Przełom października i listopada to wysyp lokalnych zawodów duathlonowych, które starałem się relacjonować na bieżąco. Kolejnym występem w kalendarzu był 1. Crossduathlon Pobiedziska, który odbył się 4 listopada. Miejscowość może lekko myląca bo do Pobiedzisk ze Stęszewka (gdzie odbywały się zawody) jest jeszcze kawałek, ale no taka nazwa została nadana przez organizatora. Zakładam, że przez to, iż współorganizatorem był Ośrodek Sportu i Rekreacji w Pobiedziskach 😉 Ktoś ze startujących skomentował nawet podczas rozgrzewki, że ten duathlon równie dobrze mógł się nazywać 1. Crossduathlon Stalowa Wola, ale to już chyba lekka zgryźliwość 😉

O samych zawodach dowiedzieliśmy się zupełnie przypadkiem rykoszetem tylko dlatego, że ekipa organizująca to wydarzenie była również odpowiedzialna za bardzo ciekawy, kwietniowy Dauthlon Tor Poznań. Poza tym jakby makiem zasiał, ani widu, ani słuchu. Nikt nie wiedział niczego, a zdawkowe informacje od organizatora nie rozwiewały wątpliwości. Tak naprawdę na kilka dni przed zawodami nie byliśmy do końca pewni czy się one w ogóle odbędą. Nad reklamą i promocją takiego wydarzenia chyba warto popracować mocniej. Wiadomo, że każdemu brakuje czasu lub są też inne problemy techniczne, ale potem na zawodach mamy bardzo okrojony skład – jak ten w Stęszewku… Nie żebym narzekał bo lubię kameralne zawody, ale z perspektywy organizatora mogło być nas startujących o wiele więcej. Tak czy owak jest to tylko i wyłącznie moja, prywatna opinia 🙂

W bazie zawodów pojawiliśmy się dosyć wcześnie gdy wszystko w koło było jeszcze w rozkładzie. Dosyć zimno i wietrznie, ale słońce, które wyskoczyło zza chmur dawało nadzieję na lepsze czasy.

Formuła startu banalnie prosta – pierwszy bieg 5 kilometrów, po czym cztery pętle rowerem po tej samej trasie czyli 20 kilometrów oraz jakieś 3 kilometry biegu na koniec po drugiej stronie miasteczka startowego. Niby wszystko proste, ale odprawa przed zawodami wprowadziła lekki zamęt – Co? Gdzie? Jak? Którędy? Ile? Takie pytanie pojawiały się wśród grymasów twarzy zawodników.

Rzeczywiście odprawę można było chyba przedstawić bardziej łopatologicznie i miałoby to lepszy skutek niż subtelne tłumaczenia… Sam wyścig zapowiadał się na bardzo szybki bo suma przewyższeń na jednej pętli to bardzo znikoma ilość metrów. Mnie się podoba – coś innego, odskocznia od ciężkiego Żarnowca, w sam raz na roztrenowanie. Na starcie stanęło jakieś kilkadziesiąt osób – 60/70? – ale razem z duathlonowcami startowały też osoby biorące udział w Biegu Konnym Szlakiem na 5 kilometrów. Rowery i sprzęt zostawione w strefie zmian i można było udać się na start (tutaj jedna mała uwaga – gdyby w okolicy był jakiś amator cudzej własności, nie musiałby się mocno starać o jakieś fanty, do stref przed startem wchodził każdy i kiedy chciał, niestety, warto tego pilnować na przyszłość żeby nie kusić losu)

  Start i po chwili kręcimy w lewo w polną drogę. Przód wyrywa bardzo mocno, ogólnie czołówka chyba mocniejsza niż w poprzednio odwiedzonych zawodach w tym okresie, a może tylko mi się tak wydaje… Tak czy owak jest szybko. Tętno wskazuje jednoznacznie – roztrenowanie rządzi się swoimi prawami 😀 Zwalniam bo ma być to zabawa w tym okresie. Po chwili zostaję gdzieś daleko w tyle. Wbiegamy do lasu i kręcimy w lewo w brukowany trakt. Biegnie się dosyć ciężko, buty niby testowane w górach na skałach, ale jest jakoś tak ślisko. W prawo w las i już po ściółce. Przed nami odcinek naszpikowany błotem i wielkimi kałużami. Gdzieś tam boczkiem boczkiem i można dać w lewo na trawiastą drogę biegnącą wśród lasu. Jest dosyć grząsko – na rowerze będzie tu wesoło. Trasa skręca o 90 stopni w lewo by po kilkuset metrach wpaść przez głębokie błoto z powrotem na brukowany trakt. Po nim prosto i w prawo w leśną drogę. Tutaj jest również trochę błotniście, ale biegnie się bardzo miło. Na końcu tej przebieżki kręcimy w prawo i wypadamy na polną drogę, którą biegniemy w prawo w kierunku strefy zmian pokonując ten sam odcinek, którym biegliśmy po starcie. Zmiana, uspokojenie tętna. Chyba siedzę w strefie za długo, jednak nie ma co się spinać. Zabieram rower i biegnę do miejsca gdzie będę mógł się na niego wdrapać. Pierwszy mój start na przełaju – co to będzie, co to będzie? Od początku jest miło 🙂 Te same odcinki, którymi przed chwilą biegłem przelatują o wiele szybciej przed oczami. Kałuże, błoto, po chwili brukowany trakt gdzie obraz lekko rozmywa się od drgań. Czuję się zdecydowanie lepiej niż na biegu. Wyprzedzam kilku zawodników. Po bruku miękko przez błoto i kałuże. Miałem lekkie obawy czy dam radę, ale maszyna idzie jak przecinak. Trochę ciężej jest na trawiastym odcinku w połowie trasy, ale po chwili wypadam znowu na bruk dociskając tempo. Lekki masaż i w prawo w lekko błotnistą, leśną drogę. Tutaj już pełen gaz. Na końcu w prawo i pod wiatr do strefy start. Na nawrotce spoglądam przez ramię na chłopaka, którego wyprzedziłem wcześniej i uczepił się moich pleców. Trochę nie lubię czuć oddechu na ramionach tak więc sugeruję żeby teraz on poprowadził kolejne okrążenie. Niestety nie jest zbyt skory do harcy, kolejne kółko kręci równo ze mną. Rozmawiamy sobie o rowerach i marce Canyon mijając po drodze kilku zawodników. Kolejna pętla i kolejne mijane osoby. Z okrążenia na okrążenie czuję się lepiej. Przez moment myślę sobie żeby odpuścić, ale jedzie się zajebiście i nie czuję mocnego obciążenia mięśni. Na początku czwartego kółka dokręcam jeszcze mocniej i zostawiam kolegę z pleców w tyle. Ha – jak na grubasa nie jest ze mną tak źle 😀 Myk, myk, myk i melduję się w strefie zmian.

Tutaj zmiana bardziej na fleku niż poprzednia i zaczynam ostatni etap czyli bieg. Trasa przewidziana jest na niecałe 3 kilometry. Z ośrodka w prawo i prosto pod leśnej drodze, która po chwili wije się częściowo wśród pól. Jest bardzo dużo kałuż i błota, ale biegnie się całkiem spoko. Po niecałych 1500 metrach stoi w lesie jedne z organizatorów co oznacza, że trasa robi nawrotkę w tym miejscu. Dostaję info, że jeśli dogonię jednego zawodnika to będę miał miejsce jak numer startowy (mam #19). Nie ma jednak opcji bym do dopadł, jest daleko przede mną, a ja czuję już, że energię przeznaczoną na ten rekreacyjny wypad już przepaliłem.

Na metę wpadam po kilku kolejnych minutach z czasem 01:2:50 zajmując 20 miejsce. Analizując wyniki wyczytać mogę, że pierwszy etap biegowy kończyłem na 33 miejscu, rower na 14 miejscu a drugi bieg na miejscu 26. Jak widać rower zdecydowanie lepiej 😉

Koledzy Błajet i Kot ponownie w bardzo dobrej formie zajmując odpowiednio miejsce 1 i 3 w swojej kategorii – gratulacje!!!

Podsumowując – może nie było technicznej trasy, może nie było wody do picia po zawodach, może nie było ciepłego posiłku, może nie było podium dla zwycięzców, może nie było papieru toaletowego w ubikacjach, ale była za to ciepła herbata i kawa z drożdżówką, szybkie zawody oraz wiele pasji włożonej w organizację. To każdy ze startujących musi docenić, a psioczyć może sobie pod nosem. Na ten moment do Żarnowca czy Zielonki jeszcze daleka droga, ale jest potencjał. Dla mnie samego nie był to może najciekawszy start życia, ale bardzo dobrze się bawiłem i jeśli za rok ponownie będzie możliwość spotkać się w Stęszewku to na pewno się pojawię!

Crossduathlon Poniedziska – zawody widmo?

Dodaj komentarz

avatar
%d bloggers like this: