Wpis ten chciałem odpuścić tak jak odpuściłem opisywane zawody, ale w końcu zmusiłem się do napisania krótkiej relacji.

Do Gdyni wybieramy się regularnie od pewnego czasu dlatego zawody te już dawno były w naszym kalendarzu. W drodze nad morze mieliśmy jeszcze wystartować w wyścigu w Koronowie, jednak przez obowiązki służbowo – domowe musiałem ten start odpuścić. Reszta ekipy pojechała według planu, dlatego też dojechałem do Trójmiasta pociągiem.

Przyznać trzeba, że trafiło mi się super. Bardzo mało ludzi, przedział z widokiem na rower, bardzo miła pani konduktor i dosyć krótki czas podróży, którą umilałem sobie przygodami kapitana Samuela Vimes’a.

Na Gdyni Głównej melduję się około 20:30. Krótka spinka z SOKistami o to, że podjechałem kawałek rowerem po peronie gdzie nie było żywej duszy i obieram kurs na Młynarzowy Dworek gdzie reszta ekipy już czeka. Nie pomyślałem o oświetleniu a po chwili robi się już szaro, na szczęście drogi rowerowe pozwalają dotrzeć do celu bez większego stresu o ruch aut. Na miejscu rozpakowanie i można rzucić okiem na wyjazdowe występy naszych ukochanych skórokopów, którzy oczywiście przegrywają w Szczecinie z Pogonią… Szybkie wyrko i błogi sen.

Rano wczesna pobudka bo dystans krótki, który zdecydowałem się pojechać startował o 10:00. Śniadanie, przegląd sprzętu, dojazd na miejsce i już stoję w kolejce pod odbiór pakietu. Niestety okazuje się, że nie mam gdzie zostawić plecaka i zapięcia do roweru bo nie ma depozytu. Na szczęście z pomocą przychodzi kolega Paweł, który mieszka w Gdyni i zabiera wszystkie graty ze sobą. Wielkie dzięki za pomoc!!! Nastawiony dosyć turystycznie staję na samym końcu stawki co już po chwili okazało się największym błędem. Po starcie na mojej drodze znajdują się ludzie, którzy nie potrafią przejechać linii pomiaru czasu, mega kolba.

Jakoś w końcu ruszam asfaltem mijając stadion Arki po lewej stronie. Szykana lewo, prawo i już na polnej drodze wzdłuż torów kolejowych. Początek zawsze był szybki a tu tempo spacerowe. Po pewnym czasie pierwszy ostry podjazd w prawo gdzie na spokojnie wypiłbym piwo. Nie stanowiło to dla mnie większego problemu bo od początku nastawiłem się na relaks, ale miałem wrażenie, że na starcie czołówka zamieniła się miejscami z ogonem i teraz każdy walczy o pozycję. Kurz, piach i poganianie. Dziwne, ale prawdziwe. Jak już cała gromada mistrzów MTB podbiegła pod górkę przyszedł czas na mnie. Na spokojnie niby ale czułem jakbym ciągnął za sobą wóz drabiniasty. Tętno prawie maksymalne…. Jednak organizm jeszcze pamięta chorwackie etapy. Zjazd i w lewo na kocie łby pod torami. Teraz długa prosta i w prawo pod wiaduktem gdzie zaczynają się leśne ścieżki. Jest też trochę błota i kamieni – co tam się działo – panika jakby goniły nas jakieś hordy barbarzyńców. Ludzie się wywracają, krzyczą, jeżdżą po sobie. Myślę sobie „pure MTB” 😀 Mocny podjazd leśną drogą przerzedza stawkę. Teraz w lewo i prawo i bardzo miły dla ducha i ciała singielek. Utknąłem na nim niestety za jakimś zawodnikiem, ale grzecznie jadę za nim aż do ostrego zjazdu i skrętu w prawo na leśną drogę. Teraz szybki odcinek z kilkoma zakrętami.

Mówię sobie a depnę, co mi tam – znowu to samo nie ma mocy. Depczę i depczę i ledwo jadę a tętno prawie 165, czyli takie jakie miałem na 25% podjazdach w Chorwacji. Lekko wkurwiony próbuję zerwać się raz jeszcze. Szybki zjazd i przejazd bokiem osiedla. Teraz czas na Grubą Bertę czyli najostrzejszy podjazd na tej trasie. Docieram ledwo do połowy, dalej z buta. Na górze kilka zdań z dopingującymi ludźmi dlaczego graliśmy wczoraj tak słabo – to nie moja wina mówię 🙂 i zjazd w dół. Po chwili schronisko po prawej, asfaltowy podjazd i w prawo na bardzo ostrą wspinaczkę. Tu już na spokojnie, noga za nogą bez szarpania, ale co się oczywiście nasapałem to moje 😉

Teraz zjazd w dół i w lewo po koleinach zrobionych przez jakiś ciężki, leśny sprzęt po czym ostro w lewo i kolejny podjazd. Tutaj chwila relaksu i po skręcie w prawo czas na łamany zjazd w dół do samych zabudowań koło stadionu. Teraz już tylko trochę po piasku na płasko i asfaltowa końcówka. Pierwsze kółko padło. Drugie nie było przebudzeniem i eksplozją formy więc nie ma czego pisać. Jedyne co warto wspomnieć to to, że się zawiesiłem przed Grubą Bertą i chciałem ją podjechać na blacie co zaowocowało biegiem od samego początku podjazdu. Docieram do mety na pełnym luzie.

Odbieram medal i pochłaniam posiłek regeneracyjny. Nie sprawdzam nawet wyników tylko lecę do Pawła odebrać rzeczy. Robi się zimno, zaczyna się mocno chmurzyć. Wracam na linię startu gdzie reszta ekipy startuje za chwilę na dystansie MEGA. Krótka rozmowa z nimi i przekazanie uwag odnośnie trasy.


Poszli! Teraz czas na mnie i dojazd na dworzec PKP. Po drodze zaczyna sypać śniegiem, gradem i czymś w rodzaju podmarzniętego deszczu. Zatrzymuje się w kawiarni obok stacji i myślę o naszych jadących w tej zawierusze popijając ciepłą kawę zagryzając sernikiem 😉 Po pewnym czasie ładuję się na peron gdzie czekam na pociąg. Robi się naprawdę chłodno. Po jakichś 30 minutach pojawia się pociąg Bachus relacji Gdynia Główna – Zielona Góra, który zabierze mnie do domu.

W pociągu od samego początku bardzo tłoczno, koniec weekendu przecież. Rower jednak ładnie powieszony a ja zasiadam sobie na podłodze koło niego żeby cały czas nie przepraszać kogoś za zajęcie jego miejsca z rezerwacji. Gdzieś za Bydgoszczą dostaje takiego skrętu kiszek, że ledwo udaje mi się opanować sytuację – po powrocie do domu okazuje się, że jedzenie na mecie uległo zmianom pogodowym i atrakcje żołądkowe miało wielu zawodników. Temat na szczęście przechodzi po niecałych dwóch dniach.

Podsumowując – bo ten wpis można odebrać różnie. Cyklo Gdynia MTB to super impreza z super trasą w przepięknej scenerii Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego. Niby nad samym morzem ale teren bardzo górzysty. Są wymagające podjazdy, techniczne zjazdy, szybkie odcinki, są też i single. Polecam każdemu wybrać się do Gdyni i przekonać się na własnej skórze. Ja zapłaciłem niestety frycowe po etapówce w postaci przemęczenia i nie czerpałem zbytnio radości z tej edycji…

Jedno jest jednak pewne – wracam tu na pewno przy następnej okazji!

Dzięki za foto z trasy od kolegi Łukasza – przepraszam, nie pamiętam imienia..

Cyklo Gdynia MTB czyli poszukiwanie radości z jazdy…
avatar
%d bloggers like this: