Nie ma co owijać w bawełnę – w zeszłym roku w Żarnowcu było zajebiście 🙂 Oczywistą więc kwestią było, że postanowiliśmy pojawić się na drugiej edycji tych zawodów, która została zaplanowana na 28 października tego roku. Im bliżej tej daty tym bardziej pewne było, że warunki panujące na trasie będą zgoła inne niż te z roku poprzedniego. Umówmy się, że na brak deszczu przez ostatnie 3 miesiące nie można narzekać. Tak jak w zeszłym roku jesień była raczej sucha to w tym woda jest wszędzie, wylewa się z rowów, podtapia pola i łąki zamieniając każdy kawałek gleby w błotnistą maź. Dodatkowymi przeszkadzajkami miał być silny wiatr i polarne powietrze z północy. No nic ciepłe wełniane gacie pod pieluchę i można było wybierać się na start 😉

Oczywiście w stylu amerykańskim i to w wersji rozszerzonej bo na dwa auta, a co 😉 Parking w tym roku w innej lokalizacji, w sam raz na rozgrzewkę przed startem.

W drodze do biura zawodów zaliczam efektowny lot przez kierownicę gdy torba z ramienia wpada mi na przednie koło roweru. No zaczyna się elegancko, jak bym pierwszy raz jechał na rowerze 🙂 Przed samym biurem już całkiem spory ruch, ale widać, że główne uderzenie zawodników dopiero przed nami.

Odbieramy pakiety sprawdzając wcześniej swoje numery startowe.

Do startu została prawie godzina tak więc chowając się przed lekkim deszczem postanowiliśmy przygotować się do zawodów. Przebieranie, pakowanie depozytów i przygotowywanie sprzętu do strefy zmian zajęło nam trochę czasu. Dobiła do nas również reszta startujących tak więc nasza paczka była już cała w komplecie – łącznie z kibicami 😀

Po ogarnięciu detali przyszedł czas na wprowadzenie rowerów do strefy zmian i ułożenie rzeczy w podstawionych przez organizatorów skrzynkach.

Formuła zawodów to bieg – rower – bieg tak więc we wspomnianych skrzynkach znalazły się kaski oraz buty do przebrania i kilka innych fantów według uznania startujących. Byli i zawodnicy bardziej pro, którzy zamontowali sobie zamiast pedałów SPD koszyczki przez co nie musieli zostawiać butów w strefie zmian. Kilka sekund na zmianie na pewno zaoszczędzone!

Warto wspomnieć, że tak jak w zeszłym roku strefa zmian była bardzo dobrze obstawiona. Nikt przypadkowy nie mógł się w niej znaleźć, a cały zgromadzony w niej sprzęt był bezpieczny.

Do startu zostało jeszcze dobre kilkanaście minut także był czas na rozgrzewkę i szybkie zwiedzanie najbliższej okolicy. Wszystko przygotowane i dopięte na ostatni guzik.

Wygospodarowaliśmy też oczywiście chwilę na wspólne zdjęcie całej naszej grupy przed startem.

Kilka minut później staliśmy już w strefie startu. Poziom startujących chyba mocniejszy niż w zeszłym roku, przynajmniej oceniając tak na szybko organoleptycznie. Ci lepsi oczywiście ustawili się na przedzie, Ci bardziej zrelaksowani na tyle. Ja stanąłem gdzieś w połowie stawki. Trochę męczyła mnie myśl, że drugi rok z rzędu staję tu na starcie w połowie okresu roztrenowania po dosyć ciężkim sezonie. Nie wpłynie to na pewno pozytywnie na wynik, ale nie mógłbym przepuścić takiej okazji 🙂 Jeszcze tylko chwilowa walka organizatorów z brakiem prądu i odliczanie. Pach! Strzał ze startera oznajmia wszystkim, że ruszamy!

Pierwszy etap to około 3 kilometrów biegu po pętli gdzie kierunek biegu został odwrócony w porównaniu do roku poprzedniego. Organizatorzy posłuchali też głosów zawodników rezygnując z podbiegu schodami kilkaset metrów po starcie. Było to bardzo wąskie gardło gdzie nierozciągnięta jeszcze stawka powodowała mocny korek. Bardzo dobre rozwiązanie! Początek pętli to bieg piaszczystą drogą w kierunku Lisówek. Od samego startu próbuję trzymać się w pierwszej fali zawodników. Czuję jednak, że jest mi mega ciężko. Tętno w granicach 170 uderzeń na minutę potwierdza moje odczucia. Zwalniam, mam tutaj sobie po prostu pobiec, a nie się katować. Tempo spada do około 05:30 a tętno gdzieś do trzeciej strefy, tak już lepiej. Po około 1,5 kilometra skręcamy w lewo prawie o 180 stopni wpadając na polną drogę zamienioną przez opady deszczu w błotniste coś. Trasa zaczyna piąć się lekko pod górę co dodatkowo utrudnia zabawę. Buty trzymają jednak bardzo dobrze i można cisnąć. Po kolejnym kilometrze wbiegamy do lasu na szczycie górki przy Źródełku.

Trochę kluczenia po wąskiej ścieżce i zbiegamy ostro w dół wzdłuż wspomnianych już schodów. Teraz ostry zakręt w prawo i mamy jakieś 500 metrów do końca. Ponownie zwalniam bo zegarek bezlitośnie pokazuje czwartą strefę, a tego nie chce. Oj chyba się jednak zastałem przez te trzy tygodnie odpoczynku. Punkt pomiaru czasu i wpadam do strefy zmian. Tutaj pełen relaks, siedzę w niej chyba z 10 minut 😉 W końcu jestem gotowy na etap rowerowy.

Wyruszam w drogę, czuję od początku, że rower to jednak to co lubię najbardziej. Mijam kolejnych zawodników jadąc polną drogą w kierunku Dopiewa. Mija mnie też Daniel, który startuje z Gosią w sztafecie. Papa jest jednak poza moim zasięgiem, zostawia mnie w tyle jakby jechał elektrykiem. Po niecałym kilometrze skręcam w prawo w błotnistą drogę ciągnącą się wśród pól. Tutaj dopiero widać jak ludzie nie potrafią sobie radzić z cięższymi warunkami na trasie. Ktoś tam pcha rower, ktoś leży w polu, ktoś inny stoi po kostki w błocie. Większość zawodników przede mną strasznie zamula, a ciężko tu wyprzedzać. Po około 2 kilometrach wpadamy do lasku gdzie ukryte są budynki po bazie rakietowej.

Szybki, króciutki podjazd gdzie muszę zejść z roweru bo dziewczyna przede mną blokuje całą szerokość drogi i kolejny zakręt. Przede mną kilka osób jedzie jakby jechali w niedzielę po kościele na zakupy. Muszę ratować się ucieczką z drogi i atakiem po krzakach. Przypomina mi się jak w podobnej sytuacji podczas Solid MTB Maraton urywam hak. Trudno… Przelatuję jednak na szczęście bez szwanku przed grupę i wypadam na polną drogę prowadzącą w kierunku Lisówek. Wiatr wieje cały czas w bok lub plecy tak więc jedzie się całkiem spoko. Po chwili docieram na te samą, błotnistą drogę, którą jakiś czas temu wbiegaliśmy na górkę. Tym razem poruszamy się jednak w dół. Przyznać trzeba, że jest dosyć ciężko bo opony tańczą na głębokim błocie. Kręcimy w prawo i ruszamy pod wiatr drogą na Tomice.

Przed Tomicami odbijamy jednak o niecałe 180 stopni kierując się polami na północ. Tutaj kolejny błotny odcinek gdzie popełniam błąd i zapadam się kołami w mazi. Muszę podbiec kilka metrów żeby wrócić na stały ląd 😉 Na około 7 kilometrze kręcimy nagle w prawo. Tutaj kolejna pozytywna zmiana na trasie zawodów. Podjeżdżamy na górkę i wpadamy na piaszczyste pozostałości ni to żwirowni ni to jakiegoś mini toru dla motocykli crossowych. Jest bardzo dużo piasku i czeka nas trochę interwałów. Ekstra! O wiele lepsze rozwiązanie niż w roku poprzednim. Zakopuję się w piasku i muszę podbiec pod piaszczysty podjazd. Teraz mocno w dół i skręcamy w prawo wpadając na błotną przecinkę. Ostatnie kilometry to ubite drogi pośród lasów i pól. Jest trochę błotniście i dziurawo, ale można cisnąć. Przede mną już strefa zmian, zeskakuję z roweru i przebiegam przez pomiar czasu. Odwieszam rower i przebieram buty. Jest też czas na żel i coś do picia.

Wybiegam na ostatni etap czyli pętlę biegową. Na początku „dookoła” strefy startu przy Samicy Stęszewskiej. Mała to rzeczka jednak w lesie obok Źródełka wyrzeźbiła niezły wąwozik. Widoki wspaniałe. Po nawrocie przebiegam koło biura zawodów ścigając się z Tosią 😉 Po chwili mostek gdzie trzeba chyba trochę uważać bo może być ślisko.

Podbieg i dosyć prost droga przez las. Zbiegamy w lewo i kręcimy po pewnym czasie głębiej w las. Tutaj pierwszy mocny podbieg. Teren jest bardzo piaszczysty i w tym przypadku nadmiar wody akurat pomaga. Nie zapadamy się w piasku jak w roku poprzednim, można trzymać tempo. Spoglądam na zegarek i przechodzę do marszu, tętno pod 180 uderzeń to zdecydowanie nie jest strefa gdzie chcę być w tym momencie. Na górze w lewo i ostro w dół.

Lekka nawrotka i bardzo mocno pod górę. Nogi jednak zapadają się w mokrym piasku, ale tragedii nie ma. Biegnę, ale tętno wskakuje na 184 uderzenia – no to już naprawdę przesada 🙂 Maszeruję na górę gdzie siedzi ekipa ratunkowa. Nie mają piwa więc muszę biec dalej 😀 Zbiegam lasem i kieruję się w stronę mety. Od 3 kilometra biegniemy drogą, która zachowuje się jak zaorany pas ziemi niczyjej między dwoma państwami w stanie wojny. Jest mega miękko, ale ślady poprzedników wydeptały już kawałek bardziej związanego gruntu. Przebiegamy przez pole kukurydzy i kręcimy w lewo. Do mety blisko jednak do pokonania ostatnia przeszkoda. Schody zostały zdjęte z agendy pierwszego biegu, ale nie całkowicie. To byłoby lekko mówiąc nierozsądne. W tym momencie gdy stawka jest już mocno rozciągnięta doskonale wpisują się w plan trasy. Jest mocno, na dodatek stopnie są trochę śliskie. Tętno znowu skacze w piątą strefę, niedobrze. Na górze w lewo i zbiegamy przy źródełku w kierunku finiszu. Ostatnie kilkaset metrów i wpadam na metę.

Tutaj czeka już na mnie wójt gminy, normalnie spotkanie na szczycie 🙂 Gratulacje, medal i te sprawy no i można udać się poszukać reszty ekipy.

W okolicy biura zawodów napotykam fotografa Tomka Szwajkowskiego, który szybko uzupełnia kalorie i wraca na metę robić zdjęcia.

Nie wiem czy miał ze sobą teleport czy był motocyklem, ale widziałem go w kilku różnych punktach trasy raczej oddalonych od siebie i przez połowę zmagań zastanawiałem się jak to robi 😉

Na mecie same dobre wiadomości. Gosia z Danielem startujący w sztafecie kończą zawody na bardzo dobrym #8 miejscu OPEN i #5 w swojej kategorii.
Indywidualnie Błajet w formie wpada na metę #4 OPEN i #1 w kategorii! Kolega Kot trenujący jeszcze tydzień wcześniej w Świeradowie uplasował się jedno oczko niżej. Darek dotarł #69 OPEN, a mnie przypadło 37 miejsce OPEN czyli ciut gorzej niż w roku poprzednim. Czekamy na dekorację. Strefa zmian jeszcze pełna.

Po chwili zaczyna jednak pustoszeć. Mam trochę czasu na ocenę sprzętu. Rowery całe uwalone błotem, reszta rzeczy też niczego sobie 🙂

Na szczęście w domu jest woda to będzie można umyć to i owo. Organizatorzy otwierają strefę zmian, można zabrać rowery. Numer każdego zawodnika wyprowadzającego sprzęt jest sprawdzany z numerem startowym na rowerze. Sprawa niby oczywista jednak bardzo dobrze, że organizator pilnuje takich tematów. Nie z takich imprez ginął sprzęt…

Czas na dekorację zwycięzców. Koledzy Błajet i Kot bardzo kontent z wyniku.

Ja zresztą też jestem mega dumny z wyników całej ekipy, gratulacje!!!

Zbieramy całość sprzętu i depozyt po czym kierujemy się do aut. Pakowanie rowerów, pożegnanie i w drogę do domu. Po chwili jestem w domu gdzie czeka już na mnie ciepły obiad – no lubię to, nie będę ukrywał 😉 Wyciągam mokre rzeczy i buty rowerowe na podłogę…

Widzę kątem oka minę żony gdy woda z mieszaniną błota i liście pada na podłogę. Oj chyba czeka mnie sprzątanie….. 😉

Podsumowując… Cross Duathlon Żarnowiec trzyma cały czas bardzo wysoki poziom. Ba! Zmieniając pierwszą trasę biegową na mniej zakorkowaną i mocno urozmaicając etap rowerowy ten poziom podnosi!!! Widać, że organizatorzy robią wszystko żeby każdy z uczestników bawił się doskonale. Wyciskają z naszej płaskiej okolicy co mogą dbając też o inne szczegóły zawodów. Za to wszystko po raz kolejny słowa uznania i czapki z głów! Odwaliliście Panie i Panowie ponownie kawał dobrej roboty pokazując, że lokalne zawody mogą ze spokojem zawstydzić niejeden duży wyścig.

A to oznacza tylko jedno – widzimy się za rok!

😀

Zdjęcia:

Fotografia Tomasz Szwajkowski

Szwajkowski.info

Ada i Mateusz GOSiR Dopiewo

Grajczak Studio

 

 

II Cross Duathlon Żarnowiec 2017 – jeszcze bliżej perfekcji…
avatar
%d bloggers like this: