Sobota 30 kwietnia zapowiadała się bardzo ciekawie podczas DT4YOU MTB Maratonu w Obornikach. Bardzo ciekawa jak na tak bliskie okolice Poznania trasa mocno kusiła. W zeszłym roku byłem Obornikami zachwycony, pod każdym względem dlatego zapisałem się zaraz po otwarciu zapisów. Po dobrych kilku tygodniach pojawiła się jednak informacja, że znajoma ekipa z Czech organizuje cykl wyścigów o nazwie Mercedes – Benz Bike Cup. Pierwszy wyścig serii miał odbyć się w Górach Stołowych. Niestety dla Obornik tylko chwila zawahania, pakiet przerzucony na kolegę z drużyny i już widniałem na liście startowej Bike Cup’u. Powód jeden i to prosty. Człowiekiem układającym trasę miał być Vena Hornych – jeden z organizatorów MTB Trilogy, najcięższego i najbardziej szalonego wyścigu w jakimkolwiek brałem udział. To podczas tej właśnie etapówki pytając Vene jaka jest trasa kolejnego etapu można było usłyszeć „not bad almost flat..”. A trasy na pewno płaskie nie były, za to przesiąknięte złem do szpiku kości 😉 W związku z tym wszystkim zapowiadała się doskonała zabawa. Na kilka dni przed wyjazdem udało mi się namówić na wspólną wyprawę żonę. Był za to mały problem z noclegami gdyż w okolicy Machova gdzie startować miały zawody nie było wolnego żadnego ciekawego noclegu w normalnej cenie – w końcu początek majowego weekendu. Finalnie wyszło na to, że ciekawy i relatywnie tani jak na warunki nocleg znaleźliśmy w Szpindlerowym Młynie – jakieś 80 kilometrów od Machova. Trudno, rano się dojedzie. Wyruszyliśmy w piątek po pracy jednak przez ogromny ruch na trasie i objazdy w Czechach dotarliśmy na miejsce grubo po 22:00. Rano pobudka, śniadanie i w trasę. Jednego można być pewnym, czescy kierowcy nie ułatwiają szybkiego przemieszczania się po kraju. Na parkingu w Machovie melduję się około 9:30 i staje w kolejce do biura zawodów.

Tutaj szybka rozmowa z organizatorami i decyduję się przepisać z dystansu długiego (61 km i 1700 m przewyższeń) na krótszy (35 km i 1000 m przewyższeń). Przyjechałem tu żeby się dobrze bawić, odzyskać radość z jazdy, nie spalić się znowu no i nie chciałem być w hotelu w Szpindlerowym po zmroku… Zresztą znając organizatorów emocji tak czy siak będzie w bród.

Pakiet odebrany, rower złożony i zonk… Zabrałem wszystko co potrzebne na start poza spodenkami… No to niezła jazda. Na szczęście okazuje się, że w bagażniku auta leżą długie, czarne legginsy z jakiegoś zimowego treningu. Lekko pozdzierane na kolanach i bez wkładki – wręcz w sam raz na wyścig w górach… Temperatura trochę nie na długie spodnie ale darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, zresztą widzę, że dosyć dużo osób jedzie na długo a sam wyścig pokaże, że aż tak ciepło nie będzie. Na dobry początek zmagań czas na wyścig dziecięcy – emocji było mnóstwo 🙂

Po wszystkich kategoriach dziecięcych i młodzieżowych przyszedł czas na nas. Dystans długi i „mój” startują razem.

Po prostej startowej skręt w prawo i zaczynamy wspinać się asfaltem przez miasteczko. Krótki, szybki zjazd i jestem w miejscu gdzie zaczynał się jeden z dłuższych podbiegów w Półmaratonie Gór Stołowych.

Poznaję zabudowę miejscowości Ostra Góra i tabliczki teren wojskowy. Zaczyna się niecałe 7 kilometrów podjazdu w kierunku Błędnych Skał. Techniczny zjazd i podjazd pod miejscowość Karłów gdzie wspinamy się ponownie z pięknym widokiem na Szczeliniec Wielki po prawej stronie.

Po pewnym czasie długi i dosyć szybki zjazd łąkami zakończony mocnym podjazdem. Tutaj trasa również pokrywa się z trasą półmaratonu. Robi się bardzo mokro, błotniście i miejscami strasznie grząsko – łąki trzymają miejscami duże ilości wody. Teraz bardzo ostry i kamienisty zjazd, który pokonywaliśmy w zeszłym roku podczas MTB Trilogy. Kamienista sekcja zmienia się w mocno korzennego singla, który nie prowadzi jednak karkołomnie w dół jak na etapówce a w połowie nagle skręca ostro pod górę. Oj można się tu było zasapać.

Chwila leśnymi ścieżkami i mocno w dół gdzie już po czeskiej stronie kręcimy w lewo nad strumykiem. Droga rozkopana przez ciężki, leśny sprzęt pomagający przy zrywce. Nie ma czasu na odpuszczanie, pełna koncentracja. Jest bufet, czas na szybkie picie i dalej w drogę. Czas na długi bardzo korzenny singiel wiodący góra dół z dwoma przeskokami przez strumyki. Wyjeżdżamy z lasu i przez kolejne 7 kilometrów czas na zmagania z podjazdem oraz mocnym czołowym wiatrem, który mocno wywiewa ze mnie zapał…. Wjeżdżamy na odcinek, który również pokonywaliśmy na Trilogy i który cięgnie się wzdłuż Broumowskich Ścian. Jedziemy jednak dalej prosto, Trilogy skręcało w lewo i wiodło ciężkimi singlami przez sam środek tego pasma. Kręcimy w prawo i przecinamy obrzeża Pasterki gdzie po łąkach wpadamy na szalony, kamienisto – korzenny zjazd, którym zbiegaliśmy na wspomnianym wcześniej półmaratonie. Jest szybko i trzęsie jak w Chorwacji 🙂

Na dole kręcimy w prawo i po chwili w lewo przez łąkę zaczynamy ostatni, krótki podjazd singlem w lesie. Teraz już tylko zjazd polnymi drogami do mety. Robi się bardzo szybko a trasa łapie dużo szutrów. Trzeba uważać na przyczepność. Na finiszu próbuję swoich sił z jakimś o połowę ode mnie lżejszym i młodszym chłopakiem – jest lepszy gdzieś o połowę długości roweru. Teraz już tylko uzupełnienie płynów i posiłek regeneracyjny. Co ciekawe nie jest to standardowy makaron a pyszna zupa z drugim daniem w postaci piersi z kurczaka z warzywami i oczywiście bramborami 😉

Pakuję się do auta i wyruszam w długą podróż do Szpindlerowego gdzie docieram w okolicy godziny 16:00 po piekielnie szybkiej trasie na której na pewno nie wykręciłem średniej wyższej niż 50 km/h…

Podsumowując: na pewno było warto! Super trasa, bardzo dobra organizacja – było szybko, było wymagająco, było i technicznie. Nie był to wyścig dla wariatów jak MTB Trilogy, ale i tka było co robić. W końcu odzyskałem chyba też radość z jazdy na MTB po powrocie z Chorwacji. Właśnie czegoś takiego potrzebowałem 🙂

Foto: Marian Dvorak oraz www.bikecup.cz

Bike Cup Stolove Hory czyli Vena układa trasy…
avatar
%d bloggers like this: