Intro…

Gdy w lipcu zeszłego roku pokonywałem trasę Pierścienia Tysiąca Jezior w mojej głowie spokojnie dojrzewała myśl żeby pokusić się o pójście krok dalej, czyli przejechać „Bałtyk – Bieszczady Tour”. Gdy wpadłem na metę w Świękitach (chociaż wpadłem to za szybkie słowo jak na moją prędkość toczenia…) pomysł ten wylęgł się we mnie niczym ksenomorf w ciele żywiciela. Nawet uczucie bólu było bardzo podobne przez problemy z kolanami na ostatnich kilometrach. Stawy i mięśnie po kilku dniach przestały jednak boleć, a organizm dosyć szybko się zregenerował. Pozostało obwieścić radosną nowinę trenerowi, poczynić rejestrację na stronie wyścigu oraz rozpocząć przygotowania. Dni w kalendarzu znikały szybko, jak to mają w zwyczaju i tym sposobem wiele jednostek treningowych później nastał sierpień 2018. Do startu pozostało kilkanaście dni. Awarię roweru udało się ogarnąć dzięki serwisantom ze sklepu Sogest w Zielonej Górze, uzupełniłem też zapasy żeli oraz dozbroiłem się w sakwę pod górną rurę. Na kilka dni przed startem dopakowałem plecak, którym zabrać miałem ze sobą do Świnoujścia rzeczy na start, przepaki oraz coś na przebranie na metę. Treningowo oczywiście zluzowałem żeby się dobrze zregenerować i pozostało czekać. Im bliżej tym bardziej nachodziły mnie jakieś czarne myśli na temat samego startu, co ciekawe nie dotyczyły one dystansu, czy też tego czy dam radę przejechać taki dystans. Obawy dotyczyły ruchu samochodowego i tego, że zdejmie mnie z trasy jakaś ciężarówka. Ogólnie ciężki temat…

W piątek 24 sierpnia z samego rana śmigałem już autem na północ, gdyż mój tata postanowił pomóc mi w wyprawie i zaoferował, że może mnie podrzucić do Świnoujścia. Dzięki temu uniknąłem tarabanienia się pociągiem osobowym, który wlecze się niemiłosiernie długo nad morze. Na miejscu jakiś obiad i można było się pożegnać. Musiałem to zrobić szybko, gdyż tata miał minę jakby odwoził mnie pod mury zakładu karnego na odsiadkę 25 lat bez możliwości warunkowego zwolnienia. Żeby nie wprowadzać dodatkowej dramaturgii nie poinformowałem go o męczących mnie wizjach, kazałem uważać na siebie na powrocie do domu bo droga długa, a on nie jest już najmłodszy i udałem się w kierunku portu.

Promem przedostałem się na Uznam i skierowałem się do Hotelu Interferie gdzie odebrałem pakiet, okleiłem rower i wysłuchałem odprawy.

Udałem się też w spokojny objazd miasta podczas startu honorowego.

Start ostry zaplanowany miałem na godzinę 22:25 tak więc chciałem sobie odpocząć, czy też nawet się zdrzemnąć. Oczywiście jak można się domyślać g z tego wyszło… Wczesnym wieczorem usiadłem sobie na ławce nad Świną i przyszykowałem wszystko do startu.

Plecak z rzeczami na metę poszedł do auta jadącego bezpośrednio do Ustrzyk Górnych. Co do przepaków to mogłem wybrać dwie z trzech możliwych lokalizacji. Zdecydowałem się nie korzystać z punktu w Łowiczu na 525 kilometrze. Pierwszy worek zadysponowałem na 340 kilometr w Solcu Kujawskim, a drugi na 700 kilometr w Starachowicach. Oba opisane pakunki trafiły do busa, który miał je wywieźć w Polskę. Dopakowałem resztę sprzętu na rower, do toreb i na siebie. Zdecydowałem, że „na dole” pojadę na krótko zabierając tylko nakładki chroniące kolana przed zimnem. Na górze koszulka, ale już z lekką wiatrówką. Mimo zapowiadanego na weekend armageddonu pogodowego niby nie miało jeszcze padać, a noc miała być względnie ciepła. Wszystko przygotowane, do startu grubo ponad 3 godziny. Co by tutaj porobić… Aaaa miałem się przecież wyspać… Problem w tym jednak, że słońce postanowiło pójść spać w akompaniamencie całkiem mocnego, chłodnego wiatru. Te dwie rzeczy wykluczają smakowitą drzemkę. Znalazłem jednak tuż przy rampie coś jak pomieszczenie przed kibelkami, a’la poczekalnię gdzie było ciepło i nie wiało. Zakotwiczyłem tam jako pierwszy, by po chwili siedzieć już w wesołej gromadce ultrasów szukających chwili odpoczynku dla powiek. Niestety… Jako, że był to ciąg komunikacyjny do wspomnianych toalet co chwila ktoś łaził, trzaskał drzwiami, spuszczał wodę, czy też odpalał odrzutową suszarkę do rąk. Nie trzeba być wróżbitą Maciejem żeby posklejać, iż z drzemki zostały nici… Siedziałem więc i patrzyłem przez wielką szybę na rampę promu Bielik, z której co chwila startowały nowe grupy zawodników.

Czułem się tak trochę jak szympans w zoo cały czas mając przed oczami czarne wizje, na szczęście nikt nie rzucał w nas orzeszkami. Spoglądanie przez szybę przerwał jeden z dogorywających obok kolegów, który ostrzegał przed jeżami… Jeże hmm, zawsze myślałem bardziej o dzikach czy innej większej zwierzynie pod kątem nocnej jazdy, ale jeże? W sumie taki gagatek może narobić trochę bałaganu gdy się na niego najedzie…

Jakieś 30 minut przed godziną ”zero” udałem się na prom gdzie dozbrojono mnie w nadajnik GPS, oraz poklepano po plecach. Odbieram jeszcze telefon od rozśpiewanej ekipy znajomych, którzy siedząc przy ognisku w iście chóralnym stylu życzą powodzenia i przełączam się w tryb ultra. Ostatnie sekundy na rampie, odliczanie i poszli!!!…

Noc pierwsza…

Systemy działają, oświetlenie włączone. Wyruszyliśmy w grupie pięciu osób, każdy z nas w kategorii SOLO. Mamy pewien odcinek na „dogranie szczegółów”. Po tym czasie nie możemy jechać z nikim w grupie, korzystać z pomocy innych zawodników czy też ze wsparcia z zewnątrz. Minimalna odległość między poprzedzającym nas zawodnikiem to 100 metrów. Takie zasady gry przyjęliśmy podczas zapisów. Wiele osób pytało mnie przed, czy też po wyścigu dlaczego akurat kategoria SOLO. Przecież w grupie o wiele raźniej i weselej. Niby tak… Ja jednak nie lubię jeździć w grupie. Owszem mogę pojechać na jakieś niedzielne kręcenie wkoło komina w kilka osób, ale w 99% przypadków trenuję sam i jest mi z tym dobrze. Skoro więc trenuję sam to startuję sam. W grupie trzeba cały czas kręcić pod grupę. Czy czuję się dobrze, czy źle nadal muszę utrzymywać nadane tempo, dodatkowo trzeba uważać na ewentualną kraksę gdy ktoś zaśpi. Na tak długim dystansie męczące też jest ciągłe uśmiechanie się i odpowiadanie na całą masę pytań gdy znajdzie się koło nas jakiś gaduła. Fani Asterixa i Obelixa zrozumieją o co mi chodzi 😉

Ogólnie jak to mówi moja żona jestem typem samotnika, a ona przecież ma zawsze rację 😉 Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że jazda solo jest zdecydowanie bardziej wymagająca niż pomykanie w kilkuosobowej grupie co na mecie daje milion razy większą satysfakcję…

Po krótkiej chwili porobiły się między nami już spore odstępy. Ktoś tam został z tyłu, ktoś wystrzelił do przodu. Lecimy na południe wzdłuż Świny, by po chwili odbić na północ wpadając na drogę #93, którą docieramy do „krajowej trójki”. Przelatujemy przez Woliński Park Narodowy i miejscowość Wolin wkraczając na stały ląd. Ruszamy dalej na wschód po chwili zjeżdżając z ruchliwej krajówki. Mijam trochę osób, niektóre jadą jak ja SOLO, inne OPEN. Cały czas kontroluję prędkość i zastanawiam się czy docisnąć albo może odpuścić. Nie zmieniam jednak założeń. Jadę jak podaje noga, ale bez szaleństwa. W głowie założyłem zrobić trasę w 48 – 50 godzin i na tyle rozpisany miałem plan. Wiem jednak, że jest to mój pierwszy raz na tak długim dystansie, a prawdziwy wyścig zacznie się po 700-tnym kilometrze… Co będzie to będzie. Ważne żeby dojechać. Najważniejsze założenia to jechać szybko, stawać na normalnych punktach kontrolnych na maksymalnie 5 minut (przetestowane…) i w dwóch dużych punktach kontrolnych na nie więcej jak 30 minut (no ciekawe jak to będzie…). PK#1 w Płotach (78 km) zaliczam o godzinie 01:04. Prawie w locie podbijam kartę mimo, że nie ma na tym punkcie takiego obowiązku, chwytam drożdżówkę i uzupełniam wodę bidonach. Trzy minuty i lecę już dalej. Zaczyna trochę kropić, ale da się jechać w zwykłej wiatrówce. O godzinie 02:25 jestem na PK#2 w Łobzie (113 km). Ten punkt jest czysto techniczny tak więc bez zatrzymywania się lecę dalej. Miejscami mżawka zamienia się deszcz jednak nadal nie jest to nic groźnego. Zwłaszcza, że noc jest ciepła. Jedzie się bardzo dobrze, cały czas trzymam wystarczającą średnią. O 03:05 wpadam na PK#3 w Drawsku Pomorskim (130 km). Podbijam kartę i powtarzam automatycznie resztę czynności. Lecimy dalej na południe dobijając do Kalisza Pomorskiego. Byliśmy tutaj kiedyś z Gosią i Waldkiem na Nocnej Masakrze, czyli rowerowym rajdzie na orientację. Poszło nam wtedy, jakby to ładnie ująć, no nie najlepiej 🙂 Zajęliśmy chyba ostatnie miejsce motając się po okolicy w nocy w poszukiwaniu punktów. W Kaliszu wpadamy na „krajową 10”. Mimo późnej pory znowu wraca większy ruch i przede wszystkim ciężarówki. O godzinie 04:54 przejeżdżam przez PK#4 znajdujący się Mirosławcu (175 km). Na tym punkcie również nie musimy się zatrzymywać. Powoli zaczyna się robić jasno. Przeżywam straszne katusze związane z brakiem snu. Byłem taki cwany z tym piątkowym startem zakładając, że przecież pierwsza noc z biegowego ultra to wielokrotnie testowany patent i się przejechałem. Bieganie to bieganie. Na rowerze nogi pracują, ale reszta ciała jest gotowa na drzemkę. Na dodatek świt po nieprzespanej nocy to zawsze najgorszy okres. Zawsze pojawiają się wtedy u mnie najgorsze kryzysy…

Dzień pierwszy…

Jakoś udaje mi się dotrwać do czasu gdy słońce wychodzi zza widnokręgu. Na dodatek gdzieś za Wałczem mija mnie chłopak jadący ze wsparciem auta. Ten to ma relaks i swobodę. Wszystkie graty jadą w samochodzie, a on na lekko zasuwa sobie co fabryka dała. Wymieniamy kilka uwag, pozdrowienia i on leci dalej, a ja walczę z kolejnym kryzysem. Jest bardzo ciężko. Głowa opada mi prawie na kierownicę. Byle dotrwać do kolejnego pit stop’u… O 06:57 jestem na PK#5 w Pile (230 km). Zjadam jakby to powiedział Janusz Gajos „…pożywną zupkę…”. Niestety nie ma do tego „…stu gram czystej substancji…”. W Pile przeżywam koszmar psychologiczny spoglądając na znak wskazujący dom w odległości niecałych 100 kilometrów. Myślę wtedy przez chwilę pieprzyć to wszystko, za trzy godziny jestem w ciepłym łóżku, u boku małżonki. Głowa jest jednak jeszcze silna. Wiem jaki mam cel i muszę się tego trzymać… Z dużym smutkiem ruszam na wschód. Rozpoczyna się walka związana z ruchem na krajowej 10-tce. Auto za autem, ciężarówka za ciężarówką. Mam wrażenie, że kierowcy TIRów robią sobie zakłady na CB kto przejedzie bliżej danego zawodnika. Czasami mijają mnie naprawdę na milimetry. Jestem mega wkurwiony, ile razy drę się na mijającą mnie naczepę nie wiem – nie zliczę tego… Na dodatek dopada mnie taki kryzys snu, że momentami muszę jechać z zamkniętymi oczami. Staję na jakiejś stacji, jest źle. Nie mogę się wygęgać rozmawiając ze sprzedawcą. Z ust pada jakiś bełkot. Pokazuję więc palcem na puszki Red Bull’a i zabieram dwie. Płacę, piję i jadę dalej walcząc z autami. Koszmar… Mijam Wyrzysk i po pewnym czasie melduję się na PK#6 w Nakle nad Notecią (290 km) o godzinie 09:23. Tutaj zamieniam kilka słów z innymi uczestnikami, którzy również strasznie cierpią z powodu braku snu i udaję się na jedzenie. Zupa oraz schabowy znikają w kilkanaście sekund. Uzupełniam płyny w bidonach i wyrzucam śmieci – opakowania po żelach i batonach. Robię też sobie kawę, taką kawę, że jelito grube na sam widok kubka zaczyna się pocić. Wypijam ją prawie duszkiem parząc język. Ruszam w dalszą drogę.Rozmawiam z Anią, dzwonią też moi rodzice. Odczytuję również kilka smsów z pozdrowieniami i przekazem żebym się trzymał. Podbudowany kręcę sprawnie pokonując kolejne kilometry. Lecimy trochę bokami, co poprawia komfort psychiczny. W Białych Błotach wbijamy niestety z powrotem na DK10 i koszmar powraca. O godzinie 11:40 dobijam na PK#7, czyli duży punkt kontrolny w Solcu Kujawskim (340 km). Podbijam kartę, odkładam rower i odnajduję przepak. Przebieram się w nowy zestaw rzeczy, dobieram nowe batony i żale. Pałaszuję też ciepły posiłek serwowany na punkcie i uzupełniam elektrolity. Jestem gotów technicznie do dalszej drogi jednak teraz czas na drzemkę. Czuję się fatalnie. Jestem tutaj przed czasem tak więc decyduję się na 45 minut dogorywania. Udaję się na salę gimnastyczną gdzie na materacu zapadam w letarg (na zdjęciu uśmiech dla Ani, proszę się nie sugerować…)

Sen przychodzi szybko, alarm w telefonie jest jednak jeszcze szybszy. Jeśli dobrze pamiętam dzwoni wtedy Karol. Przekazuje, że śledzi mnie w miarę możliwości i dopinguje z całych sił z rodziną. Dodatkowo przesyła filmik od dzieciaków, które dopingują wuja. Dzwoni też Ania podpytując o to jak się czuję. Bywało lepiej, ale drzemka postawiła mnie na nogi. Podbudowany słowami otuchy od rodziny i znajomych ruszam w dalszą drogę. Ciut motam się na wyjeździe z punktu, ale w końcu łapię dobry kurs. Mijam jednego z chłopaków jadącego SOLO, który przeżywa potężny kryzys. Dodaję mu otuchy i proponuję coś do jedzenia lub picia. Odmawia, ma wszystko – musi na chwilę się po prostu zatrzymać i pobyć sam ze sobą. Lecę dalej. Wpadam ponownie na DK#10 pomykając wzdłuż Wisły w kierunku Torunia. Ja pierdole jaki ruch, normalnie jeden ciąg aut dużych i małych w jedną i drugą stronę. Pikanterii dodają Czarne Łebki stojące co jakiś czas na poboczu drogi. Niektóre panny ubrane jak z konwentu mangi czy innego anime. Mijam kilku zawodników, którzy walczą z kryzysem i ruchem samochodowym. W momencie gdy prawie przekraczam masę krytyczną natężenia ruchu docieram do rogatek Torunia. Uciekam od natłoku aut jadąc częściowo ścieżkami rowerowymi. W miejscowości Brzoza wpadam na mniej uczęszczaną drogę DK#91. Po prawej stronie leci autostrada A1 a po lewej w oddali płynie Wisła.

Mijam Ciechocinek, niestety nie ma czasu na kilka wdechów przy tężniach. Zaczynam odliczać kilometry do kolejnego punktu. Powinien już być, co jest??!! W końcu jest i on, ukryty przy stacji Orlen, PK#8 Wagant (400 km). Jest godzina 15:44. Wsuwam pyszne naleśniki serwowane przez obsługę punktu. Podbijam kartę i jestem gotów do dalszej jazdy. Mam też chwilę rozmowy z kolegą Krzysztofem, który przyjechał tutaj również z Poznania i jedzie z ekipą w kategorii OPEN. U chłopaków ciężko. W głowie układają cały czas plan jak strategicznie podejść do kolejnych odcinków trasy. Ja też cały czas o tym myślę, ruszam jednak dalej żeby nie tracić czasu. Po chwili podziwiam potężne zakłady firmy Anwil co może oznaczać tylko jedno – witamy we Włocławku! Przez pewien odcinek mieszam się z kilkoma zawodnikami OPEN. Raz ja mijam ich, raz oni wyprzedzają mnie. W końcu zostawiam ich z tyłu i lecę na Płock DK#60. Potężne długie proste, po lewej Wisła… Po kilku kilometrach dopada mnie dziwny kryzys. Czuję się dobrze fizycznie i psychicznie, ale dopada mnie… nuda… Kuźwa nuda? Coś sobie pośpiewam, może nawet potańczę. Przez chwilę myślę żeby stanąć w jakimś sklepie na piwo. To nie jest jednak najlepszy pomysł. Jadę dalej, ale jestem tak znudzony, że nie chce mi się po prostu jechać… Wjeżdżam w lasy i pokonuje kolejne kilometrowe proste po horyzont. Muszę na chwilę stanąć na stronie, poświęcam też ten czas na restart głowy. Ruszam dalej, ale monotonia dopada mnie już po kilku chwilach. W miejscowości Nowy Duninów wylatuję z linii drzew.

Mam nawet pomysł na zrobienie fotki, niestety nic ciekawego z tego nie wychodzi. W zamyśle na zdjęciu powyżej miał być piękny zameczek, który mijałem w jednej z wsi. Heh no coś tam widać 🙂 Z nudów wyrywa mnie w końcu górująca w oddali za Wisłą instalacja płockiej rafinerii. Znika jednak bardzo szybko, a ja odbijam na południe w lasu do miejscowości Łąck. Troszkę dziurawo, ale przynajmniej coś się dzieje 😛 Mija mnie grupa zawodników jadąca z asystą auta. Ci to mają dobrze 🙂 Mijam jeziorko i wjeżdżam do miasteczka. Tutaj na ryneczku mieści się PK#9, a samo miasteczko to Gąbin (483 km). Jest godzina 19:22. Punkt znajduje się na otwartym powietrzu pod namiotem. Zjadam kilka specjałów serwowanych przez obsługę, uzupełniam płyny w bidonach i dozbrajam oświetlenie. Za chwilę zacznie robić się ciemno. Na dodatek zrywa się mocny wiatr, od zachodu nadchodzą też chmury zwiastujące deszcz. Trzeba lecieć dalej… Uruchamiam lampki z przodu oraz z tyłu i ruszam przed siebie. Po kilku kilometrach opuszczam województwo mazowieckie i wjeżdżam w Łódzkie. Poruszam się drogą wojewódzką #584. Ruch raczej mały, ale zapada zmrok, a zmrok oznacza orient.

Noc druga…

Pierwsze godziny ciemności są raczej spokojne. Czuję jednak narastające zmęczenie. W końcu 0 21:25 wjeżdżam do Łowicza (525 km) na PK#10. Tutaj mieście się drugi duży punkt kontrolny z możliwością przepaku. Ja jednak nie wybrałem tej miejscówki przy nadawaniu bagażu. Gdy staję pod halą, w której mieście się punkt wita mnie para w tradycyjnych strojach ludowych. Obsługa zajmuje się moim rowerem odstawiając go na bok i pomagając z ogarnięciem lekkiego szoku gdy nogi zaczynają stąpać po twardym gruncie. Mega pozytywni ludzie, każdy zagaduje, pyta, gratuluje – czuję się przez chwilę jakbym jechał jako lider 😉 Zjadam makaron z warzywami i siadam na chwilę na materacu. Morfeusz zaczyna wabić mnie na drugą stronę. Nie ma co z tym walczyć, nastawiam alarm i robię nieplanowany odjazd na białą salę. Budzę się po godzinie. Wydaje mi się, że cały czas byłem obudzony. Dopiero na mecie dowiem się od kolegi Krzysztofa, który przyjechał do Łowicza kilkanaście minut po mnie, że spałem jak worek ziemniaków. Krzychu przez chwilę zastanawiał się nawet czy nie umarłem, bo nie było we mnie nic życia. Totalny odlot… Ubieram się w cieplejsze rzeczy. Rozmawiam z Anią i Karolem. Chcę przekazać im, że jest źle, ale nie muszę. Mam taki głos, że po chwili wiedzą już, że potrzebowałem tego snu jak „sucha studnia wody…”. Kryzys jest tak potężny, że myślę o tym żeby pójść na dworzec i pojechać pociągiem do domu. Przecież część pociągów z Warszawy zatrzymuje się w Łowiczu. Wtedy już tylko 2,5 godziny podróży i jestem na swojej kanapie. Wyrzucam jednak te brudne myśli z głowy wychodząc na zimne, nocne powietrze. Dobra, koniec marudzenia, trzeba robić to po co tu przyjechałem. Ruszam na południowy wschód krajową 70-tką. Przejeżdżam pod wiaduktem autostrady A2, stoi tutaj auto i jakiś człowiek. Nastawiam się na jakieś problemy, ale miły pan krzyczy „dawaj Maciej, dawaj!!!…”. Przez chwilę myślę, kuźwa przyjechał tu ktoś ze znajomych??? Nie należę do najmądrzejszych obecnie osób na planecie Ziemia. Przecież moje imię widać przy sygnale GPS na stronie trackingowej. Tak czy siak dziękuję temu panu bardzo za wsparcie (jeśli może przeczyta pan kiedyś ten wpis to tutaj raz jeszcze dziękuję za doping – o tej godzinie, na tym kilometrze każde słowo otuchy jest warte miliony). Przelatuję przez Skierniewice i kieruję się drogą wojewódzką na Rawę Mazowiecką. Jest sobota wieczór, ruch jest mały, ale wieś tańczy i się bawi. Często przelatują koło mnie jacyś fani tuningu z muzą walącą basem na całą okolicę. Nie przeszkadza mi to do momentu gdy któryś mnie nie zahaczy lub nie będzie miał problemów. Dopiero kilka godzin później dowiaduję się, że za Gąbinem tej nocy pobity został jeden z zawodników przez właśnie jakąś rozrywkową ekipę. Wepchniętego go potem do rowu, a rower połamano… Nie mam słów na takie zachowanie… (sprawę pobicia przejęła policja, nie znam niestety dalszych szczegółów, mam tylko nadzieję, że kolega będący ofiarą napaści wraca do zdrowia). Przejeżdżam przez Rawę Mazowiecką walcząc ze snem. Zaczynam mieć dziwne myśli, a mój mózg rozpoczyna festiwal halucynacji i omamów. Na początek klasycznie i spokojnie. To dopiero początek… Głowa opada, a oczy same się zamykają. Zdejmuję cienką czapeczkę spod kasku żeby zimny wiatr chłodził głowę wywiewając z niej sen. Jadę po bardzo mokrej drodze, musiało tutaj konkretnie lać. Na szczęście aktualnie nie pada. Mijam jakieś ogrodzenie gdzie szczekają dwa owczarki lub coś podobnie dużego. Urywają się zza płotu i lecą na mnie. Przyspieszam chyba do 50 km/h, cisnę ile fabryka dała. Jestem gdzieś pośród pól w czarnej dupie, jak mnie dojdą to posłużę im za późną kolację. Skubane nie odpuszczają przez dobre kilkaset metrów. Zaczynam słabnąć, kuźwa!!! W końcu zostają w tyle, co za masakra… Poproszę bez takich pobudzaczy na kolejne kilometry… Jest i droga wojewódzka #707, park, a w nim pałacyk. To PK#11 i Nowe Miasto nad Pilicą (610 km). Jest godzina 02:54. Zjadam ciepły posiłek, uzupełniam płyny w bidonach. Zamieniam słowo z obsługą czy można na chwilę odpocząć na podłodze w głębi pomieszczeń. Miła pani proponuje ciepłe łóżku, w sensie samo łóżku bez pani. Odmawiam bo wiem, że jak poczuję łóżko to obudzę się gdzieś w poniedziałek rano. Pożycza tylko koc i kładę się na podłodze między rowerami, koło toalety. Drzemię niecałe 30 minut, robię sobie turbo mocną kawę i ruszam w drogę. Czuję jak bakterie z reklamy Domestosa rozpalają ognisko 😉 Troszkę zimno. Druga noc jest zdecydowanie chłodniejsza. Mocny zjazd wychładza mnie do szpiku kości. Wpadam na drogę wojewódzką kierując się na Radom. Kilkanaście kilometrów przed Radomiem gdy prowadzę potężną walkę ze snem o świcie zwalnia koło mnie jakieś auto. Uchyla się szyba i miły pan pyta czy jedziemy na airshow do Radomia… „Kuźwa co? Airshow? A czy ja wyglądam jak jakiś pilot myślę sobie w głowie… Przez chwilę widzę siebie w skórzanej kurtce i goglach. Obraz rodem z filmu „Ci wspaniali mężczyźni w swych latających maszynach”… Brakuje jeszcze mokrego pora i pilotki… A nie to było w „Allo, Allo!”…  Eeee mój mózg nie nadaje się na szersze dywagacje. Odpowiadam, że bierzemy udział w zawodach Świnoujście – Bieszczady… Słyszę jak głowa miłego pana eksploduje obliczając dystans trasy, a auto przyspiesza znikając za zakrętem.

Dzień drugi…

Dzień dobry niedzielo!!! Słońce powoli rozgania mrok po okolicy. Kilka kilometrów przed Radomiem odbijamy na południe kierując się na Wolanów (każdy dobrze wie gdzie to jest 😉 ). Jadę jakąś strasznie dziurawą drogą modląc się o stację i kawę. Doganiam koleżankę jadącą OPEN, która odłączyła się od grupy. Jest w o wiele gorszym stanie niż ja. Rozmawiamy chwilę i urywam się od niej ze względu na regulamin. Jadę jakąś drogą, która przypomina mi miejscówkę, którą wizytowaliśmy z kolegą Kotem rok temu jadąc z Bieszczad wschodnią granicą Polski na północ. Problem polega na tym, że nie jestem w Bieszczadach… Ehhh… Rzucam okiem na telefon. Maciek Sowa przekazuje w drużynie, że jadę na trasie BBT i dostaję wiele smsów ze wsparciem i życzeniami powodzenia. Jest kop energetyczny, nie ma co! Dzięki Maciek, dzięki ekipa! Jeszcze godzinka i wpadam do Starachowic (710 km) na PK#12. Jest godzina 08:05 i jest to mój drugi przepak. Sam punkt mieści się w miejskiej pływalni. Zjadam zupę i drugie danie. Robię szybką toaletę i przebieram się w świeży zestaw ciuchów. Wchodzę na piętro gdzie ciała zawodników leżą porozrzucane na materacach. Każdy śpi jak kamień. Uzupełniam żele i jedzenie z przepaku oraz magnez razem z elektrolitami. Wyrzucam też śmieci zebrane przez ostatnie kilka godzin. Chce się zdrzemnąć robiąc mocny odpoczynek przed ostatnim etapem trasy. Rozmawiam z Anią składając raport sytuacyjny, dzwoni też Karol wspierając rozmową. Cieszy się, że nie poddałem się jednak w Łowiczu i pojechałem dalej. Kładę się na materacu i zamykam oczy. Nie mogę jednak spać. Leżę przez chwilę i zaczynam się pakować. Koło mnie leży jeden z zawodników ni to chrapiąc ni to sapiąc. Ciężko to opisać, ale mój pies przy tym to cichutkie stworzonko. Przez moment martwię się czy nie zakończy zaraz swojego żywota, bo wydaje dźwięki jak dopiero co narodzony tapir. No ale widocznie tak właśnie sypia 🙂 Zbieram się i ruszam w dalszą drogę. W głowie myśl – ostatnie 300 km 😉 Zaczyna padać i to całkiem mocno. Zatrzymuję się gdzieś na stacji benzynowej ubierając ochraniacze na buty i kurtkę przeciwdeszczową. Po chwili na podjeździe staję ponownie zakładając do kompletu spodnie. Dostrzegam bardzo specyficzną rzecz – duże, dwumetrowe krzyże stojące co jakiś czas w lasach, czy na polach przy drodze. Dosyć intrygujące, ale i lekko straszne jeśli to dobre słowo. Momentami wyglądają jak z horrorów. Mijam Ostrowiec Świętokrzyski po jego zachodniej stronie kierując się na południe, a potem na południowy zachód. Poza zacinającym deszczem i porywami wiatru zbyt wiele z tego odcinka nie zapamiętałem. Docieram do Opatowa (755 km) na PK#13. Jest 11:57. Zjadam żurek zagryzając go chlebem. Wsuwam też jakieś trzy crossanty i uzupełniam płyny. Oglądam też film promocyjny o Opatowie. Bardzo interesujący, mógłbym zostać tu i obejrzeć go jeszcze ze sto razy ucinając sobie w międzyczasie kilkugodzinną drzemkę. Trzeba jednak jechać dalej. Jestem już cały mokry, a z rękawiczek woda leci jak z kranu. Gdy wychodzę na zewnątrz wiatr wali deszczem w poziomie – ekstra… Ruszam drogą krajową #9 prowadzącą do Rzeszowa. Wraca koszmar ruchu samochodowego. Auto za autem, ciężarówka za ciężarówką i to wszystko w szalejącej ulewie.

Kilometry lecą jak krew z nosa. W głowie myślę, że jadę już kilka godzin, a tu pęka dopiero kilka kilometrów. Czas strasznie zwalnia. Gdzieś na południe od Tarnobrzegu przekraczam Wisłę wjeżdżając w województwo podkarpackie. Kolejne godziny i kolejne kilometry. W głowie mam totalną pustkę. Kolejny punkt powinien być tuż za zakrętem. Nie ma go jednak Kolejna wieś, kolejne kilometry. Co jest kurde??? Zgubiłem się czy co? Zaczynam się denerwować, że go ominąłem. Pytam w końcu przy jakiejś stacji o drogę. Dowiaduję się, że muszę jeszcze jechać prosto. W końcu jestem. Majdan Królewski (814 km) i PK#14. Jest godzina 15:05. Wykręcam rękawiczki, zjadam ciepły posiłek i robię resztę tego co robię na każdym punkcie. Wypijam też mocną kawę. Jeśli wcześniej mówiłem, że byłem mokry to teraz po prostu pływam. Inni spotkani zawodnicy również. Wychodzę na dwór – ja pierdole jak zimno. Po kilku kilometrach w Kolbuszowej zjeżdżam w końcu z krajówki na drogę wojewódzką #987. W głowie rośnie mi jakaś straszna wkręta. Przez kaptur na głowie pod kaskiem zaczynam słyszeć bardzo mało odgłosów, okulary zalewane deszczem ograniczają widoczność. Czuję się jak gdzieś za jakąś szybą. Jakbym był zawinięty w jakiś worek… Co za dziwny trip, jak na jakiś konkretnych dragach… Zdejmuję okulary i kaptur żeby nie oszaleć. Pokonuję kolejne kilometry walcząc z głową i dziwnymi myślami. Przejeżdżam pod autostradą A4 i po kilku kilometrach jestem na PK#15 w Sędziszowie Małopolskim (860 km). Odbijam kartę kontrolną o godzinie 17:05. Ten punkt ogarniają chłopaki z ekipy Rowerowy Lublin. Dwa słowa rozmowy, kilka kęsów batonika energetycznego i lecę dalej żeby nie tracić ciepła. Początek i tak jest dosyć roztrzęsiony od zimna. Kilka kilometrów dalej zaczyna się mocny podjazd. Jest ciekawy i długi, bardzo mi się podoba. Wdrapuję się na niego bez większych problemów, ale demonem prędkości na pewno nie jestem 😉 Kilka osób walczy w pewnej odległości ode mnie z przewyższeniami. Teraz rura w dół i kolejne kilka trochę mniejszych podjazdów i zjazdów. Jest już mocno pagórkowato. Przez chwilę walczymy na krajowej 19-tce, którą szybko opuszczamy zostawiając sznur aut za sobą. Znowu są problemy z sugerowanym odcinkiem między punktami. PK#16, czyli Brzozów (907 km) jest dużo dalej niż wskazywały wszelkie obliczenia. Denerwuje się mocno wyczekując punktu. W końcu jest. Mamy godzinę 19:55. W głowie pada myśl – została tylko setka…

Noc trzecia…

Punkt w Brzozowie prowadzony jest przez koło gospodyń wiejskich. Zajadam żurek z chlebem i domowe wypieki. Ruszam w ciemną noc rozpoczynając przedostatni etap. Ten odcinek masakruje mnie całkowicie. Często biegając ultra słyszy się o syndromie drugiej nocy. Trzecia noc to jest dopiero coś halucynogennego… To tak jakbym miał w bidonie literek Psylocybiny. Docieram do Sanoka. Zaczynają się potężne jak na mój stan podjazdy. Najgorsze jest to, że cały czas w górę, a potem w dół i tak do usranej śmierci. Przed centrum miasta trafiam na dwa radiowozy. Panowie policjanci wiedzą, że taki wyścig ma miejsce na ich terenie. Pytają czy śpimy na trasie, odpowiadam, że owszem, ale raczej krótko. Dowiaduję się też, że kilometry podane przez organizatora są trochę zaniżone względem rzeczywistości. Nie poprawia mi to nastroju. Na chwilę przestaje padać, robi się mocna mgła. Na jednym z kolejnych podjazdów na linii Zagórz – Lesko mam wrażenie, że jeżdżę w kółko. Przecież to chyba piąty tak samo wyglądający podjazd. Dzwoni Karol wspierając mnie kilkoma słowami otuchy. Uherce Mineralne i kolejne podjazdy, kuźwa chyba jestem już na 5 000 metrów nad poziomem morza… W głowie mam taki burdel, że ciężko złożyć chociaż jedną normalną myśl. Zmieniarka w głowie przewija kolejne utwory z płyty „Księga Tajemnicza. Prolog”. Znam ją na pamięć od czasów nastolatka. Tak… kawałek „Psychodela” doskonale odwzorowuje stan mojego umysłu (gdyby ktoś nie znał to warto przesłuchać…)

„…A czas tik, tik, tiki, tiki, tik, tak…Tik, tik, tiki, tik, tiki, tik, tak!…” Ogólnie Jadę już całą wieczność, a tu znak, że Ustrzyki Dolne dopiero za 24 kilometry. Przecież to jest jakiś kosmos. W głowie liczę sobie szacowany czas dojazdu na metę. Serwery jednak muszą być mocno przeciążone bo wychodzą mi jakieś androny… Ponownie dzwoni Karol zmartwiony moją pozycją. Pytam go ile mam do kolejnego punktu bo zaraz rzucę rower w krzaki i zakończę te wyprawę. Karol przez błąd GPSa nie wie niestety dokładnie gdzie jestem przez co nie może zbyt precyzyjnie odpowiedzieć na moje pytanie. Muszę chyba zjeść Snickersa bo zaczynam marudzić do słuchawki. Pojawiają się kolejne objawy wychłodzenia organizmu. Oj muszę się zbierać, bo będzie ciężko… Umawiamy się na telefon gdy dotrę do punktu. Kolejny pionowy podjazd. Ale moment, te okolice już kojarzę. Tu na pewno byłem z kolegą Kotem jadąc Wielką Pętlę Bieszczadzką. Jest przejazd kolejowy i zabudowania. Tak to będą Ustrzyki Dolne (955 km). Muszę zapytać jakichś imprezowiczów o halę sportową, ale w końcu trafiam na PK#17. Jest 23:41. Wypijam szybko zupę i uzupełniam izo w bidonach. Dzwonię do Ani i Karola meldując pozycję, życząc spokojnego snu i dziękując za wsparcie. Wcale nie dziwię się, że wiele osób lekceważy przejechany właśnie odcinek. Przecież to tylko 50 kilometrów, ale każdy z nich odciska swoje piętno na zawodniku po takim dystansie w nogach. Z tego co słyszałem kilka osób w poprzednich latach wycofało się właśnie w Ustrzykach Dolnych w związku z wyczerpaniem fizycznym i psychicznym… Nie tracę czasu, nie mogę dopuścić do wystudzenia. Ruszam w dalszą drogę. Jest przeraźliwie zimno. Trasę niby znam, ale gdy po chwili pada mi nawigacja oraz GPS w zegarku zaczynam bać się o to żeby się nie zgubić. Podjazd ciągnie się w nieskończoność. Hoszów, Rabe, Czarna Góra… Kręcę noga za nogą i czuję jak robi mi się błogo. Czuję jak kładę się do łóżka i przykrywam się kołdrą. Fuck!!! To podstęp! W ostatniej chwili unikam wywrotki podpierając się nogą i łapiąc balans ciała. Jadę dalej, znowu to samo. Powtarzam sobie w głowie, że to zło i nie mogę przykrywać się tą kołdrą. Oczy zamykają się jak po raz kolejny, czuję ciepłe łóżko. Na ścianie przed łóżkiem wisi telewizor, jego światło lekko mruga. Hmmm mruga mocniej i mocniej, zbliża się do mnie i wydaje jakieś przeraźliwe dźwięki! Mózg wyrzuca hormony do krwi, a ciało zmusza oczy do otwarcia. To nie telewizor, a jadący z przeciwka bus trąbiący na mnie wlekącego się na śpiku po środku drogi. Uciekam na pobocze i zatrzymuję się na chwilę. Nie mogę jechać dalej bo zginę pod kołami auta lub gdzieś na drzewie. Rozpinam kurtkę i zdejmuję czapkę. Chowam też okulary do kieszeni. Wszystko to po to żeby mocniej czuć bodźce zewnętrzne, a mocno pada i wieje. Dodatkowo temperatura spadła do kilku stopni. Jest też zbawienny szybki zjazd. Lecę na przymkniętych powiekach unikając ostrych kropli deszczu. Ryzyk fizyk, albo dojadę na miejsce, albo zamarznę lub oszaleję. W głowie rozmawiam z osobami, których nie widziałem od lat. Widzę rzeczy, których nie chciałbym zobaczyć. Po drodze biegają Łonie i Słasice, a nade mną latają Hefalumpy. Mój mózg jest w stanie rozkładu i czuję, że zaraz się wyłączy, a moje ciało wypadnie gdzieś z trasy w krzaki. Spotykam innego zawodnika, który walczy z ostatnimi kilometrami trasy. Mówi coś do mnie, ale nie rozpoznaję już słów. Dociera do mnie po chwili, że do mety mamy kilkaset metrów. Jezu jak się cieszę. Niestety to pomyłka. Okazuje się, że kolega się pomylił. Moje wkurwienie sięga zenitu. Chyba osiągam już drugi stopień hipotermii. Nie mam już dreszczy, ale jest większy problem – zaczynam tracić świadomość. Mam problemy z mową i koordynacją ruchową. Tracę też poczucie czasu. Ostatni mocny podjazd i piekielnie szybki zjazd. Asfalt nie jest najlepszej jakości. Jedne zły ruch i koniec tej zabawy. Zamykam jedno oko bo zimny deszcz wbija się w nie jak igły. Stuposiany i Pszczeliny. Wjeżdżamy w linię lasu. To już ostatnie kilometry. Nie czuję już niczego, nie myślę już o niczym. Nie wiem czy nadal jadę, czy straciłem już przytomność, czy leżę w rowie. Nie mam pojęcia co się ze mną dzieje – straszny stan. W końcu z lasu wyrastają jakieś zabudowania i pojawiają się światła. Mija mnie patrol Straży Granicznej dając szperaczem po oczach. W końcu po prawej stronie drogi dostrzegam proporce BBT 1008. Ja pierdole to cel mojej podróży czyli Zajazd Pod Caryńską! Jestem prze szczęśliwy, ale nie ma we mnie nic życia. Przekraczam linię mety… Jest poniedziałek, godzina 02:24. Wita mnie symboliczny dźwięk dzwonu okrętowego… Zostawiam rower w namiocie i udaję się odbić kartę.

Organizatorzy gratulują dobrego wyniku jak na debiutanta w kategorii SOLO. Coś tam odpowiadam, ale nie wiem co. Uśmiecham się chyba nawet… Ciało zaczyna się lekko ogrzewać , zjadam też pożywny ciepły posiłek. Stawia mnie to minimalnie na nogi. Rozmawiam z kolegą Radkiem i jego małżonką Elą. Czekali na mnie bo z Radkiem będę dzielił pokój. Ciężko mi zebrać myśli więc zbieram się do pokoju i wrzucam swoje zwłoki pod prysznic. Nie pamiętam zbyt wiele, ale wychodzę z łazienki z morale +100… Wychodzę na chwilę do baru na piętrze. Co jak co, ale piwko to mi się należy. Zamawiam jakiś lokalny przysmak i sączę wsłuchując się w rytmy bieszczadzkiej muzyki.Między jednym a drugim łykiem spoglądam na pamiątkowy medal… Jest satysfakcja, ale jestem zbyt zmęczony na więcej. Dosiada się do mnie jakiś inny zawodnik. Próbujemy rozmawiać jednak co chwila gubimy wątek lub zapominamy o czym rozmawialiśmy. Co za kosmos 🙂 Trzeba iść spać. Wracam do pokoju, mój mózg już śpi. Ciało robi jeszcze kilka kroków do łóżka, układa rzeczy i nastawia alarm na rano w telefonie. Plan powrotu jest ambitny bo zakłada dojazd rowerem do Przemyśla na 10:30 😀 Hehe…

Dzień trzeci…

Budzi mnie jakiś ruch, spoglądam w lewo przez półotwarte powieki i okazuje się, że śpię na sofie na korytarzu…. Uuuuuu to jest jakaś gruba akcja… Próbuję dostać się do pokoju, ale nikogo tam nie ma. Błądzę trochę po korytarzach i w końcu w sali śniadaniowej spotykam Radka z rodziną. Gdy obudził się rano już nie było mnie w pokoju. Próbował się dodzwonić, ale telefon został w pokoju. Doprowadzam się do stanu używalności i zasiadam do śniadania. Jest prawie 08:45. Sprawa raczej oczywista, że rowerem nie dotrę na oddalony o ponad sto kilometrów dworzec kolejowy w Przemyślu w ciągu 120 minut… No to klops. Wiele osób leży porozrzucanych po okolicy w objęciach snu.

Dzwonię też do Krzyśka pytając, czy dotarł już na miejsce. Ma jeszcze trochę kilometrów do mety. Będzie w zajeździe grubo po 14:00. Sprawdzam różne opcje transportu. Najważniejsze wydostać się z Ustrzyk w stronę cywilizacji. Jutro rano muszę być w pracy i każda godzina się liczy. Idę więc na piwo – alkohol zawsze pomaga w rozwiązaniu problemów 😉 Siedzimy z kilkoma osobami, które również dotarły na metę w nocy. Cały czas docierają z północy nowe osoby kończące zawody.

Wychodzi słoneczko, troszkę wieje, ale zrobił się naprawdę piękny dzień… Totalnie inne warunki niż te z dnia poprzedniego. Spotykam chłopaków z Częstochowy. Marcin właśnie wjechał na metę zawodów, a Jarek kilka godzin wcześniej przyjechał ze Świętego Miasta odebrać kolegę i zabrać do domu. Pytam o podwózkę i dostaję odpowiedź, że jeśli zmieścimy się jakoś do osobówki z rowerami to chyba mogę z nimi jechać. Rowery udaje się spakować tak więc los naszej wyprawy jest prawie przesądzony. Pytam ponownie obu kolegów, czy są pewni, że mogę z nimi jechać. Nie ma zbyt wielkiego sprzeciwu, tak więc postanowione. Czekamy jeszcze jakiś czas na odbiór pamiątkowych strojów sącząc piwko. Na metę wpada Krzysiek.

Dogadujemy się, że pojedziemy jednak każdy na własną łapę. Po chwili ładujemy się do auta i kierujemy na zachód. Zasypiam w trzy sekundy. Budzę się gdzieś na postoju gdzie nasz kierowca również robi drzemkę bo zmęczenie robi swoje. Rozmawiam z tatą, który wraca z Warszawy i może mnie zgarnąć w Częstochowie. Opcja super fajna, ale my na miejscu będziemy dopiero po 22:30. Nie ma sensu żeby czekał kilka godzin na mnie, a z Częstochowy do domu też trzeba dojechać… Wrócę jakoś pociągiem. Sprawdzam jeszcze dokładnie połączenia. Chłopaki jadą przez Kraków i tam też wyskakuję z auta kupując wcześniej bilet w internetach. Panowie ogromne dzięki za podwózkę na sam dworzec!!! Składam ze spokojem rower, pakuję plecak i ruszam na rekonesans po krakowskim rynku. Mam tak opuchnięte stopy, że nie mogę zapiąć spdów. Na dodatek mam tak popalone czwórki, że mini górkę z dworca pokonuję prawie na dwa razy… Na rynku wsuwam jakiegoś kebsa popijając colą. Jest poniedziałek wieczór, ale ruch na rynku ogromny. Ledwo mogę jechać rowerem. Wracam na dworzec i rozsiadam się na ławce.

Noc czwarta…

Pociąg lecący z Przemyśla jest opóźniony o 40 minut, ale jak już dociera to szybko ładuję się do środka. Wieszam rower, przypinam dla spokojnego snu ulock’iem i rozsiadam się wygodnie w pierwszym rzędzie foteli wagonu bez przedziałów. Jest całkiem sporo osób. Ruszam w końcu w kierunku Poznania kilka minut po 23:00. Zaraz zasnę i będzie cacy. Oj jak się mylę. Przede wszystkim jest diabelnie zimno, a mój stan podgorączkowy gdy ciało walczy z urazami mięśni na pewno potęguje to uczucie. Jedni ludzie rozmawiają, drudzy chrapią, dzieciaki oglądają jakieś bajki lub zajadają chipsy, czy inne orzeszki chrupiąc i szeleszcząc opakowaniami… Ku….wa!!!! Przekładam się z boku na bok odliczając kolejne stacje. W Katowicach wsiada jakaś para i zajmuje miejsce obok mnie. On siedzi niewzruszony, sztywny jak pal Azji, ona pełna rynna pytając „dlaczego jej to zrobił i czego mu w życiu brakowało..???” Ja pierdole co mnie jeszcze czeka…?? Czy na kolejnej stacji wsiądzie Irek Bieleninik z butelką Fairy w ręku rzucając z korytarza „Nie wierzysz? Przyjedziemy do Ciebie!” Szlochająca pani wysiada po kilkunastu minutach jazdy. Jedziemy dalej, znowu letarg. Gdzieś już w szeroko pojętej Wielkopolsce dosiada się więcej i więcej osób. W końcu o 05:30 staję na peronie dworca Poznań Główny.

Dzień czwarty…

Ruszam na zachód. Do domu jakieś 45 minut kręcenia patrząc na potężnie bolące nogi i niezapięte, zsuwające się spdy. Mam już tak spuchnięte stopy, że ledwo wkładam je do butów (poniższe zdjęcie nie jest specjalnie rozciągnięte, a nie mam słoniowych nóg…).

Powoli sunę do domu. Nie pada, jest chłodno, ale przyjemnie. W domu melduję się kilka minut po godzinie 06:00. Ania wychodzi za chwilę do pracy. Szybka wymiana uścisków i gratulacje po czym znika za drzwiami. Robię sobie kawę zaczynając nowy dzień… Kolejny bardzo ciężki dzień… Tym razem nie w siodle, a w pracy…

Outro…

Zamykając te opowieść warto wrzucić tutaj kilka cyferek. Nie dlatego, że są imponujące, a raczej z kronikarskiego obowiązku. I tak oto pokonałem prawie 1030 kilometrów trasy (mój Garmin wysiadł na 998 kilometrze, daleko przed metą). Czas przejazdu ze Świnoujścia to 51 godzin 59 minut. Prawie cztery godziny dłużej niż zakładałem, ale to akurat nie jest najważniejsze 🙂 Najważniejsze jest to, że przejechałem trasę walcząc z sobą i swoim słabościami! Momentami było naprawdę tragicznie ciężko. Największym problemem okazał się być brak snu. Spodziewałem się tego, ale nie wiedziałem, że tak mnie to zniszczy. Dystans oczywiście też zrobił swoje, a górska końcówka wyssała ze mnie resztę życia… Chłód i deszcz dopełniły tylko dzieła zniszczenia… W klasyfikacji generalnej zająłem miejsce #109 OPEN. W kategorii SOLO dało mi to miejsce #39. Z promu Bielik w kierunku Bieszczad wyruszyło 362 zawodników, do mety w Ustrzykach Górnych dotarło ich 313. Ogólnie było super, była to wspaniała przygoda. Bardzo dobra organizacja, cudowni i pomocni wolontariusze na punktach, smaczne jedzenie i inne frykasy. Bardzo klimatyczna impreza obstawiona przez ludzi z pasją. Zarówno po stronie organizatora jak i samych startujących.

Zaraz po zawodach powiedziałem sobie jednak, że moja noga nigdy więcej nie stanie na starcie Bałtyk Bieszczady Tour. Dlaczego? Przez ruch samochodowy na drogach krajowych i walkę o przetrwanie przy prawie każdym mijającym mnie pojeździe… Na to organizatorzy nie mają jednak wpływu, no chyba, że zmienią całość trasy na lokalne drogi z wątpliwej jakości nawierzchnią…

Czy wytrzymam w postanowieniu i rzeczywiście nigdy nie wrócę już na tą imprezę…?

Ciężko powiedzieć 😀

Na sam koniec chciałbym raz jeszcze podziękować wszystkim tym, którzy pomogli mi tej wyprawie i wspierali na każdym kroku myślą i dobrym słowem.

Dla rodziny, przyjaciół, znajomych, ale i obcych mi ludzi, którzy trzymali kciuki – serdeczne dzięki!!!

 

 

Bałtyk – Bieszczady Tour 2018, bo „…jeśli nienormalne trwa dostatecznie długo, staje się normalnym…”
avatar
%d bloggers like this: