łatwo to już było.

Czerwony szlak ciągnie się niemiłosiernie. Za dnia widać teraz dokładnie gdzie się biegnie tak więc każdy z pomniejszych celów wędrówki staje się jakby bardziej oddalony. Znowu skręcam w las i zaczynam zbieg.

Teraz przynajmniej widać dokąd lecimy 😉 Trasa momentami jest już mocno wydeptana.

Niby jest łatwo, ale łatwo nie jest. Kolejne podejście, kolejny zbieg. Przeskok nad powalonym drzewem i przeciskanie się pod przewróconym konarem. Spotykamy jedną z zawodniczek, która siedzi z boku trasy. Podchodzimy dowiadując się, że powiew wiatru zaprószył jej do oka kawałek jakiegoś świństwa. Przemywamy oko wodą próbując pomóc. Po chwili pojawia się kolega, który ma ze sobą krople do oczu. Problem opanowany. Można lecieć dalej.

Na górze widoczki przepiękne, ale trzeba robić dalej swoje, a nie skupiać się na podziwianiu okolicy. Wieje dosyć mocno, ale nie jest zbytnio zimno. Momentami tylko zaciągam chustę na nos i usta żeby nie nawdychać się zbyt wiele zimnego powietrza.

Kolejny zbieg i „długie” jak na te zawody wypłaszczenie. Zaczynamy powoli podejście pod Małą Czantorię. Na górze jestem już bardzo zmęczony.

Lekko wydłużam krok próbując przyspieszyć. Wychodzi raczej kiepsko. Zbiegam bardzo powoli w kierunku bufetu przy dolnej stacji kolejki Mała Czantoria. Na popasie uzupełniam płyny i zarzucam coś na ząb. Zalewam to wszystko potężną ilością coli. Drugie podejście stokiem nie jest już tak „łatwe” jak pierwsze.

Dodatkowo zaczynają mijać mnie zawodnicy z dystansu krótkiego, którzy wyruszyli na trasę równo o godzinie 08:00. Niby wiem, że są z innego dystansu jednak działa to na mnie jakoś demotywująco. Trudo, trzeba robić swoje…

Po dłuższej chwili ponownie znajduję się na pograniczu polsko – czeskim. Próbuję zebrać się do biegu, wychodzi tak powiedzmy dyskusyjnie…

Zaczynam zbieg z Wielkiej Czantorii. Teraz dopiero zaczyna się masakra na kamieniach. Kostki powykręcane w każdą stronę, momentami dowiaduję się dopiero po ponad 36 latach życia jaki zakres ruchu mam w stopie 😉 Teraz bardzo mocne i oczywiście również kamieniste podejście i po pewnym czasie melduję się przy górnej stacji kolei linowej Czantoria.

Mijam pomiar czasu i dołączam do festiwalu zbiegowego. Na stoku jest całkiem sporo osób z różnych dystansów. Jedni biegną, inni idą, kolejni maszerują bokiem, ktoś tam idzie zakosami żeby odciążyć kolana. Jest nawet jedna osoba próbująca momentami iść tyłem 🙂

A wszystko to po to  aby oszczędzić nogi. Ja może nie biegnę jakoś ponadprzeciętnie szybko, ale staram się nie zamulać. Czworogłowe ud są już jednak mocno poobijane. Teraz już tylko szeroka droga w dół i zamykam drugą pętlę z czasem 04:51. Teraz zostaje mi „tylko” jak to mówi Tomek Hajto truskawka na torcie…

Przed każdym z zawodników na koniec wybranej przez niego drogi znajdowało się ostatnie podejście do mety. 1400 metrów długości i niecałe 500 metrów przewyższeń poprowadzone „na pałę” wzdłuż pylonów kolei linowej na Czantorię.

Od samego początku dosyć ostro, ale po chwili było już naprawdę pionowo w górę. Nogi zmęczone już dystansem i przewyższeniami mocno wołały o pomoc. Mięśnie piszczelowe przednie myślałem, że wyskoczą mi z nóg i same pójdą w dół na nocleg. Kolejne metry podejścia szły naprawdę skandalicznie wolno. Im bliżej końca tym częściej trzeba było zwolnić lub nawet przystanąć. Na dodatek skończyło mi się picie i w ustach zrobiło się bardzo sucho 🙁 Na samej końcówce w linii lasu było tak stromo, że czekałem tylko aż z góry zbiegnie Desmond Doss w hełmie z oznaczeniem medyka, a ukryty w lesie Mel Gibson krzyknie „Cięcie!!!”… Ale oto w końcu jest i ona – Przełęcz Ocalonych – takie polskie Hacksaw Ridge… Przede mną sylwetki różnych zawodników wdzierające się na górę. Jedni ledwo żywi, inni całkiem pełni wigoru… Wychodzimy z linii lasu kierując się nadal w górę. Meta już prawie na wyciągniecie ręki…

Spotykam jeszcze Jacka Denekę i zamieniając z nim kilka słów i jestem w końcu u kresu mej podróży… Przyznać muszę, że jestem padnięty, a nogi mocno palą. Jak na początek sezonu to był to całkiem mocny test 😉

Testuję jeszcze szybko lokalny trunek wyprodukowany specjalnie dla zawodników i wsiadam na kanapę kolejki udając się w drogę na dół. Na końcowych metrach podejścia dopinguję Magdę, która bez pracy ramion z kijkami przewieszonymi przez kark dobija powoli do mety. Po chwili mijam też Marcina, który pyta czy mam coś wody. Niestety moje softflaski są puste 🙁 W końcu docieram na dół gdzie czeka na mnie Ania z Marysią i psiakami. Teraz zostaje już tylko relaks z ekipą, która powoli również dociera na nocleg. W niedzielę rano szybka pobudka i meldujemy się całkiem sprawnie w domu wczesnym popołudniem.

A teraz kilka słów podsumowania… Zaraz po biegu mówiłem, że nigdy na Czantorię nie wrócę 😉 Teraz z perspektywy czasu mógłbym zastanowić się ponowie 😀 Cieszę się jednak bardzo, że wybrałem dwie pętle. Jedna byłoby to zdecydowanie za mało na tak daleki wyjazd. Z kolei trzy myślę zmasakrowałyby mnie na kolejne dwa tygodnie. Wybrany dystans był akurat w sam raz. Wymagający i dał popalić, ale jeszcze nie było walki o życie… W większości 😉 Finalnie pokonałem 47,5 kilometra trasy oraz 4300 metrów przewyższeń w czasie 09:42:01 zajmując 61 miejsce OPEN. Z wynikiem tym uplasowałem się dokładnie w połowie stawki zawodników, którzy ukończyli mój dystans. Oczywista sprawa, że jest to wynik średni, ale jak na aktualny moment przygotowań, luźne założenia i widoczny gołym okiem nadmiar tkanki tłuszczowej 😉 nie było tak źle 😀

A Piekło Czantorii w każdej z trzech odsłon polecam naprawdę każdemu!!!

Piekło Czantorii – najpierw boisz się, że umrzesz, a potem, że przeżyjesz…
avatar
%d bloggers like this: