Zamysł startu w Mercedes Benz Bike Cup Harrachov pojawił się już u mnie na początku roku. Gdy w lipcu tłukliśmy się po lokalnych, czeskich drogach wracając raczej na tarczy z Austrii temat powrócił. Kolega Przemek definitywnie odmówił argumentując swoją decyzję tym, że wróci do ścigania dopiero gdy osiągnie 60 kg żywej wagi a koleżanka Gosia wyglądała na raczej zainteresowaną tylko, że do potwierdzenia po wizycie u lekarza, gdy okaże się co ciekawego przywiozła ze sobą z naszej podróży po Europie. Po kilku dniach okazało się jednak, że Gosia trenując pady w Czechach uszkodziła sobie to i tamto mocniej niż zakładała i ze sportów ekstremalnych pozostaje jej przez kilka tygodni jedynie gra w „Człowieku nie irytuj się”. Mamucia skocznia przyciągała jednak jak magnes, zaawizowałem swój wyjazd w domu i odliczałem dni. Plany trochę pokrzyżowała choroba, która dopadła mnie w weekend poprzedzający start. W połowie tygodnia odpuściłem trening w terenie by pod czujnym okiem pani Klaudyny pokręcić trochę na spinie – chyba jeszcze nigdy nie jechało mi się tak ciężko na treningu. Zasapany, podduszony, z tętnem prawie w maksie a zupełnie bez mocy. Myślę sobie bomba, doskonały prognostyk przed startem. W międzyczasie okazało się, że do zimowej stolicy Czech wybiera się również kolega Michał z Colex Racing Team. Szybki kontakt, ustalenie jaką trasę chcemy jechać i po kilku dniach pędziliśmy już autem w kierunku Wrocławia a dalej do Jakuszyc gdzie mieliśmy nocleg w Hotelu Biathlon. Na granicy byliśmy jakoś koło północy, minęliśmy fortyfikacje obronne służb postawione w związku ze Światowymi Dniami Młodzieży i zaparkowaliśmy auto. Po przebojach ze znalezieniem klucza we wskazanym miejscu i dostaniem się do pokoju, w końcu po godzinie 1:00 można było udać się na wyciąg. Lekko martwił mnie mój stan bo mimo, że nie byłem jakiś umierający to każdy wysiłek przychodził mi z trudem. Budziki o 06:00 zawyły jak syreny alarmowe. Lekko zaspani wskoczyliśmy do auta i udaliśmy się odebrać pakiety startowe. Na miejscu już pojedyncze osoby i obsługa. Wszystko załatwione w 5 minut. Pakiety odebrane, można wracać do hotelu.

W pokoju śniadanie i kompletowanie sprzętu oraz ostatnie chwile relaksu. Pakujemy też plecaki, poza standardowymi rzeczami dla rowerów zabieram też wodę do bukłaka, cztery żele i owsiany batonik, który dostałem od Michała. Po 07:00 po raz kolejny przemykamy koło straży granicznej udając się na miejsce startu. Teraz jest już trochę więcej ludzi, parkujemy na wskazanym parkingu i składamy rowery. Podbijają dwaj zawodnicy z Poznania, krótka pogawędka. Przygotowania przerywa nam miła Pani z hotelu, do którego należy parking i w skrócie sugeruje nam zmiatać. Czeskiego nie znam, ale chyba się lekko zagotowała widząc, że wszystkie auta z okolicy chcą zaparkować właśnie u niej. Michał przestawia auto a ja udaję się na start. Jest kilka minut do 08:00, trzeba się spinać. Na linii startu wszyscy już gotowi. Nie jest to na pewno masówka – organizator wspomina coś o 120 – 130 osobach jednak liczbę tę raczej uznajmy za nieoficjalną. Nie liczę, ważne, że na pewno nie będzie się korkować.

Ruszamy w kilka osób z Polski za kolumną zawodników na przejazd przez miasto w kierunku skoczni. Jako, że jestem chory to przyjmuję taktykę zamykania stawki. Przynajmniej efekt psychologiczny mijania mnie przez wszystkich nie będzie mi dokuczał.

Start ostry na końcu asfaltu, uśmiechnięty jak zawsze Vena macha nam na pożegnanie. Jego specyficzny wzrok zdaje się mówić – „…nie wiecie cwaniaczki co Was czeka…” Koło mnie jedzie kolega z Poznania, którego poznałem na parkingu – strasznie marudzi jak to zaraz mu wszyscy odjadą i zostanie z tyłu po czym wystrzeliwuje na podjeździe do przodu. Zawody kończy chyba jako drugi z Polaków więc, aż tak słabo raczej mu nie poszło – pozdrawiam go serdecznie jeśli to czyta 🙂 7 kilometrów podjazdu strasznie się ciągnie, nie mogę złapać rytmu, nie mogę uspokoić oddechu, myślę sobie oj Maciuś chyba nie ukończysz kolejnych zawodów na przestrzeni kilku tygodni i będziesz mógł ze spokojem aspirować do nagrody „Kasztana Roku”… Momentami jest naprawdę stromo, jadę cały czas na końcu stawki ale nie jestem ostatni – chociaż coś. Sapię, gwiżdżę i marudzę pod nosem. Myślę sobie po jaką cholerę tutaj przyjechałem chory. Powoli jednak docieram na szczyt. Wypadamy z lasu i bardzo miłe zaskoczenie. Kolejne dwa kilometry to trasa DH na stoku w miejscowości Rokytnice nad Jizerou. Puszczam się w dół z powiększonymi źrenicami. Chwila przewagi dla grubasów jak ja. Trasa prowadzi wzdłuż wyciągu, większe hopy i trudniejsze przeszkadzajki są odgrodzone taśmą, ale można sobie poskakać.

Na pierwszej bandzie okazuje się, że choroba ciut popsuła błędnik co skutkuje brakiem koordynacji. Wylatuję na skos lądując po drugiej stronie trasy. Szybki powrót, za mną jakiś zawodnik lekko zdezorientowany tym co się stało. Mówię do niego – „Spokojnie kolego, ukończyłem MTB Trilogy i to dwa razy!!!” Po odcinku typowo agrafkowym zaczynają się korzenie i kamienie na ściance. Przy pierwszym lądowaniu czuję, że złapałem luzy na sterach – znowu… Mijam bardzo dużo osób, które nie mogą złapać rytmu lub łapią awarię sprzętu. Ktoś krzyczy też coś po polsku do mnie, ale w amoku nie widzę kogo mijałem. Na dole stoku zaczynamy kolejną wspinaczkę po czym zaczyna się ostry zjazd po szutrze. Uwagę przykuwa znak czaszki ostrzegający o niebezpieczeństwie. Myślę sobie dziwne, że postawili tu takie coś. Po chwili wiem już jednak dlaczego – zjazd poprzecinany jest poprzecznymi uskokami na których można łatwo zrobić sobie duże kuku. Mijam pierwszy bufet, myślę sobie wodę mam, żele mam, śniadanie syte, za 20 kilometrów kolejny – napiję się tylko izo. Gdy się zatrzymuję jest dosyć ciekawie bo Pani z bufetu ma minę jakbym to ja miał jej coś dać a nie ona mi. Być może miała taką minę gdyż zastanawiała się jak tak wysportowany i wycieniowany młodzieniec może jechać rawie na końcu stawki jednak nie miałem czasu by tłumaczyć jej moją taktykę. Kolejny długi podjazd i od 30 kilometra zaczyna się zjazd do Szpindlerowego Młynu. Poprowadzony jest trawiastym stokiem. Trzeba bardzo uważać bo w trawie poukrywane są kamienie, które mogą spowodować wywrotkę. Na końcu zjazdu znajduje się głęboki rów. Oczywiście wywijam w nim orła na szczęście bez strat własnych. W samym Szpindlerowym zaczynamy wspinać się w kierunku granicy z Polską. Podjazd na początku spokojny i z dobrą nawierzchnią. Pogoda wspaniała, widoczność znakomita, przecudne widoki. Podjazd przechodzi w kamienistą sekcję, która jest strasznie męcząca. Muszę chwilę podprowadzić rower. W okolicy schroniska Odrodzenie zaczyna się zjazd w kierunku Pasterki. Bywałem tu ostatnio kilka razy jednak dopiero teraz mam szansę zjechać tą trasą. Gdy na zegarku pojawia się 70 km/h a asfalt zaczyna być mocno dziurawy stwierdzam, że nie ma co szaleć bo w razie kraksy nie będzie co zbierać. Nie zjeżdżamy do samej Pasterki. Po bufecie gdzie jest tylko kilka kubków wody odbijamy na Bronowice i robiąc pętlę terenami gdzie niedawno walczyliśmy na enduro kręcimy się po Karkonoskim Parku Narodowym. Tu spotykam też Michała, który przeżywa ciężkie chwile, ale po kilku kilometrach łapie rytm i mi ucieka. Jedno jest pewne – nie mam zamiaru go gonić, jadę swoje. Na pewnym podjeździe zaczyna mi bardzo mocno dokuczać głód, batonik od Michała ratuje mi skórę. Na dodatek wspaniały widok z góry na Zbiornik Sosnówka pozwala mi zapomnieć o problemach. Wspinamy się w kierunku miejsca gdzie był bufet na zjeździe. Kolejny bufet jest w tym samym miejscu, znowu tylko woda. Myślę sobie kuźwa co jest. Nastawiłem się na bufety z jedzeniem a nie z reglamentowaną ilością wody. W głowie szybko jednak tłumaczę sobie, że trzeba było być lepszym, jechać szybciej i wtedy byłoby co jeść 😉

Po kolejnych kilometrach walki z terenem docieram powoli do Piechowic. Stery są w rozsypce. Na dodatek jestem strasznie głodny. Bufet przy rzece, pod mostem, pod trasą na Szklarską Porębę – też tylko woda… Mocno wkurwiony zaczynam rozkręcać stery. Śruba kasująca luzy zostaje mi w rękach, pęka kapsel ją trzymający. Myślę sobie – bomba! W głowie przypomina mi się rozmowa ze startu gdzie jeden z kolegów mówił, że od Piechowic to już jest luzik. 10 kilometrów podjazdu aż za Szklarską Porębę Górną powoduje, że polemizowałbym na ten temat. W międzyczasie przecinam drogę do Świeradowa gdzie zatrzymuję się przy straganie z pamiątkami. Jeśli czegoś nie zjem to zaraz zemdleję. Pytam właściciela straganu czy ma coś do jedzenia na sprzedaż – biorę od niego butelkę coli i dwa Grześki. Naprawdę ratuje mi to życie. Zaczyna padać. Spotykam chłopaka, który na rowerze MTB jedzie z Lubina n trening. Ma za sobą już 107 km i drugie tyle do domu. Szybka pogawędka i lecę dalej. Mijam schronisko Wysoki Kamień. Zjazd, który na mnie czeka to mieszanka błota, kamieni i korzeni. Po kilku glebach decyduję, że lepiej będzie go zejść. Zjazd przechodzi w bardzo kamienistą sekcję poprzecinaną rowami. Sądząc po taśmach szedł tutaj etap zakończonego w piątek Sudety MTB Challenge. Napotykam dwójkę chłopaków z Polski, którzy reperują oponę. Po chwili jedziemy już razem. Pojedziemy już tak prawie do samego końca co na pewno podnosi morale. Przed setnym kilometrem wpadamy na kolejny bufet. Robi się trochę głośno bo zaczyna się mała wymiana zdań z „operatorem” bufetu w sprawie braku czegokolwiek do jedzenia. Nie mamy z czego jechać. Każdy jest na skraju totalnego odcięcia.

Długi i szybki zjazd gdzie modlę się o stery i wpadamy na single w Świeradowie. Na szczęście mijają szybko chociaż końcówka już trochę męczy – każdy myśli tylko o jedzeniu. Na 113 kilometrze zaczynamy mozolną wspinaczkę na Stóg Izerski. Mijamy ludzi, którzy nie mają co pić i próbują zaczerpnąć łyka ze strumyków. Ja już poważnie myślę o zjedzeniu jakiejś kory. Gdy drogę przebiega nam zająć mam wrażenie, że chwila moment i każdy by się na niego rzucił… Normalnie jak bylibyśmy gdzieś w Kanadzie czy na dalekiej Syberii a nie w Świeradowie…. Muszę podejść dłuższy kawałek. 125 kilometr to ten sam bufet, który mijaliśmy przed zjazdem na sinlge. Tutaj okazuje się, że żwawa rozmowa poskutkowała. Na stołach jest woda, izo, Red Bull, czekolady, pączki (zjadłem cztery…). Kolega, który jedzie z nami nie je jednak zbytnio mimo, że umiera z głodu. Okazuje się, że jest weganinem – nie jest to dla niego dobry czas i miejsce na takie deklaracje 🙂 Dziękujemy chłopakowi, który monitował temat u organizatora i lecimy dalej. Wyścig oryginalnie miał mieć 138 kilometrów jednak od samego początku miałem przeczucie, że będzie wajcha…. Przed nami ciąg drewnianych mostków, błota, kamieni i technicznych sekcji. Zostaję w tyle za chłopakami bo mam wrażenie, że stery zaraz się rozpadną a ja zakończę ten wyścig ciężkim upadkiem. Gdy na 136 kilometrze napotykam kolejny bufet wiem, że do mety na pewno nie zostało tylko 2000 metrów… Nie zatrzymuję się już jednak na nim. Lecę na wariata trasą. Szerokie szutry i ścieżki pomagają w utrzymaniu wysokiej prędkości. Czasami jednak rozum mówi zwolnij bo główka sterowa lata jak szalona…. 140 kilometr…. 145 kilometr… W końcu w oddali zaczyna majaczyć skocznia. Teraz już tylko szybki zjazd śliskim singlem i będę na mecie… Nieeee…. Kuźwa co to??? Czerwona taśma odgradza wjazd na metę i nakazuje skręcić w lewo na ostry podjazd… Myślę sobie „No kur…a chyba ich poje…ło…” Przede mną skręt w las i pokręcony singiel z ostrym podjazdem po korzeniach. Po chwili w końcu upragniona meta. 150 kilometrów z czasem 12 godzin 5 minut… Ledwo żyję. Chwytam za jakiś deser i piwo. Czas na pogawędkę z ludźmi na mecie i czyszczenie sprzętu.

Teraz już tylko rozjazd do auta, pakowanie sprzętu i lecimy do Jakuszyc. Wieczorem regeneracyjny posiłek mimo, że nie łapiemy się na otwartą kuchnię w hotelu i czas na spanie. Rano śniadanie i wracamy do Pozania gdzie meldujemy się po kilu godzinach jazdy. Ruch na drogach ogromny….

Podsumowując…

Zmagania w Harrachovie to doskonała kontynuacja serii Mercedes-Benz Bike Cup Wspaniały wyścig z doskonałą, wymagającą, widowiskową i malowniczą trasą gdzie każdy znajdzie coś dla siebie a nawet najsilniejsi zdołają się zmęczyć… Organizator dał jednak mocno ciała z bufetami za co przeprosił. Myślę, że są to ludzie tak doświadczeni w organizacji takich imprez, że kolejna taka sytuacja się nie powtórzy.

Dlatego właśnie warto wystartować w Harrachovie za rok! Bo na pewno będzie o wiele lepiej 🙂

PS. Zwycięzca trasy długiej – Jan Škarnizl – pokonał ją w 7 godzin 20 minut… Nie mam pytań 🙂

Foto: Tomasz Sodowski, bikecup.cz

Mercedes-Benz Bike Cup Harrachov 2016 czyli survival po czesku z chorobą w tle…
avatar
%d bloggers like this: