Plany o wizycie na zielonej i dalekiej (czy aby aż tak?) Ukrainie pojawiły się w mojej głowie gdy tylko Sławek Konopka ogłosił, że zorganizuje ze swoją ekipą bieg Bojko Trail. Projekt bardzo szybko nabrał rozpędu zapowiadając coś czego jeszcze na pewno nie było dane mi spróbować. Połączenie ultra z połoninami i szczytami dzikich, ukraińskich Bieszczadów Wschodnich powodował u mnie na samą myśl szybsze bicie serca i gęsią skórkę. Myślę, że podobne odczucia miał kolega Karol, który zapisał się razem ze mną na najdłuższą trasę czyli 120km+. Czas leciał bardzo szybko jednak w związku z kontuzją Karola pozostałem sam na placu boju wypatrując daleko na wschód. Pozostało zaplanować logistykę i tu okazało się, że na szczęście z moich regionów wszechświata w podróż za góry i lasy wybiera się też kolega Łukasz. We dwójkę zawsze raźniej tak więc bardzo szybko zintegrowaliśmy nasze plany. Łukasz na początku miał biec trasę średnią 80km+, jednak w związku ze startem w UTMB przepisał się na dystans 40km+ planując zrobić jak to ładnie ujął „mocny trening”. I tak oto w pierwszy czwartek lipca spotkaliśmy się obładowani tobołami na jednym z kopertowych cudów naszego miasta, czyli handlo – dworcu PKP Poznań Główny. W sumie jest to bardziej kilka odcinków torów przyklejonych do wielkiego centrum handlowego, ale kasa się misiu zgadza tak więc po co narzekać. Podróż do Przemyśla miała zabrać nam ponad dziewięć godzin i tak też się stało.

Pociąg załapał tylko kilkanaście minut opóźnienia co na tej trasie jest ewidentnie sukcesem 😉 W samym Przemyślu byłem tylko do tej pory dwa razy przejazdem rowerem podczas przedzierania się przez wschodnie tereny naszego kraju. Nie miałem nigdy czasu na szersze zwiedzania, a szkoda bo to bardzo ładne i pięknie położone miasto. Rozbiliśmy się z noclegiem w apartamentach przy rynku i udaliśmy się na lekkie rozbieganie w kierunku wzgórza Zniesienie. Żeby w centrum Poznania były takie tereny do biegania… ehhh…

Na górze minęliśmy Kopiec Tatarski i zrobiliśmy szybką pętlę dookoła pozostałości twierdzy. Kolega Łukasz to kawał biegacza tak więc musiałem się trochę wysilić, aby utrzymać jego „spokojne” tempo.

Zwłaszcza, że od dnia poprzedzającego wyjazd szprycowałem się tabletkami w związku z jakimś przeziębieniem. Na górze jeszcze szybkie foto i pomoc zagubionym turystkom z Ukrainy 😀

I udaliśmy się na nocleg zbiegając po miejscami całkowicie zarośniętym stoku narciarskim wprost ku zachodzącemu słońcu 😉

Teraz już tylko przygotowanie gratów do dalszej drogi i zakupy po czym wyskoczyliśmy na jakieś jedzenie rozprostowując ponownie nogi po długiej podróży spacerem po zachodzących mrokiem ulicach.

Rano wczesne pobudka i szukanie apteki w celu nabycia drogą kupna kolejnej dawki lekarstw na przeziębienie po czym można było zjeść pożywne śniadanie.

Do tej pory nie wiem dlaczego szef kuchni miał taką minę podczas smażenia jajecznicy, ale zarzekał się, że nie jest weganinem 😉 Tak czy owak jedzonko było pierwsza klasa i w okolicy godziny 11:00 pożegnaliśmy nasz nocleg (gdyby ktoś poszukiwał dobrego noclegu w przystępnej cenie w centrum Przemyśla polecam serdecznie!) udając się w kierunku dworca PKS. Autobusy podstawione miały zostać przez organizatora w samo południe, a na dworzec mieliśmy jakieś 10 minut marszu, tak więc bardzo szybko znaleźliśmy się we wskazanym miejscu.

I tu zaczęły się problemy, bo transport organizatora miał zabrać na wschód jakieś 200 biegaczy, a kwadrans po 11:00 byliśmy na dworcu sami. Owszem zeszło się kilka osób, które też czekały na rydwany jednak coś nam mocno nie pasowało. Zaczęliśmy studiować mapę przesłaną przez organizatora porównując ją z topografią okolicznego terenu i jakieś 7 minut przed wskazaną godziną odjazdu dzięki jakimś tubylcom okazało się, że jest w Przemyślu jeszcze jeden PKS, a dokładnie jego baza. Na szybko wskoczyliśmy w kilka osób do taryfy stojącej pod dworcem PKS #1 i udaliśmy się do dworca #2 nie będąc do końca pewnymi, czy podjęliśmy dobrą decyzję. Pan kierowca był jednym z tych, którzy w życiu mają czas i mało brakowało żeby ktoś z nas wyrwał mu kierownicę i poprowadził samemu. Na szczęście odcinek dzielący oba dworce to tylko kilka kilometrów i już po chwili byliśmy w prawidłowym miejscu – sądząc po ilości biegaczy w tej lokalizacji.

Rozsiedliśmy się po autobusach według list, które miały usprawnić kontrolę Straży Granicznej i czekaliśmy na ostatnie jadące osoby. Kultową postacią został w tym momencie pewien kolega Krzysztof, który o planowanej godzinie odjazdu autokarów był gdzieś pod Szczecinem, ale wszyscy jego znajomi mocno wierzyli, że uda mu się zdążyć 😉 I tak oto nieznany mi do dzisiaj kolega Krzysztof stał się zaczątkiem poznania jednej z najlepszych ekip, z którymi jechałem kiedykolwiek na zawody. Przywiało nas z różnych zakątków świata – Toruń, Siedlce, Warszawa, Przemyśl, Poznań – ale już po kilku minutach wiedziałem, że będzie to kultowy wypad i czułem się jakbym znał się ze wszystkimi od dobrych kilku lat!W atmosferze wszelakiej maści opowieści dotarliśmy w mgnieniu oka do przejścia granicznego w Medyce. W sumie kolejka do granicy zaczynała się chyba zaraz za tablicą wyznaczającą koniec Przemyśla, a dalej już tylko jeden wielki sznur aut, busów i ludzi. Po stronie polskiej mieliśmy fory, jednak strona ukraińska nie do końca rozumiała wagę zawodów i tego kto podróżuje autobusami. I tak spędziliśmy na granicy ponad trzy godziny w piekącym słońcu oraz temperaturze w środku pojazdu w okolicy 45 stopni Celsjusza. Warto dodać, że tylko nasze wozidło z czterech brało czynny udział w redukcji emisji gazów cieplarnianych na planecie Ziemia nie posiadając klimatyzacji.

Negatywne emocje narastały jednak cała załoga trzymała fason. Człowiek bardzo szybko przyzwyczaja się do dobrego i wielu nie pamięta jak było na przejściu w Świecku jeszcze dobre kilka lat temu. Na szczęście jednak do autobusu wkroczyła niebieskooka, blondwłosa Iryna odziana w zwiewną panterkę ukraińskiej Straży Granicznej i bez zbędnych grymasów na twarzy ze wzrokiem mocno radykalnej dominy zabrała nasze paszporty gdzieś w sobie tylko znane miejsce. Po kilkudziesięciu minutach była już z powrotem rozdając podbite dokumenty.

Nadal grała twardą babkę, zwłaszcza wobec jednego z naszych współtowarzyszy podróży, który okazał się być Białorusinem, a jakby nie patrzeć Białorusini nie są obecnie najbardziej lubianą nacją na Ukrainie. Polityka i biegi ultra nie idą jednak w parze więc ten wątek zostawimy… Nasz szofer pełną para ruszył na wschód, by po krótkim postoju na pierwszej stacji benzynowej, gdzie uformowaliśmy konwój z autobusów ruszyć dalej w kierunku bazy zawodów. Do pokonania mieliśmy jakieś 150 kilometrów gdyż kierowcy w związku z obsuwą na granicy wybrali drogę „na skróty”, a nie przez Lwów. Lokalne drogi na Ukrainie to miejscami jakby „wpłynąć na suchego przestwór oceanu, wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi, wśród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi…” Jest po prostu trochę dziurawo i nierówno 😉 Przepisy też nie są do końca przestrzegane i tak na na przykład podwójna linia ciągła nie zawsze (nigdy?) nie oznacza zakazu wyprzedzania. Ilość Kamazów i innych Ład jadących nam na czołówkę można było policzyć w dziesiątkach. Podróż mimo wertepów mijała całkiem sprawnie do momentu gdy w autobusie zaczęła unosić się woń czegoś palonego. Nie były to jednak kadzidełka ani skręty z liści modrzewia, a coś bardziej mechanicznego jak … okładziny hamulców?

I tak oto po kilkunastu kilometrach wyprzedziła nas usportowiona Łada (oczywiście jak to na Ukrainie szyby prąd, szyby dym) i pan z okazałym goldem na szyi pokazał nam żeby zjechać na pobocze. Tutaj okazało się, że na nasz ekologiczny autobus chce zająć się ogniem.

Na szczęście po chwili postoju i kilku butlach wody dym zaczął znikać zostawiając za sobą jedynie smród spalenizny. Nasz szofer zachował naprawdę profesjonalną postawę i po kilkudziesięciu minutach lecieliśmy już dalej dobijając od czekającego na nas konwoju. Na miejscu w Żdeniewie zameldowaliśmy się po godzinie 21:00 lokalnego czasu od razu odbierając pakiety i rozbijając namiot.

Start dystansu długiego przewidziany był na 03:00 rano tak więc zbyt wiele czasu nie pozostało… O godzinie 23:00 odbyła się odprawa dla spóźnialskich. Sławek bardzo obrazowo przedstawił nam trasę zawodów punktując wszelakie zagrożenia i niebezpieczne miejsca czyhające na trasie. Powiedział też jedną rzecz, którą moja głowa wychwyciła w mig – osoby z długiej trasy, które podejmą decyzję o skróceniu dystansu w ostatnim punkcie kontrolnym będą klasyfikowane na dystansie 80km+… Nie powinienem był tego usłyszeć, ale co się usłyszy to się już nie odsłyszy… Udałem się więc do namiotu życząc Łukaszowi spokojnej nocy i udanych zawodów. Skubany zasnął w jakieś 3,5 sekundy, a ja jakoś nie mogłem znaleźć miejsca dla siebie. Alarm o 02:00 nad ranem przyszedł bardzo szybko, za szybko… Ubrałem się, zjadłem coś, dopakowałem plecak i żegnając chrapiącego kolegę ruszyłem na linię startu.

Dystanse 120km+ oraz 80km+ startowały razem tak więc ludzi było całkiem sporo. Ostatnie uwagi Sławka i równo o 03:00 lokalnego czasu ruszyliśmy na trasę.

Pierwszy odcinek kończący się punktem na Żurawce liczył 22 kilometry z ponad 1300 metrami wspinaczki i prawie 550 metrami zbiegów. Zaczęliśmy równo asfaltem przez jakieś dwa kilometry po czym odbiliśmy na północ przedzierając się przez mostek i wbiegając w las. Grupa zaczęła się rozciągać. Gdy wybiegliśmy z linii lasu zaczęło mocno dmuchać i padać. Czas założyć kurtkę. Ciemno, niczego nie widać poza światłami czołówek.

Po 10 kilometrach trasy i 1000 metrów przewyższeń meldujemy się na Pikuju (1406 m.n.p.m.), najwyższym szczycie Bieszczadów. Nadal niczego nie widać, a wiatr urywa głowę. Szacunek dla wolontariuszy kierujących ruchem na górze w te pogodę.

Nadal jest bardzo ciemno chociaż widać, że od wschodu baaaardzo powoli zaczyna się przejaśniać. Zbiegam w grupie ze szczytu i coś zaczyna mi nie pasować. Patrzę na track w zegarku i okazuje się, że musimy zawrócić. Nadrabiamy pomyłkę trasy dodatkowymi dwoma kilometrami.

Nad połoninami wstaje dzień. Robi się co raz jaśniej. Po dłuższej chwili jest już naprawdę widno. Nadal mega dmucha, jednak przebijające się przez mgłę i chmury budzące się słońce dodaje otuchy.

Przed nami jakieś 10 kilometrów szybkiego biegu. Trasa owszem wiedzie cały czas góra dół jednak na te chwilę brak spektakularnych podejść czy zbiegów.

Wiatr i zacinający momentami deszcz przypominają mi zeszłoroczne zmagania w Walii. Teraz jednak jest chyba bardziej przyjemnie. Jest zimno, ale przynajmniej nic nie zamarza…

Biegnę tak sobie kolejne kilometry doganiając jedną z zawodniczek. W głowie rodzi mi się szalona myśl – chyba znam te sylwetkę i ten krok… Nieee to nie może być prawda… Mam już halucynacje na samym początku??? Wyprzedam wspomnianą zawodniczkę i stawiam wszystko na jedną kartę. Zdejmuję kaptur z głowy i odwracam się w celu sprawdzenia. No nie wierzę, przecież to utytułowana i szybka jak błyskawica Jola Witczak, która uratowała mi tyłek na Władcy Pierścienia.

Ja pierdziu – mieszkamy od siebie jakieś 5 kilometrów w sąsiednich miejscowościach, a spotykamy się przypadkiem 1000 kilometrów od domu gdzieś na bieszczadzkich połoninach. Szybkie przywitanie i lecimy dalej. Docieramy na pierwszy punkt kontrolny na Żurawce (1226 m.n.p.m.). Uzupełniamy napoje i wrzucamy coś na ząb. Nie ma co za długo stać bo szybko robi się zimno.

Do kolejnego punktu mamy 16 kilometrów trasy, niecałe 500 metrów w górę i ponad 1000 metrów w dół. Jola wykorzystuje moment mojej nieuwagi zostawia mnie w tyle 😉 🙂 (pozdrawiam Cię Jola serdecznie i podczas pisania tej relacji śledzę cały cza na żywo Twoją walkę na 240 km trasie Biegu 7 Szczytów!)

Zbiegam dosyć ostro w kierunku doliny i w okolicy wsi Husny zaczynamy długi, ale bardzo spokojny podbieg. Jakiś żartowniś zmienia oznakowanie trasy, jednak track w zegarku prostuje sytuację. Przez chwilę biegnę z chłopakiem z Krakowa, który ma gorszy moment i zostaje z tyłu. Lekki, ale dłuższy zbieg i melduje się na punkcie we wsi Roztoka. Tutaj ponownie uzupełnienie bidonów oraz uzupełnienie spalonych kalorii.

Ruszamy na kolejny odcinek liczący 9 kilometrów długości, z sumą podbiegów około 800 metrów i 500 metrach zbiegów.

Docieramy do szczytu Munczel (1327 m.n.p.m.) będącego czasem uznawanym jako trzeci wierzchołek Ostrej Hory. Sama Ostra Hora (1405 m.n.p.m.) ma dwa wierzchołki połączone siodłem. Wdrapuje się na nie całkiem zgrabnie i biegnę na południe podziwiając piękne widoki. Chmury i mgły opadły, jest pięknie. Teraz już tylko zbieg i wpadam na Przełęcz Perełuki. To miejsce według pierwotnych założeń mam odwiedzić jeszcze dwa razy. Mieści się tutaj główny punkt kontrolny, a obecnie czeka tu na mnie przepak.

Przebieram zajechane skarpety, zakładam opaski kompresyjne i oddaje się w ręce wolontariuszek. Te kobitki naprawdę wiedzą co dobre. Uzupełniają bidony oraz bukłak, przynoszą barszczyk oraz risotto. Co chwila pytają czy w czymś pomóc lub czy coś przynieść. Naprawdę czapki z głów za pomoc biegaczom. Co chwila wbiegają nowe osoby, czas się zbierać.

Pętla, która mnie czeka ma lekko ponad 20 kilometrów. Popełniam strategiczny błąd źle szacując czas jaki przyjdzie mi spędzi na trasie. Nie przewidziałem, że może czekać mnie taka wyrypa 😀 Startuję na lekko zabierając tylko dwa pełne bidony, jedzenie i rzeczy z wyposażenia obowiązkowego. Cała reszta zostaje na przepaku, w tym bukłak. Do pokonania mam kilometr w górę i kilometr w dół. Rachunek prosty 😀 Zaczyna się bardzo spokojnie 5 kilometrowym, lekkim zbiegiem. Ruszam dosyć żwawo, ale przeszkadza mi ucisk łydek przez kompresy. Czy tak powinno być? No brawo Sherlock’u założyłeś opaski uciskowe to czego się spodziewałeś jeśli nie ucisku…? Niby tak, ale widać, że mam już trochę opuchnięte nogi i uczucie jest mocniejsze niż normalnie. Przyzwyczajam się do tego po pewnym czasie.

Teren zaczyna jednak lekko piąć się w górę i po chwili rozpoczynamy podbieg prowadzący prosto do strumienia wzdłuż którego poruszamy się naprawdę techniczną trasą. Jest ślisko, mokro, stromo, kamieniście i niebezpiecznie. Na dodatek cały czas trzeba przedzierać się przez gąszcz paproci, powalonych drzew i innych wynalazków.

Cały czas myślę o tym ile kleszczy jedzie teraz ze mną na gapę… Przedzieramy się koło Wodospadu Wojwodyn będącego największym wodospadem na Zakarpaciu. Niedolę dzielę z jednym kolegą, który ma tak jak ja dosyć tego odcinka.

Gdy wydaje się nam, że wychodzimy z opresji przed nami staje „Ściana Płaczu”. Odcinek jakichś 500 metrów prawie pionowej przedzierki przez mieszankę lasu, krzaków i innych uciech cielesnych… Wdrapanie się na górę zajmuje naprawdę sporo czasu. W tym momencie po raz pierwszy mam wszystkiego serdecznie dość. W głowie mieszane myśli. Na końcu tego podejścia wisi kartka z markerem gdzie można zapisać podziękowania za ten odcinek i przesłanie do organizatora. Nie piszę nic bo byłyby to same brzydkie słowa 😉 Złość mija jednak bardzo szybko 🙂

Wbiegamy na zalesiony szczyt Runa Plaj (1227 m.n.p.m.), a dalej na Menczuł (1104 m.n.p.m.) i naszym oczom ukazuje się po prawej Połonina Równa. Pasmo ciągnące się przez prawie 15 kilometrów, należące do Beskidów Połonińskich, robi ogromne wrażenie. Przywołane w myślach połoniny z polskiej strony granicy wydają się być naprawdę mikro…

Zaczyna się robić gorąco. Słońce już dawno wyszło zza chmur i grzeje niemiłosiernie. Moje dwa bidony są już prawie puste. Droga mimo, że piękna zaczyna się strasznie ciągnąć, a końca nie widać. Dopadam w połowie podejścia do jakiegoś strumyka. Najpierw szybki test wody, po czym napełniam jeden z bidonów. Od razu lepiej, teraz to można śmigać! Widzę kilku innych zawodników, którzy też uzupełniają płyny. Po kolejnych kilku kilometrach wpadam na betonowe płyty będące końcowym odcinkiem podbiegu i docieram do najwyższego punktu połoniny czyli szczytu Równa (1482 m.n.p.m.). Znajdują się tu pozostałości radzieckiej bazy rakietowej i koszar. Jest też kilka namiotów i nawet są jacyś ludzie 🙂 Od dłuższego czasu w mojej głowie trwa walka o wiele cięższa niż sam bieg i brak wody. Jestem na trasie ponad dwanaście godzin, przebiegłem do tej pory 67 kilometrów. Mogę zbiec do punktu Perełuka i pobiec na kolejne tyle samo kilometrów i godzin lub skrócić dystans na średni i za parę chwil być już na mecie. Pokonuję cztery kilometry mocno błotnistego zbiegu i zasiadam ponownie we wspomnianym punkcie kontrolnym, który opuściłem niecałe pięć godzin temu. Cały czas biję się z myślami.

Po rozmowie z innymi biegaczami z „mojego” długiego i wolontariuszami podejmuję decyzję. Przyjechałem tu po to żeby przebiec długi dystans i taki postaram się przebiec. W tym miejscu serdeczne podziękowania dla wszelkich ludzi z punktu, którzy pomagali, dopingowali, wspierali. Powiem ponownie biegacze to jedno, ale ekipa wolontariuszy z punktu na Perełukach zasługuje na medal!

Zabieram ze sobą już cały majdan i wyruszam na pętlę prowadzącą na północny – zachód. Do kolejnego punktu mam 26 kilometrów, 900 metrów w górę i 1400 metrów w dół. Początkowy odcinek to lekki zbieg poprzecinany błotem, kamieniami i przeprawą przez kilka potoków.

Widać, że jest to teren intensywnych prac leśnych, czyli jest tu cywilizacja. Przynajmniej miejscami 😉 Zbieramy się w luźną grupkę czterech biegaczy, która często się rozpada, po czym znowu formuje razem. Niby biegniemy w grupie, ale w sumie osobno.

Stosunkowo łatwy odcinek uśpił naszą czujność. Było za spokojnie. Po chwili ostro kręcimy w lewo i zaczyna się druga w dniu dzisiejszym wyrypa. Tym razem oznaczona jako Mordor. Jest to mieszanka rwanych prób biegu, przechodzenia przez powalone pnie drzew, brodzenia przez górski potok, trawersów po urwisku, wspinaczki po prawie pionowej ścianie zbocza i walki z plątaniną krzaków, gąszczem paproci i myśli o tym ile ponownie kleszczy biegnie teraz ze mną 😉 Po raz kolejny pojawiają się bardzo niewybredne komentarze na temat trasy 😛 Poruszamy się minimalną prędkością. Po niecałych 4 kilometrach tego piekła wybiegamy w końcu na Przełęcz Kałuzka (1018 m.n.p.m.).

Słońce powoli zaczyna chować się za horyzontem. Gubimy też jednego z biegnących z nami chłopaków. Zostaję trochę z tyłu czekając na niego jednak grupa niezbyt przejmuje się tym tematem i leci do przodu. Zaczyna się robić zimno więc też ruszam dalej.

Pokonuję kolejne 4 kilometry i niecałe 400 metrów w pionie wdrapując się na szczyt Lutańska Holica (1374 m.n.p.m.). Piękna panorama okraszona promieniami znikającego za widnokręgiem słońca robi ogromne wrażenie. Wieje jednak niemiłosiernie tak więc nie ma co się tutaj zatrzymywać na dłużej.

Ostatni rzut oka na zachód i zaczynam długi zbieg do wsi Łumszory. Na początku jest diabelnie zimno, bo wiejący z północy wiatr mocno chłodzi otoczenie, a słońce mruga ostatnimi promieniami nie dając już tyle ciepła co w ciągu dnia.

Nie chcę zatrzymywać się na założenie kurtki więc przyspieszam. Po kilku kilometrach wbiegam w linię lasu. Tutaj już spokojniej, ale jest już ciemno. Las Pański robi mocne wrażenie. Pierwsza myśl – nie ma tu niedźwiedzi czy też wilków? Początkowo biegnę bez czołówki jednak potykam się co chwilę o jakiś kamień czy uskok więc nie ma co robić z oczu noktowizora. Montuję szperacz i lecę dalej. Nieformalna grupa ponownie zaczyna biec prawie razem. Dobija też do nas koleżanka biegaczka. Mijamy jakieś namioty i miejsce biwakowe gdzie kilkunastu rosłych osiłków (na bank nie biegaczy 😉 ) śpiewa chóralnie jakieś stadionowe przyśpiewki przy ognisku. Plus jest taki, że ponownie zbliżamy się do jakiejś cywilizacji. Po dziesięciu kilometrach wyczerpującego zbiegu dobijamy do przyczajonej w ciemności wsi Łumszory, która okazuje się być bardzo rozwinięta pod kątem turystycznym. Główną atrakcją tego miejsca są kąpiele w „czanach”, czyli wielkich kotłach. Jest niestety już późny wieczór i z kąpieli nici 😉 Zresztą jesteśmy tutaj w innym celu. Mamy biec! Na punkcie kilka osób korzysta z pomocy ratowników. Ja uzupełniam picie i wrzucam na ruszt kilka kabanosów. Jedzenia mam pod dostatkiem więc nie muszę stawać na dłuższy popas.

Odbijam od grupy, która zostaje na punkcie i razem z napotkaną koleżanką zaczynam ostatnie mocne podejście tego biegu. Przed nami 15 kilometrów drogi, ponad kilometr w górę i połowa tego dystansu w dół. Wspinamy się ciemnym lasem przez Wysoki Wierch (1413 m.n.p.m.). Po kilku kilometrach spotykamy jakąś podpitą ekipę, która podpytuje skąd jesteśmy, gdzie biegniemy i w ogóle co tu robimy. Mimo mocnej woni alkoholu i zaawansowanej pomroczności kilku zawodników nie ma jakichś tarć, rozmowa przebiega całkiem spokojnie. Podbiegamy dalej. Po chwili napotykamy zawodnika leżącego na boku drogi. Pytamy czy wszystko ok. Mówi, że tak, ale nie rusza się zbytnio. Biorąc pod uwagę to jak mocno wieje i spadająca temperaturę poganiamy go żeby wstał i biegł z nami. Na początku jest mocno oporny jednak zmusza się do ruchu i leci dalej z nami chociaż wygląda naprawdę słabo. Kolejne kilometry i docieramy do betonowych płyt wiodących na Równą będącą najwyższym punktem Połoniny Równej. W tym miejscu byłem za dnia, jakieś dwanaście godzin temu. Teraz jest ciemno, mega wieje i zaczyna lekko kropić. Zaczyna mi się robić mocno zimno mimo założonej kurtki, muszę przyspieszyć. Zostawiam biegnącą ze mną parę w tyle. Docieram w okolice bunkrów i zaczynam początkowo powolny zbieg do oddalonej o pięć kilometrów Przełęczy Perełuka. Gubię trasę jednak po chwili wracam na prawidłowy szlak. Doganiam biegnącą przede mną dwójkę zawodników. Chłopak zostaje lekko z tyłu, ale dziewczyna trzyma się równo ze mną. Szybka gadka, chociaż nie ma zbytnio czasu ani energii na pogaduchy. Koleżanka jest z Elbląga – tyle zapamiętałem 😉 Opadam po chwili z sił, skaczę z lewej do prawej starając się unikać zapadania w połacie błota. Nie zawsze się udaje. Po chwili nawet padam jak długi łapiąc uślizg na jakiejś koleinie. Wszystko OK, mogę lecieć dalej. Dobiegamy do punktu kontrolnego. Tutaj kilka łyków izo, jakaś woda. Dziewczyny z wolontariatu uśmiechnięte i pomocne jak każdego razu gdy je odwiedzałem, a jest już po 03:00 rano. Przybijam piątki i dziękuję serdecznie za pomoc. Popełniam mega turbo błąd – zabieram ze sobą worek z przepakiem. Nie pytajcie dlaczego… Częściowo myślałem już chyba o drodze do domu gdzie autobusy miały wyjeżdżać wcześnie, my się raczej będziemy spieszyć do Przemyśla na pociąg, a przepaki mają dotrzeć do bazy koło południa.

I tym oto sposobem ostatni odcinek o długości 14 kilometrów pokonywałem z ciężkim workiem w ręce. No, ale jak się nie ma w głowie to ma się w nogach mówią 🙂 Początek to kilka krótkich podbiegów i kluczenie między powalonymi drzewami. Dalej już raczej z górki. Po kilku kilometrach na kamienistych zbiegach worek dyndający koło kijka doprowadzał mnie do szału. Końcówka lasu to już ostre bieganie błotno – kamienistymi rynnami w dół do wsi. Dobiegamy do drogi T0722 przy wylocie ze wsi Pashkivtis i kręcimy na południe. Do mety niecałe 4 kilometry asfaltu. Jest ciężko, zaczynam odczuwać drugą nockę i brak snu. Mijamy śpiące jeszcze domy w Zbynach i ostatnia prosta. Jeszcze kilka kroków i wpadamy na metą gdzie na każdego z uczestników czeka Sławek. Czeka też na nas kilkadziesiąt gram pędzonej substancji i strzał pasem na tyłek 😀 Oczywiście są też gratulacje, medale no i pasy 🙂

Pokonanie 127 kilometrów bardzo wymagającej trasy z prawie 6 000 metrów przewyższeń zajęło mi 26 godzin i 40 minut z małym haczykiem dając miejsce #87 OPEN i #17 w kategorii. Bieg zajął mi ponad 2,5 godziny dłużej niż zakładałem, ale biorąc pod uwagę, iż jest to najdłuższy dystans górski jaki do tej pory pokonałem jestem zadowolony. Oczywiście przybiegłem na metę gdzieś prawie na szarym końcu, ale to się w tym przypadku akurat niezbyt liczyło. Nadmienię tylko dla tych, którzy nie wiedzą, że zwycięzca pyknął te trasę w nieco ponad 16 godzin tak więc jest nad czym pracować 😀

No, ale czas wracać do Żdeniewa 😉 Pogawędka z organizatorami, jakiś ciepły posiłek, szybki prysznic i piwko przy ognisku. Oszacowuję też straty w nogach – pęcherze, odparzenia i pęknięte kilka paznokci.

To wszystko wynik przemoczonych butów i dużej ilości błota w środku. Wpadam do namiotu i zamieniam kilka słów ze śpiącym Łukaszem, który rzeczywiście zrobił mocny trening, bo wpadł na metę trzeci wśród mężczyzn w swoim biegu. Graty Łukasz!!! Co ciekawe dystans 40+km wygrała dziewczyna z Ukrainy odstawiając pierwszego mężczyznę o jakieś osiem minut! Kręcę się po namiocie, a Łukasz wychodzi na zewnątrz. Jest 06:00 rano i wstaje bardzo ładny, słoneczny dzień. Zasypiam bardzo szybko, śpię jednak krótko bo trochę przed 09:00 zaczynamy się już pakować. Zwijamy cały sprzęt i udajemy się na dekorację.

Masa ludzi, wiele opowieści, super atmosfera. Spotykam też „sąsiadkę: Jolę, która odbiera właśnie medal za drugie miejsce wśród kobiet z czasem 23:55:25 – gratulacje!!! Jeszcze szybka fotka gdyby ktoś nie wierzył, że spotkaliśmy się tak daleko od domu i wsiadamy do autobusów.

Kierowcy wypoczęci, klocki gotowe na smażenie, klimy nadal brak i ruszamy w kierunku Przemyśla. Tym razem trochę dalsza drogą przez Lwów, ale o wiele lepszą jakościowo. Organizator transportu mówi jasno – będzie tylko jeden postój 30 minut pod Lwowem, każdy ma się do tego dostosować bo na granicy są pokazowe kontrole, a ludzie spieszą się na pociągi. No i co? Oczywiście ludzie, którzy nie potrafią ogarnąć wskazówek na zegarku psują na postoju cały zamysł. Tracimy prawie godzinę na szukanie poszczególnych delikwentów w kolejkach po hot-dogi. Dzięki bardzo, bo przez Was spóźniliśmy się dokładni 30 minut na bezpośredni pociąg do Poznania. Docieramy w końcu na granicę. Strona ukraińska nawet całkiem, ale tym razem pokazówkę robią nasi pogranicznicy mający wizytę Pana Inspektora. Nam w sumie i tak się udało, bo pierwsi z naszym zostali poproszeni o wypakowanie wszystkich bagaży i poszli na indywidualne kontrole. U nas w sumie tylko wyrywkowa kontrola i ruszamy dalej. Po chwili Przemyśl i wyskakujemy z naszych dyliżansów. Pożegnanie z mega ekipą i załadowani plecakami ruszamy z buta na dworzec PKP. Jakieś jedzenie i ogarnianie biletów na połączenie z przesiadkami do domu. Napotykamy koleżankę Milenę, która również wraca z biegu i miała jechać baną o 19:00 i to w wagonie sypialnym, ale niestety nie było jej to dane. Dopinamy kwestie formalne i ruszamy w kierunku Gliwic. Docieramy do nich o 04:30 i rozbijamy obóz na dwie godziny na dworcu już na początku mając spinę z jakimś ważniakiem SOKistą, który przekazuje nam, że dworzec nie jest od spania. Ciekawostką jest to, że w Gliwicach na dworcu toalety mają przerwę techniczną na noc 😉

Tak więc jeśli kiedykolwiek wylądujecie na tym dworcu na przesiadkę radzę mieć ze sobą pieluchy 🙂 Na szczęście o godzinie 06:00 pojawiła się wypachniona Pani, która uruchomiła automaty i można było odtrąbić sukces!

Teraz już tylko szybki wskok na peron i niecałe 30 minut czekania na pociąg do Poznania. Jaki to był wagon, który przedział???

A nie to jeszcze nie nasza bana 😛 😀 Czekamy kolejne kilka minut i ładujemy się do naszego transportu. Jednak co pierwsza klasa to pierwsza klasa, można rozłożyć fotele i udać się do snu na regenerację.

Teraz już tylko cztery godziny jazdy, którą w dobrej połowie przesypiamy i meldujemy się kilka minut po 10:00 rano w Poznaniu. No dobra, Milena ma jeszcze ponad pięć godzin jazdy, ale dla nas to już prawie koniec wyprawy. Jeszcze tylko dotarcie do domu i można się zrelaksować 🙂 Za nami prawie 24 godziny podróży!

Podsumowując – było jedwabiście! Po raz kolejny Sławek z ekipą Tour The Zbój pokazują co to znaczy zrobić genialne zawody. Może i były dwa odcinki, które naprawdę głośno przeklinałem, ale z perspektywy czasu wspominam je z uśmiechem pod nosem 😀 Serdeczne podziękowania dla rodziny i znajomych trzymających kciuki, całej ekipy organizatorów, wolontariuszy, współtowarzyszy podróży i wszystkich poznanych osób!

A tym, którzy nie wzięli udziału w pierwszej edycji Bojko Trail mogę powiedzieć jedno – żałujcie, że Was tam nie było i nie przegapcie drugiej edycji! Ukraińskie Bieszczady są naprawdę magiczne!!!

 

 

Foto: Magdalena Bogdam & Piotr Dymus

 

 

Bojko Trail – Dumka na jedno serce
avatar
%d bloggers like this: