Gdy w zeszłym roku kończyliśmy ostatni etap Trophy na dystansie „classic” byliśmy pewni, że za rok wrócimy na beskidzkie szlaki. Tak też się stało. Nastąpiła jednak mała zmiana – zdecydowaliśmy się na krótszy dystans czyli „mega”. Głównie dlatego żeby powalczyć o jakieś miejsca w klasyfikacji indywidualnej czy w team mixie a nie żeby walczyć o przeżycie… Wyjazd z Poznania planowaliśmy o 6:30 w środę 25 maja. Standardowo wyruszyliśmy z godzinnym poślizgiem 😉 Na wjeździe do Wrocławia korki jak za starych dobrych lat gdy nie było autostradowej obwodnicy tego miasta. W okolicy Brzegu udało nam się przejechać bez problemu remontowanym odcinkiem A4 ale nadrobiliśmy trochę gubiąc drogę na zjeździe w Gliwicach. Tyle pasów obwodnicy i autostrady krzyżujących się naraz to za dużo dla ludzi z Poznania gdzie autostrada jest o połowę węższa… Finalnie docieramy do Istebnej w okolicy godziny 15:00 jeśli dobrze pamiętam. Rozbijamy obóz w Koniakowie w Domu na Roześciu i udajemy się naładować węglami.

Pogoda dopisuje, słonecznie ale nie gorąco, czasem nawet chłodno. O 18:00 udajemy się do biura zwodów i przedzierając się przez tłumy ludzi odbieramy pakiety. Zaczyna lekko padać, potem ciut mocniej ale finalnie znowu wychodzi słońce. Udajemy się na nocleg przygotować sprzęt i siebie samych na pierwszy etap. Wieczorem nad Istebną docierają czarne chmury. Wali piorunami a oberwanie chmury zalewa okolicę hektolitrami wody… Jedno jest już pewne – ubiegłoroczne Trophy pod znakiem pustynnych zmagań na pewno się nie powtórzy…

Rano spokojna pobudka, śniadanie i zjeżdżamy na dół do Istebnej. Dystans długi już pojechał godzinę temu, nasz startuje za moment. Ustawiamy się w sektorze gdzieś w połowie i czekamy na start.

Mnóstwo znajomych twarzy, tu rozmowa, tam rozmowa, czas leci bardzo szybko – START! Kierunek – Czantoria! Jest mgliście i pochmurnie. Standardowy rozjazd przez Istebną i kręcimy w lewo, koło biura zawodów, gdzie asfaltem zaczyna się pierwsza wspinaczka. Odcinek o długości 9 kilometrów wskakuje na szutry po czym zaczyna się ostra zabawa na kamieniach i korzeniach w błotnistej okrywie. Rower po tym odcinku nie ma już grama świeżości. Wszędzie błoto, piasek, zgrzytanie i trzeszczenie. Ciekawym singlem zjeżdżamy na czeską ziemię. Tony błota wszędzie, opony zalepione po końcówki bieżnika. Na 20 kilometrze bufet od którego zaczyna się długi podjazd. W międzyczasie rozstajemy się z zawodnikami z dystansu długiego, którzy jadą na Czantorię. Od samego początku staram się jechać na spokojnie. Przede mną cztery dni zabawy, nie ma się co palić. Full ciut waży na podjazdach, ale na zjazdach bajka… Nie miałem jeszcze okazji jeździć takich tras na pełnym zawieszeniu. Czasami mam wrażenie, że mógłbym jeszcze pić piwo i zajadać popcorn a nadal mógłbym lecieć w dół zjazdów, jak na kanapie. Nic nie stuka, nic nie puka, nie dzwoni. Tak można jeździć! Czasami tylko gdy popuszczę klamki zastanawiam się co będzie gdy na pełnej prędkości przywalę w drzewo lub skały… Na szczęście na trasie nie ma zbyt wielu skał, to nie Trilogy. Kilka szybkich zjazdów, trochę wolnych podjazdów i staję na drugim bufecie. Do mety 18 kilometrów. Jadę ze spokojem, kontrolując tętno. Gdy docieram do zjazdu przy rzece Olza wiem, że to już niedaleko, zostaje jakieś 10 kilometrów. W dół asfaltem, wzdłuż rzeki, z zachowaniem ostrożności w miejscu gdzie mocno połamał się w zeszłym roku jeden z uczestników. Jego widok klęczącego w rzece z ratownikami przy boku do dzisiaj mam w pamięci. Ostatni podjazd asfaltem i wskakuję na ostatni odcinek prowadzący ścieżkami przez las. Końcówka ciut inna niż w roku poprzednim, bez zjazdu po korzeniach w dół do linii mety a szkoda 🙂

Finalnie wyszło ponad 56 kilometrów i jakieś 2000 metrów przewyższeń. Z nogami nie jest źle, samopoczucie też dobre. Przyda się, zabawa dopiero przed nami. Wracamy na nocleg. Ogarnięcie rowerów po czym wrzucamy coś na ruszt.

W końcu też czas na szybki sen. W nocy znowu dosyć przekropnie.

Nad ranem budzi nas jednak słońce. Wygląda na to, że będzie piekło dzisiaj mocno – ekstra! Myślę sobie o Przemku, który nienawidzi jeździć w takim upale. Da radę 🙂 Po śniadaniu ostatnie poprawki w sprzęcie i docieramy na start. Przed nami najdłuższy i najbardziej wymagający według organizatora etap. Pojedziemy w kierunku Rysianki. Żar leje się z nieba. Pierwsze 8 kilometrów to znowu ostro pod górę – najpierw asfaltem, potem płytami a na końcu ostro w górę po łące. Jest stromo, mam dwa momenty gdzie muszę podreptać z buta. Bardzo szybki, asfaltowy zjazd i mocny, ciekawy singiel przez las. Kolejny podjazd zakończony ostrym zjazdem. Ktoś tam wypada z trasy, ktoś tam siedzi po wypadku na poboczu, ratownicy opatrują jakiegoś delikwenta. Wszystko to przelatuje mi przed oczami z prędkością światła. Po bufecie jeszcze jeden zjazd i od 25 kilometra zaczyna się główny punkt dzisiejszego programu. Do 35 kilometra będzie ostra walka z podjazdem pod Rysiankę. Nie dotrzemy jednak do niej a odbijemy w lewo na Redykalnym Wierchu. Do tego czasu będzie mnóstwo kamieni, podchodzenia, piasku i żar lejący się z nieba. Mam mały flashback z roku poprzedniego – wtedy było jeszcze bardziej tropikalnie. Najgorsze są odcinki z krzakami i trawą gdzie siedzi dużo wilgoci po nocnych opadach i wszystko paruje, prawie jak w lasach tropikalnych tak, że aż zatyka. W pewnym momencie robi się naprawdę kamieniście, ale do Chorwacji nadal daleko tak więc bez większych problemów zjeżdżam pośród ludzi prowadzących rowery. Treningi nie poszły na marne, rower też tutaj oczywiście mocno plusuje. Bardzo szybki, szutrowy zjazd gdzie dobijam do 75 km/h, adrenalina mocno skacze. Hamowanie, brzozowy zagajnik i znowu pod górę. Kolejne kilka kilometrów zjazdu. Ciężki rower plus ciężki tyłek to w tym przypadku same plusy. Mimo orientu przy dużych prędkościach papa sama się śmieje. Bufet w Milówce i płaski odcinek po asfalcie dają odetchnąć. Dobrze bo przed nami wspinaczka na Baranią Górę. Pracuję mocno w grupie z jednym zawodnikiem z dystansu długiego. Raz prowadzi on raz ja, za mocno dla mnie, dużo za mocno jak się zaraz okaże. Trochę zjazdów i mocny podjazd na Tyniok. Na tym odcinku umarłem… Odcięło mnie totalnie, skończyło mi się picie i węgle. Gdyby nie jeden z zawodników ratujących mnie żelem chyba szedłbym do mety. Teraz już tylko zjazdy w kierunku Istebnej i finisz. Za nami 67 km i niecałe 2300 metrów przewyższeń.

W ekipie zaczynają się pierwsze problemy techniczne – kolega Siekier walczy chyba z pół godziny z oponą na trasie. Po powrocie na nocleg ten sam proceder – jedzenie, mycie rowerów i znowu jedzenie. Godzina 21:00 odjazd na białą salę. W nocy znowu mocna burza i leje potwornie, zapowiada się ciekawy trzeci etap.

Rano po śniadaniu, przygotowani do startu obserwujemy zmagania dystansu „classic”, który wyjechał jak zwykle godzinę przed nami i wspina się już koło nas asfaltem. Na prowadzeniu czeski terminator Michał Kanera w małej grupce, która już ucieka. Za nimi reszta stawki.

Czołówce podjazd około 5 km z tartaku w Istebnej zajmuje jakieś 15 minut, nam zajmie pewnie ze 30… Zbieramy się. Ciekawy zjazd z Koniakowa na linię startu. Nie jedziemy tego dnia autem na dół gdyż meta etapu znajduje się obok Ochodzity. Żeby dotrzeć do mety trzeba najpierw jednak ciut się pomęczyć 🙂 Startujemy i po standardowym rozjeździe w centrum Istebnej zaczynamy wspinaczkę pod Koniaków. Asfalt mocno daje się we znaki. Zapowiada się kolejny upalny dzień. Zaraz koło naszego noclegu mocna, asfaltowa hopka, jakoś udaje mi się tam wdrapać bez podchodzenia. To jednak nie koniec trasy pod górę. Rozgrzewka już była, teraz czas na podjazd na Ochodzitą, który ciągnie się kolejne 5 kilometrów. Na ostatnim odcinku podjazdu jak zawsze mnóstwo kibiców, którzy mocno dopingują stawkę. Na górze sekunda odpoczynku i mocny zjazd w dół. Jako, że pod górę jechałem wolno nie chcąc się spalić jestem gdzieś pod koniec stawki gdzie wiele osób nie daje rady na zjeździe. Jadą powoli lub prowadzą rowery. Uciekam gdzieś w lewo bokiem i w pogoni za prędkością nie łapię się w szykanę na trasie przelatując na wprost przez krzaki i łąki. Gdy docieram, lekko przestraszony sytuacją, do asfaltowej części zjazdu udaje mi się nadrobić straty. Ostry podjazd po błocie daje mocno popalić. Po mazi, która zrobiła się na podjeździe trudno czasem jechać. Koła kręcą się w miejscu. Dogania mnie Przemek i Gosia, musiałem ich minąć bokiem na zjeździe bo w Koniakowie byli przede mną. Lekki zjazd i mocny szutrowo – kamienisty podjazd, który wydaje się ciągnąć bez końca. Wypadamy na kawałek łąki i lecimy w dół. Pierwszy bufet, który mijam bez zatrzymywania i mozolna wspinaczka pod Beskid Graniczny. Classic w międzyczasie odbija na Wielką Raczę. Potwornie szybki zjazd gdzie znowu czuję się jakbym leciał samolotem 😉 Ledwo dostrzegam ostry skręt w lewo w młodnik. Widać, że kilka osób go przejechało bo wdrapują się pod górę. Trochę singlem gdzie prawie łamię rękę uderzając na zjeździe w wiszącą gałąź, uff było blisko. Bufet, korzenny singiel gdzie mnóstwo ludzi łapie przyłożenia i przejazd przez mostek nad drogą. Po przejeździe przez wioskę zaczyna się bardzo ostry płytowy podjazd zakończony jeszcze ostrzejszą, szutrową hopką. Tutaj muszę dać z buta. Zresztą jak prawie każdy. Szybki zjazd podziurawiony błotem i kałużami i finalny podjazd do mety. Też jest stromo ale jakoś łagodniej niż rok temu gdzie przeżywałem tutaj katorgi. Ostatni kilometr lekko pod górę, przecinamy drogę na Koniaków i wpadam na metę na Koczy Zamek. Było szybko i dosyć krótko. Jestem zadowolony ale czuję na mecie jakiś lekki niedosyt, za nami 45 km i 1700 metrów przewyższeń. Nie żebym nie był zmęczony czy nie bolały mnie nogi. Może i dobrze, przyda się taki odcinek na etapówce gdzie nie trzeba wypluwać płuc.

Na mecie wesołe rozmowy i zjazd do noclegu. Tutaj standard czyli jedzenie, mycie rowerów i jedzenie. Oglądamy jeszcze finał Ligii Mistrzów na dobicie ale nie mam siły patrzeć w ekran. Udaję się na wyciąg ale nie mogę coś niestety usnąć. Walczę chyba z dwie godziny i w końcu udaje mi się usnąć.

Pobudka i podniecenie w zespole. Ostatni etap! Będzie ciężko, ale trzeba walczyć. Zapowiada się burzowo i deszczowo na dodatek lało chyba pół nocy. Zaczynamy jak zawsze od mocnej rozgrzewki w kierunku Wisły z mocnym akcentem singlowo – zjazdowym do prawie samej rzeki. Singiel jest strasznie poszarpany korzeniami z tonami błota. Ciężko przepychać się między schodzącymi zawodnikami. Full jednak daje radę. Przejazd po betonowym mostu nad Wisłą i przez główną drogę. Teraz długo i ostro pod górę w okolice Przełęczy Salmopolskiej. Jest mokro co nie jest nowością, ale też dosyć przekropnie. Kawałek przed rozjazdem MEGA – CLASSIC muszę chwilę podreptać, nogi jak z ołowiu. Wyprzedzam jednego z maruderów dystansu długiego, który wygląda jakby zaraz miał umrzeć… Myślę sobie – „Boże kolego ile Ty masz jeszcze przed sobą, chyba nie zdajesz sobie sprawy.” Ostry zjazd w dół i kolejna wspinaczka po przecięciu asfaltowej drogi. Teraz idę już cały czas – kamienie i tylko kamienie. Przede mną i za mną cała kawalkada piechurów. Tylko wyjadacze z ‘classica” próbują wjechać. Mocny zjazd po kamieniach, tutaj można albo miło polecieć albo mniej miło wylecieć i się roztrzaskać, wybieram pierwszą opcję. Znowu wspinaczka. Pada już bardzo mocno i zaczyna grzmieć. Mówię sobie – jak będziesz szybki to unikniesz pioruna 🙂 Dlatego podchodzę szybciej 😉 Teraz karkołomny zjazd do bufetu po mokrych płytach zakończony lekką wspinaczką. Po bufecie ostro do góry i znowu w dół. Przede mną finalna wspinaczka. Przypominam sobie trasę z zeszłego roku. Mocno w dół po betonowych kratkach. W pewnym miejscu na ostrym zakręcie można mocno polecieć do lasu. Okazuje się zresztą, że przygodę z wyścigiem kończy w tym miejscu jedna z zawodniczek Colex Team. Po feralnym zakręcie lecę w dół szutrowym zjazdem. Przy prędkości około 65 km/h wyrzuca mnie z trasy na śliskiej belce odprowadzającej wodę ze szlaku. Lecę bokiem i już widzę siebie gdzieś w szpitalu w Żywcu gdzie odwiedzają mnie znajomi. Na szczęście udaje mi się wychylić na tyle w przeciwnym kierunku, że nie wyrzuca mnie na bok. Rower zwalnia i wracam na szlak. Uffff zęby i kości całe, ale jest jeden poszkodowany – rower. Mocno naciągam przy tej akcji koło, które zmienia kształt na mniej kolisty. Teraz już żeby tylko dojechać. Tama na zbiorniku wodnym i podjazd koło Willi Prezydenta. Te kilka kilometrów gdzie umarłem w zeszłym roku staram się jechać równo ale z uwaga na koło. Mija mnie wiele osób, coś tam trzeszczy i muszę kawałek podejść. Może nawet dłuższy kawałek. Ostatni podjazd przez wioskę i zjazd do lasy koło linii startu. Tutaj już w ślimaczym tempie żeby tylko się dokulać. W końcu jest upragniona meta, za nami 43 km trasy i jakieś 1700 metrów przewyższeń.

Okazuje się, że Przemo już od 5 kilometra walczy ze sprzętem. Czekamy na niego chwilę i udajemy się na nocleg. Jestem wykończony. Rowery umyjemy rano, teraz trzeba się ogarnąć i śmigać na dekorację Gosi, która zajmuje drugie miejsce w generalce K2. Gratulacje!!!!

Po dekoracji czas na pamiątkowe foto.

Zbieramy się na nocleg i na kolację. Równie wcześnie co dotychczas do łóżek i pobudka rano. Pyszne śniadanie, ogarnięcie sprzętu i pakowanie, które zajęło nam trochę czasu. Finalne wyruszamy z Koniakowa po 10:00 żegnając się z przesympatycznymi gospodarzami. Droga do Poznania długa i męcząca, na A4 korek na ponad godzinę, uciekamy bokiem przez Grodków. Reszta trasy bez większych problemów no może poza Wrocławiem gdzie musimy również objeżdżać wylot na Trzebnicę. W Poznaniu zdajemy rowery na serwis do Malta Bike i można przygotowywać się mentalnie na powrót do pracy następnego dnia.

Podsumowując Beskidy Trophy jak zawsze na wysokim poziomie – zarówno organizacyjnym jak i sportowym! Super trasy, super atmosfera. Można pojechać na spokojnie, ale można też się zmasakrować. Ja swoją przygodę kończę #141 OPEN i #72 w M3.

Polecam ten wyścig każdemu!

Beskidy Trophy czyli ostatni poważny sprawdzian przed lipcowym wyzwaniem
avatar
%d bloggers like this: