… W Poznaniu po powrocie z Karpacza meldujemy się koło 20:00. Szybka wizyta w domu, zabranie roweru, podrzucenie Tomka pod wskazany adres i pędem na Maltę gdzie Klaudyna i Krzysiek czekają na nas z pakietami startowymi Poznań Challenge.

Na pomysł startu w sztafecie triathlonowej na dystansie 1/2 IM wpadliśmy w zeszłym roku. Bardzo szybko wpisaliśmy się na listę. Krzysiek miał płynąć, ja miałem jechać na rowerze a Ania miała biec. Każdy wybrał swój „ulubiony” sport co było gwarancją sukcesu 😉 Oczywiście ustalenia był takie, że jedziemy się bawić, a nie walczyć o wynik. I tak też było.

Gdy wstawiliśmy rower do strefy zmian pozostało udać się do domu na spoczynek. Tak prawie bo odwiedziliśmy jeszcze grill party w Kiekrzu 😉 Po północy grzecznie jednak zameldowałem się w łóżku. Rano jeszcze szybki kurs nauki chodzenia bo ból nóg po Śnieżce był ogromny i można było udać się na Maltę.

Krzysiek startował o 9:15. Po tym co widziałem w każdej z fal był chyba jednym z dwóch zawodników w stawce bez pianki. Pierwsi zawodnicy zaczęli powoli meldować się na brzegu tak więc musiałem ustawić się w strefie zmian. Z wody zaczęły wychodzić czerwone czepki a to „nasza” fala. Jest i Krzysiek – widać, że zmęczony, ale z uśmiechem na ustach 🙂

Gdy pojawił się w strefie zmian widzę, że w wodzie było raczej zimno. Słońce zresztą skryło się za chmurami i zaczęło bardzo mocno wiać. Zakładam chip pomiaru czasu, biorę rower pod pachę i biegnę do ul. Krańcowej gdzie zaczyna się mój etap.

Trasa rowerowa to 90 km podzielone na dwie pętle po 45 km. Wpinam się w spdy i można zacząć ciąć. Nogi przestają boleć, nie szarpię jednak, jadę na wysokiej kadencji i w dolnych strefach. Sprawa jest o tyle prosta, że wieje w plecy tak więc średnia ładnie kręci się powyżej 35 km/h.

 

W Kostrzynie jest nawrotka i wtedy wiatr przestaje być sprzymierzeńcem. Miejscami wieje bardzo mocno tak więc trzeba trochę mocniej kręcić korbą. Średnia spada jednak do 30 km/h. Na kilometrze #40 mijam dopingującą mnie małżonkę i lecę w kierunku Śródki a dalej na nawrót na ul. Hlonda. Czuję, że tylne koło coś mocno tańczy. Laczek… Powietrze ucieka jednak bardzo powoli co mega dziwne w oponie szosowej. Może uda mi się dociągnąć. Za zawrotką widzę, że jest źle. Gdy na powrocie docieram do Śródki opona zaczyna się zawijać. Nie dotrę do serwisu na Krańcowej. Zatrzymuję się poboczu i próbuję dopompować koło. Pompka jednak ma jakąś awarię. Pięknie… Jakby tego było mało to podnosząc wzrok widzę, że stoję centralnie w środku korka samochodowego spowodowanego przez zawody. Gąszcz aut na drugim pasie a w nich przy szybach rozwścieczeni kierowcy. Czuję się jak Sid z arbuzem otoczony przez Dronty Dodo w Epoce Lodowcowej. Wszystkie twarze patrzą się na mnie i zdają się równo krzyczeć jak w kreskówce – „Zginiesz marnie, zginiesz marnie, zginiesz marnie!!!” Czas brać nogi za pas. Do serwisu na Krańcowej mam jakieś 4 kilometry. Bieg w spdach po wczorajszej Śnieżce nie jest szczytem moich marzeń, ale przecież się nie wycofam. No to but…

Po drodze mijam wiele osób chcących mi pomóc jednak potrzebuję dostać się na serwis. Uciekam od Dodo mijając Śródkę i biegnę ul. Warszawską. Przede mną meeeega długa prosta. Na kilkaset metrów przed serwisem spotykam się z Anią, która biegnie ze mną i pyta czy coś poważnego czy dam radę jechać dalej. Tak, raczej pojadę. Jakaś pani w celu dodania otuchy także zaczyna biec z nami. Lubię to 😉

 

W końcu jest serwis. Szybka zmiana dętki i można lecieć dalej. Wiele osób myślało, że kończę już okrążenie – niestety zaczynam je dopiero.

 

W końcu ruszam dalej. Ostatnie 45 kilometrów przede mną. Średnia spadła do 25 km/h. Na bieganiu i serwisie straciłem jakieś 30-40 minut. Do Kostrzyna znowu z wiatrem tak więc jest dosyć luźno. Powrót znowu pod wiatr. Zaczyna trochę padać, ale tylko przelotnie. Doganiam kilka osób, które wyprzedziły mnie na Śródce. Mimo podmuchów jedzie mi się całkiem luźno. W końcu Antoninek i ostatnie kilka kilometrów. W okolicy Śródki znowu czuję, że coś niedobrego dzieje się z tylnym kołem. No ile można… Opona trzyma jednak powietrze w stopniu umożliwiającym jazdę. Mijam ponownie ekipę Dodo i wracam do Krańcowej.

 

W kilka chwil docieram do początku strefy zmian. Zsiadam z roweru. Tutaj strzał – nogi uginają się pode mną. Pierwsze kroki stawiam bardzo powoli i sztucznie. Po chwili przechodzę do biegu – jest już lepiej – zastały się 😉 Przy strefie zmian mijam moją drugą połowę, która mocno mnie dopinguje.

 

W strefie czeka już Ania, której przekazuje chip i przebijam piątkę. Ma przed sobą do pokonania trasę półmaratonu czyli 4 okrążenia Malty. Spotykam się z resztą ekipy – podejmujemy decyzję – Ania niech ładnie biega, a my pójdziemy na piwko na zakwasy 😉

 

Dopingujemy koleżankę dzielnie walczącą na trasie, a z każdym okrążeniem robi się chyba bardziej wesoło 😀 Gdy Ani zostaje połowa ostatniego okrążenia przenosimy się bliżej trasy aby wbiec na nią razem zgodnie z ustaleniami co do sztafet. Jest, biegniemy razem.

 

Na metę wpadamy z czasem 6:41:22 zajmując 17 miejsce na 18 sztafet 🙂 Plan wykonany – miała być zabawa – była! Na mecie gratulacje i oklaski od bliskich nam osób. Super sprawa!

 

Jeszcze szybki posiłek regeneracyjny, uzupełniamy płyny i porywamy arbuza 😉 Walka na trasie biegowej trwa i trwać będzie do późnego wieczora. Niektórzy z dystansu długiego docierają dopiero do mety etapu rowerowego. Zabieram rower ze strefy zmian – oczywiście z laczkiem… Żegnamy się z ekipą i ruszamy każdy w swoją drogę. Gdy docieramy do domów nad Poznań dociera wielka ulewa doprawiona porywistym wiatrem. Dobrze, że już w czterech ścianach. Wrzucam na ruszt jakieś białko i węgle i zasypiam na kanapie z czasem 1,5 sekundy…

To był udany dzień 🙂 Dzięki wszystkim startującym za udział i zabawę, a naszym wiernym kibickom za dodawanie sił i wsparcie na trasie!

Foto: Jarek Koperski – sport

 

 

 

 

 

 

 

 

Challenge Poznań i Sztafeta X
avatar
%d bloggers like this: