Jeszcze przed maratonem w Cybince podjęliśmy decyzję, że w kierunku Chorwacji wyruszymy skoro świt w niedzielę 10 kwietnia. Teoretycznie dawało nam to czas na zrelaksowanie się po sobotnim wyścigu, przegadanie kilku tematów, przegląd sprzętu i pakowanie Tomka. Bez wchodzenia w szczegóły, a było bardzo nerwowo, w praktyce okazało się, że mój rower nie nadaje się do jazdy na etapówce przez problemy z napędem i prawie cały wolny czas poświęciliśmy na testowanie różnych konfiguracji sprzętowych.


Finalnie stanęło na tym, że do Chorwacji musiałem pojechać na korbie pożyczonej od Tomka. W tym miejscu raz jeszcze serdeczne dzięki za pomoc w wymianie oraz regulacji podzespołów. Ogólnie cały napęd został praktycznie złożony i ustawiony od nowa.


Po nocy już przyszedł czas na pakowanie auta, pogaduchy w bardzo okrojonej wersji zostały przeprowadzone już jedną nogą na wyciągu i na jednym oku prawie zamkniętym. Bum i zrobiła się 5:00 rano. Śniadanie i w drogę. Nie chcieliśmy forsować całej trasy na raz tak więc na miejsce noclegowe obraliśmy, znane i słynne z różnych aspektów, alpejskie miasteczko Berchtesgaden. Trasa przebiegała bez większych problemów i korków.


W Alpach zameldowaliśmy się popołudniową porą i rozbiliśmy w hotelu Explorer, który wart jest wzmianki chociażby z powodu boksów na rowery/narty i centralnie umieszczonego miejsca serwisowego w holu głównym.


Jako, że auto zapakowane było po dach a na spodzie wszystkiego znajdowały się rowery stwierdziliśmy, że zrobimy trening zastępczy w postaci spaceru nad piękne okoliczne jezioro. Przyznać trzeba, że wystające szczyty zrobiły na nas wrażenie… W głowie pojawił się pomysł powrotu tutaj na trekking wysokogórski. Wieczorem przyszedł czas na saunę, stabilizację i rozciąganie i do snu. Rano pobudka, śniadanie i wpadliśmy na genialny plan. Skoro jesteśmy już tutaj a do Chorwacji już tylko niecałe 500 kilometrów to dlaczego nie przejechać przez Przełęcz Hochtor. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy i dorzucając na górkę 450 kilometrów odbiliśmy się po dobrych kilku godzinach jazdy od szlabanu przed przełęczą, która była zamknięta… Wyszło na to, że grubo po południu wylądowaliśmy w miejscu, które z hotelu mieliśmy o godzinę jazdy 🙂 Po kilku opłatach za mosty i tunele oraz dociekliwym słoweńskim pograniczniku znaleźliśmy się w końcu w Chorwacji. W Baśce na wyspie Krk meldujemy się w okolicach 18:00 czyli ciut po zakładanym czasie. Check-in, rozpakowanie rowerów i szybko na trening.


Rozjazd po porcie, podjazd 18%, lekkie wypłaszczenie, zjazd i dłuższy podjazd do kościoła św. Ivana ze zjazdem o rozkręceniem po okolicy. Wszystko na spokojnie w pierwszej/drugiej strefie.

Teraz czas na kolację i regenerację podczas snu. Rano zwiedzanie okolicy i mały plażing. Odbieramy też pakiety startowe. Tomek wymienia jeszcze przednią zębatkę w napędzie dostosowując sprzęt do panujących w okolicy warunków i możemy udać się na rozjazd po okolicy. Pogoda przepiękna, ciepło i słonecznie. Wjeżdżamy jeszcze wyżej niż dzień wcześniej i docieramy do tzw. „księżycowej powierzchni”.


Widok wiodącej środkiem tego cuda trasy jutrzejszego etapu przywołuje różne myśli. Jedno – jest pewne – nie ma co katować sprzętu, jutro dostanie wystarczająco po tyłku. Wracamy więc niżej, parę podjazdów na spokojnie i do hotelu. Odbieramy pakiety startowe i załatwiamy ostatnie formalności.


Na kolacji spotykamy już mnóstwo zawodników, którzy przyjechali z różnych części świata. Sporą grupę pałaszujących stanowi również młodzieżówka rodem z Eisenhüttenstadt, która przybyła w silnej formacji na wakacje. Po kolacji przyszedł czas na oficjalną odprawę zawodników, która zrobiła na nas ogromne wrażenie. Opis wyścigu, opis czekającego nas etapu, opis bufetów, zasad, miejsc startu i mety, poszczególnych transferów czy nawet wykład szefa ekipy ratunkowej z uwagami na temat wszelkich niebezpieczeństw i opcji ratunkowych – polscy organizatorzy mogą się naprawdę uczyć…Naładowani emocjami udaliśmy się do pokoi. Był to w sumie ostatni dzień gdzie mogliśmy się jako tako wyspać. Rano śniadanie, przegląd rowerów i ustawiamy się w sektorze.


ETAP 1: Wyspa Krk
Etap pierwszy to zaplanowana przez organizatora pętla po wyspie Krk z Baśki do Baśki jak to w przypadku pętli bywa. Start pod hotelem i krótka pętla po okolicy po której wjeżdżamy na główna promenadę wiodąca wzdłuż plaży. Przejeżdżamy przez port i zaczynamy znany nam już asfaltowy podjazd o nachyleniu 18%. Założenie takie aby się nie spinać. Staram się trzymać tętno max 160. Wypłaszczenie i lekki zjazd. Skręcamy mocno w prawo i zaczynamy podjazd o średnim nachyleniu 8-9%, który ciągnąć się będzie przez dobre kilka kilometrów. Najpierw asfalt po czym za kościołem św. Ivana wjeżdżamy na kamienistą ścieżkę, która wije się w górę wzdłuż zbocza. Staram się nie szarpać i jechać przede wszystkim równo. Tomek przede mną też stara się trzymać spokój. Po wyrwie w kamiennym murze czas na lekko przerażającą wyglądem księżycową nawierzchnią, którą znamy już z dnia wcześniejszego. W rzeczywistości nie jest taka zła jak się wydaje jednak orient mocno sugerowany. Wiele osób próbuje pokonać ją pieszo, my staramy się jechać. Każdy z miliardów kamieni na metrze kwadratowym potencjalnie może być tym, który zatrzyma nas tu na dłużej. Jeden z takich kamieni napotkanych na trasie próbuje mnie zatrzymać co kończy się efektownym lotem trzmiela w moim wykonaniu. Droga staje się ciut bardziej normalna ale nadal bardzo kamienista podsypana szutrem. Cały czas trzeba uważać żeby nie skończyć na glebie. Po horyzont ten sam widok czyli zero drzew i wszędzie białe kamienie. Małe, duże, ogromne. Trasa kilka razy pnie się pod górę, jest też kilka dłuższych szybkich zjazdów. Co chwila mijam stojące na poboczu pary reperujące sprzęt, jest ich naprawdę sporo. Długi, grząski zjazd kamieniami gdzie trzeba trzymać tor bo przy złapaniu pobocza pozostaje tylko zamknąć oczy i poprosić o najniższy wymiar kary. Jest szybko, nawet bardzo. Zjazd przechodzi w drogę gruntową, która dociera do głównej drogi wiodącej z Baśki. Tutaj mocno w prawo i asfaltowa wspinaczka do bufetu. Czeka na nim Tomek – limit między zawodnikami w parze to max 2 minuty. Lecimy dalej, ostry podjazd asfaltem i zaczyna się największa męka tego etapu. Zjazd do miasta Punat to kilku kilometrowa mieszanka enduro, dh i xc wiodąca szlakiem składającym się z kamieni wszelkiej wielkości usypanych na skałach gdzie jak dla mnie frajda ze zjazdu skończyła się już po kilometrze 😉 Boże jak mnie wytrzęsło, czegoś takiego jeszcze nie jechałem. Ręce prawie na granicy omdlenia, oczy ciężko łapały ostrość tak rzucało 😉 W połowie spotykam Tomka, któremu odkręciła się od tych turbulencji kierownica. Kolejne długie odcinki męczarni i w końcu kawałek szutru. Cieszę się jak dziecko. Zjeżdżamy do miasta i regenerujemy się na odcinku asfaltowym. Wjeżdżamy na bardzo grząski, szutrowy i cholernie stromy podjazd, który nazywamy Golgotą. Głównie dlatego, że od pewnego jego odcinka po lewej stronie szlaku znajdują się stacje drogi krzyżowej. W nadmiarze emocji i przy towarzyszącym zmęczeniu podczas analizy podjazdu z metra na metr orki mylę liczbę stacji w drodze krzyżowej z liczbą ksiąg w „Panu Tadeuszu” i po #XIII prawie na głos myślę sobie – cholera ile tego jeszcze jest…. Końcówka niszczy system – zakopuję się w szutrze jadąc już prawie na tylnym kole 😉 i dołączam na chwilę do całej rzeszy podchodzących z buta. A nawet mi dobrze szło… Teraz wyjazd na drogę asfaltową prowadzącą do pięknej miejscowości Vrbnik. Oczywiście asfaltem jedziemy tylko kawałek – reszta to szutry, kamienie i skały wiodące góra dół. Nie ma już jednak jakichś bardzo trudnych elementów. Gdy dojeżdżamy do miasta Vrbnik czeka nas bardzo stromy asfaltowy podjazd i kilka kilometrów pnących się do góry szutrów. Raz czy dwa muszę podreptać z buta kilka metrów, niestety. Zjazd koło punktu orientacyjnego w postaci sadzawki wypełnionej po brzegi żabami, sądząc po symfonii dźwięków będących w pełni orgii. Zaraz za żabami teren zmienia się bardzo mocno. Wjeżdżamy na singla, który wyrwany jest jakby bardziej z polskich warunków. Mało skał, trawa, drzewa liściaste, nawet błoto się znajdzie. Jest kilka technicznych odcinków, które wyciągają ze mnie resztki sił na podjazdach. Po pewnym czasie zaczyna się zjazd w dół w tej scenerii z domieszką luźno leżących kamieni. Są nawet kałuże gdzie ciężko stwierdzić co jest pod lustrem wody a nie ma opcji na ich ominięcie. Docieramy ponownie do trasy asfaltowej z Baśki. Tym razem kręcimy w lewo i bardzo długi i szybkim zjazdem lecimy w kierunku morza i pięknie położonej miejscowość. W samej Baśce jeszcze kilka odcinków nie asfaltowych wiodących różnego rodzaju podłożami wśród pasących się kóz i owiec. W końcu upragniona meta pod hotelem. Szybki przegląd rowerów, posiłek i musimy zdać rowery na prom, który wieczorem zabierze je na start następnego etapu.



ETAP 2: Wyspa Rab
Etap drugi to start na Wyspie Rab co oznaczało bardzo wczesną pobudkę i 2-godzinny rejs promem. Wywiało nas na nim za wszystkie czasy.



Po przypłynięciu na miejsce odbiór rowerów z promu – magazynu, przebranie w strój i szybka kawa w lokalnej knajpie.



Start wzdłuż portu asfaltem z bardzo ostrą i nagłą wspinaczką na końcu. Robi się mały korek – myślę, że dobre 20 – 25% nachylenia tam było sądząc po minach zawodników. W końcu przez tłok nie da się jechać, wszyscy grzecznie maszerują pod górę kilkadziesiąt metrów. Mam wrażenie jakby SPDy ześlizgiwały się w dół przy każdym kroku. Po wypłaszczeniu czas na szereg szutrowych i kamienistych dróg wiodących po pagórkowatym terenie. W końcu docieramy do miejsca gdzie zaczynają się single. Również lekki korek ale wszystko sprawnie rusza. Singli jest mnóstwo i to głównie po leśnych terenach. Podjazdy są o wiele krótsze za to częstsze niż dzień wcześniej i bardziej intensywne. Szutry też bardziej stabilne niż te z dnia poprzedniego, nie męczą tak. Są szybkie i dosyć płaskie, ciągną się za to kilometrami. W pamięci zostanie na pewno przepiękny odcinek singlem wzdłuż morza i plaż. Po nim trochę wspinaczki i zjazdów po bardzo kamienistych trasach wśród lasów. Po drugim bufecie zaczyna się ciężki podjazd po skałach i kamieniach na coś w rodzaju naturalnej tamy, zbiornika retencyjnego wpasowanego w zbocze góry. Kamienie pozostaną z nami przez dłuższy czas bo trasa wiedzie czymś w rodzaju starego traktu wyłożonego właśnie dużymi kamieniami. Po kilku kilometrach docieramy do najbardziej malowniczego odcinka trasy – długi zjazd trawersem zbocza z pięknym widokiem na zatokę w dole. Mocno trzęsie i trzeba uważać żeby nie spaść do wspomnianej zatoki ale poza tym jest to genialne miejsce. Zjazd wyostrza się po dotarciu do linii drzew. Odwieczne prawo natury mówi, że jeśli było w dół to wielce prawdopodobne, że będzie w górę dlatego za chwilę zaczynamy długą i mozolna, szutrową wspinaczkę na górę. Jeszcze kilka pomniejszych pagórków na szczycie i zaczyna się zjazd do portu. Na początek spokojnie lasem po szutrach na końcu już asfaltem i to bardzo stromo w dół. W tym miejscu 99% jadących, włącznie z nami, myślało, że to już koniec uciech cielesnych i pozostaje droga do mety. Nic bardziej mylnego. Prosta droga do portu kręci nagle w prawo i bardzo mocno pnie się asfaltem na kolejny szczyt. Nie wiem ile tego było miałem serdecznie już dość po wcześniejszym nastawieniu się, że meta tuż tuż… Po dobiciu w okolicę szczytu wspinaczki z początku wyścigu zaczyna się zjazd po bardzo śliskiej mieszance kamieni, skał i trawy zakończony asfaltowym szaleństwem. Teraz już tylko po płaskim wzdłuż portu i meta. Na miejscu jedzenie, przebranie w cywilne ciuchy i zdajemy rowery na prom, który zawiezie je bezpośrednio na start kolejnego etapu.



My udajemy się w drogę powrotną naszym promem do Baśki. Wieczorem kolacja i pełna regeneracja z bardzo szybkim snem.

ETAP 3: Wyspa Cres
W piątek rano meldujemy się na śniadaniu już całkowicie spakowani. Dzisiaj zmieniamy bazę noclegową. Rowery będą czekać na miejscu a nasze toboły zostaną dowiezione przez organizatora do hotelu. Organizacja – wyśmienita!!! Pakujemy się od autokarów, które wiozą nas na drugą stronę wyspy na prom.


Tym razem duża jednostka zabiera nas na drugą stronę na Wyspę Cres. Po dopłynięciu na miejscu deponujemy bagaże i przebieramy się w rzeczy na start. Na promie otwiera się coś w rodzaju dolnego pokładu pod lustrem wody gdzie wiszą nas stojakach wszystkie rowery uczestników, widok piorunujący.


W związku z bardzo ostrym podjazdem na początku organizator przewidział start falowy sektorami, które usytuowane są na pokładzie promu. Tutaj pełen szacun dla organizatora za ogarnięcie tego startu gdyż nasz prom startowy zacumowany jest w głównym porcie gdzie jest tylko jedna główna droga dojazdowa i wyjazdowa z wyspy. Inne jednostki też muszą się rozładować i zabrać normalnych pasażerów niezwiązanych z wyścigiem.


Mimo kilku baranów, którzy nie potrafią się dostosować do apeli organizatorów o zrobienie przejazdu i miejsca dla ludności wyspy wszystko idzie perfekcyjnie. Naprawdę czapki z głów.


Ruszamy od pierwszych metrów bardzo ostro pod górę, na początku asfaltem potem szutrami i kamieniami. Podjazd ciągnie się w nieskończoność na szczyt wzgórz górujących nad portem. W dole po prawej piękny widok na promy, zatokę i inne wyspy w oddali. Lekkie wypłaszczenie i bardzo długi, ostry, skalno – kamienisty zjazd. Jest ciężko, ręce bolą, rower mocno dostaje po tyłku – taki lajf. Na samym dole spokojniejsza sekcja wiodąca góra dół szutrami przez gaje oliwne. Piękna sceneria. Kolejny bardzo długi zjazd po kamieniach do miasteczka Cres gdzie ściągamy się po opustoszałych uliczkach. Dosyć długi odcinek wzdłuż portu jachtowego i zaczynamy wspinaczkę, która będzie ciągnąć się do szutrów górujących nad zatoką. Z morzem po prawej stronie w dole, ze wspaniałymi widokami jedziemy aż do miejscowości Valun gdzie po bardzo ostrym asfaltowym zjeździe czas na regenerację przy bufecie. Przed nami najcięższa wspinaczka tego dnia, kilka kilometrów ostrej jazdy pod górę, w większości asfaltem poprzecinanym kawałkami szutrów. Na górze, przy malowniczo położonym kościele nad zatoką skręcamy w lewo jadąc na południe wyspy. Teraz trochę ścieżkami leśnymi i asfaltem z którego wjeżdżamy na długi skalisty singiel w dół. Jest bardzo upierdliwy i ciężki. Tutaj też słyszę nagłe pssssst. Myślę sobie – laczek. Zaaferowany sprawdzam opony podczas jazdy – powietrze widzę, że jest. Trudno – to pewnie jakiś inny odgłos… Owszem inny był… Po chwili dostrzegam, że zmieniła mi się bardzo radykalnie geometria roweru, na początku nie łapię o co chodzi. Po chwili jednak już wiem, amortyzator wypluł całe powietrze, wszystko z niego zeszło.


Na początku załamka… Myślę sobie czy napompuję go awaryjną pompką do kół, pewnie coś tam da ale powietrze nie ucieka sobie tak o z amortyzatorów. W głowie jedna myśl – chyba się potnę jak nie ukończę tego wyścigu. Rower na plecy i jazda. Do bufetu mam jakieś 5 km. Biegnę jak Forrest Gump co chwila potykając się o kamienie. Jakby goniło mnie stado uchodźców. Adrenalina uderza więc nie czuję zmęczenia. Napotykam też na Tomka, który walczy cały czas z laczkami, coś tam marudzi o końcu wyścigu itd… Nie ma końca, masz dętkę, pompkę, zmieniaj wszystko i zapierdzielaj do mety – tłumaczę mu. Ja mam gorszy problem. Dobiegam na bufet gdzie jest serwis. Mechanicy z Gianta sprawdzają i bezradnie rozkładają ręce – tego tu nie zrobimy jeśli w ogóle się uda jeszcze coś z tym zrobić. Myślę sobie, ku… pięknie. Pytają czy rezygnuję i czy mają organizować transport na metę. Mówię, że chyba ich pogięło i to solidnie. Upewniam się tylko ile mam czasu i jaki dystans do pokonania. Zostało mi 20 kilometrów i niecałe 3 godziny do limitu w terenie dosyć płaskim, częściowo po kamieniach ale też i szutrach z asfaltową końcówką. Początek biegnę, potem kawałek po szutrze bez dziur bardzo powoli jadę. Gdy zaczynają się kamienie rower na plecy i bieg farmera – nie chce rozwalić amortyzatora do końca. Na 10 kilometrów przed metą zaczyna się asfalt. Tu już się nie certolę, ruszam ostro w dół do mety w pięknie położonym miasteczku Osor. Na miejscu nie ma czasu na regenerację. Szukam serwisu, dopytuje speców co można z tym zrobić. Mówią, że z FOXem mi nie pomogą niestety i że to koniec wyścigu dla mnie. Załamany oddaje rower do depozytu, popłynie promem do hotelu gdzie będziemy spać. Myślę sobie w głowie – ostatni etap to 45 kilometrów z limitem 7 godzin… Trudno będę biegł…. Do mety dociera Tomek, chyba jest lekko załamany ale po rozmowie ze mną udaje się na serwis negocjować naprawę swojego rozwalonego koła. Pakuję się do autobusu, spotkamy się w hotelu. Po 30 minutach docieramy do miejscowości Veli Losijn. Piękny hotel, genialna okolica – na chwilę można zapomnieć o problemach… Jeszcze tego samego dnia wieczorem jestem na łączach z kolegą Błajetem z Cykloturu. Przesyłam mu zrobione po awarii foty amortyzatora podpytując co można z tym zrobić a jeśli nie można to czy mogę jechać tak dalej. Pierwsza odpowiedź zastanowi się, na drugie pytanie odpowiedź jest prosta – nie możesz tak jechać. Próbuję dostać się do depozytu rowerów, który znajduje się przy hotelowym basenie jednak jest już ciemno i nie ma tam obsługi a same karki z ochrony. Nie ma co robić dymu, zajmę się tym rano.

ETAP 4: Wyspa Losijn
Wczesna pobudka i przed 7:00 rano melduję się w depozycie, który został otwarty skoro świt. Kolega Błajet przekazuje mi jedną radę abym sprawdził czy czasem nie odkręcił się zawór od komory przez który uszło powietrze. Z nadzieją w oczach pożyczam wielki klucz francuski od obsługi i dokręcam głowicę. Teraz odkręcam samą zawleczkę od pompowania i wkręcam pompkę. Cisza i skupienie wokół, nikt nic nie mówi, wszyscy zamarli w oczekiwaniu na rezultat. Jest!!!


Udało się. Widocznie zawór obluzował się podczas tych wszystkich drgań na zjazdach. Pompuję tyle ile potrzeba, zmieniam jeszcze laczka z tyłu wydłubując kolec z dętki. Śniadanie i 3 kilometry dojazdu na start. Organizatorzy na wieczornej odprawie ostrzegali – etap jest najkrótszy owszem, najmniej jest przewyższeń owszem ale da Wam popalić! Na dodatek spodziewany jest bardzo silny wiatr. Myślę sobie OK, gorzej jak na MTB Trilogy nie może być… Dalsze wydarzenia pokażą, że jednak może 😀



Start falowy z portu dookoła miejscowości by po chwili zacząć wspinaczkę na okoliczne wzgórza. Na początku asfalt, potem szutry, którymi docieramy do miejsca gdzie startować za chwilę będą zawodnicy rozgrywanych Mistrzostw DH Chorwacji i Słowenii. I tu zaczyna się jazda. Ostry, kamienisto – skalny zjazd na drugą stronę wyspy gdzie wiele razy się korkuje. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że nie ma gdzie wyprzedzać, wszystko na szerokość kierownicy +/- kilkanaście centymetrów z każdej strony. Kluczową komplikacją jest jednak to, że miejscami ciężko byłoby przejechać po takiej nawierzchni jakąś terenówką a co dopiero na rowerze. Ciągnie się ten zjazd w nieskończoność. W końcu trochę szutrowej drogi, podłoże jest tak luźne, że łapię podpórkę na zakręcie. Ostro w lewo i staję przed ścianą płaczu…


Przede mną rozpościera się szutrowy, grząski podjazd ciągnący się ostro pod górę na sam szczyt wzgórza. Sądząc po nawet dobrych zawodnikach próbujących wdrapać się piechotą na górę na całej jego długości już wiem, że będzie hardcore. Nie wiem ile tam podchodziłem ale w głowie czułem jakbym wspinał się tam pół dnia. Dwa momenty gdy myślę żeby wyrzucić rower w krzaki i pójść na piwo ale na szczęście jesteśmy w środku niczego… Wszyscy w koło idą i marudzą – atmosfera wspaniała 🙂 Ja tam jadę turystycznie ale widać, że ludzie, którzy walczą o pozycję są na dużym wkurwie. Nadal stromo jednak grząskie szutry zamieniają się w kamieniste podłoże. Tu już można spróbować jechać, udaje się. Na końcu podjazdu czeka wiele pojedynczych osób z grup, które czekają na swoich partnerów z drużyny. Wszystko to przez pułapkę czasową umieszczoną na wypłaszczeniu. Teraz trochę szutru i migawka asfaltu z którego skręcamy ostro w lewo i zaczyna się długi kosmiczny zjazd. Z prawej zatoka i skały, z lewej murki czy też skały. Podłoże coś w stylu mieszanki nawierzchni marsjańsko – księżycowej podsypanej mocno kamieniami i skałami. Po chwili zjazd przechodzi w coś w rodzaju stopni gdzie dla ułatwienia umieszczone są drewniane mostki. Mostki jednak trochę zawilgotniały i stały się areną wielu niekontrolowanych zachowań z lotami, których długości nie powstydziłby się sam Robert Mateja włącznie. Kilka poważniejszych wypadków też było jak później się okazało – tak czy owak bez większych strat w uzębieniu czy okostnej. Bufet, regeneracja i przepiękny raczej płaski singiel zawieszony nad morzem ciągnący się przez kilka kilometrów. To co najgorsze już teoretycznie za nami. Opis może nie oddaje tych pierwszych kilometrów męczarni ale naprawdę dało to każdemu w kość. Wjeżdżamy trochę do miasteczka i wspinamy się na podjazd a tyłach naszego hotelu. Znowu kamienie i orka. Zjazd też czymś w rodzaju korytarza pomiędzy kamiennymi murkami po a’la stopniach ułożonych ze skał. Wjeżdżamy na asfalt i kręcimy w prawo znowu nad morze. Nawierzchnia cały czas wymagająca – nie można stracić koncentracji bo jeden kamień wystający nagle z podłoża, może zakończyć zabawę a jest tego mnóstwo. Przecinamy most i kolejne kilka kilometrów kamienistymi singlami nad brzegiem morza. Nawrotka o 180 stopni i długi, asfaltowy odcinek wzdłuż morza z portem i przystaniami jachtowymi. Widok przepiękny jednak jedziemy centralnie pod wiatr. Jest co machać. Wpadamy na trochę skalnych sekcji i zaczyna się objazd wyspy czymś w rodzaju ścieżki nad samym morzem. Wieje strasznie ale jest przepięknie. Słońce, plaże i te sprawy. Teraz już tylko wspinaczka singlem pod ostatni podjazd i karkołomny zjazd czymś w rodzaju kamieniołomu. Nawet jeśli nie był to kamieniołom to nawierzchnia była przywieziona prosto z niego. Skała na skale, kamień na kamieniu. Jest ostro. Wpadamy znowu na ścieżkę wiodąca wzdłuż morza i w końcu jest! Upragniona meta!


Odbiór koszulki, jedzenie, relaks na plaży. Teraz już tylko dojazdówka do hotelu w postaci 30 minut i można oddać się relaksowi po zdaniu roweru do depozytu. Zdać trzeba bo tego samego dnia wieczorem rowery będą już przez organizatora wiezione promem do Baśki – tam mamy auto.

Wieczorem zasiadamy na szybkie piwo ale nie bierzemy udziału nawet w imprezie pożegnalnej.


Dla nas i kilku innych osób przygotowany został kolejny etap. Szybki powrót do domu następnego dnia rano. Tutaj mega ukłon w kierunku organizatorów, którzy specjalnie dla tych kilku osób przygotowali dodatkowy, wcześniejszy transfer do aut. Główna grupa wyruszy po 08:00. My wstajemy o 4:00 w niedzielę i o 5:00 siedzimy już w busie. Dojazd plus przeprawa promowa, trochę snu ale i kawka na obudzenie.


W Baśce jesteśmy po 8:00, pakowanie rowerów i bagaży i po 8:30 ruszamy w drogę do domu. Cały ten pośpiech przez to, że muszę być następnego dnia rano w podróży służbowej w drugą stronę. Na przyszłość jednak nie polecam wariantu Wyspa Losijn – Polska w jeden dzień…. Jedzie się nam bardzo ciężko, pogoda i ruch nie pozwalają zbytnio przycisnąć. Na szczęście warunki poprawiają się za Monachium. U Tomka w Krośnie Odrzańskim jesteśmy koło 22:00. Przepakowanie aut i ruszam do Poznania. Pierwsze kilka kilometrów do A2 jadę chyba z 15 km/h. Prawie zasypiam a na dodatek jakby wszystkie zwierzęta z okolicznych lasów chciały wyjść mi na przywitanie… Na autostradzie dochodzę do siebie, adrenalina jednak wybudza. Przed północą jestem w domu ale w trybie awaryjnym. Daje radę się tylko wypakować i padam na twarz.

Podsumowując – super sprawa, genialny wyjazd, wspaniałe zawody, genialna przygoda. Organizacja na najwyższym poziomie, dopracowana do perfekcji. Każdemu kto myśli o stracie w kolejnych edycjach mogę powiedzieć – WARTO! Takich zawodów nie znajdziemy w swojej okolicy, tego można być pewnym. Serdeczne podziękowania dla Tomka za wspólny wypad, pomoc, podszkolenie mnie w kilku kwestiach i za super towarzystwo. Sportowo wiadomo odstawałem od kolegi, ale i tak na drugim etapie pogodziliśmy się z tym, że nie będziemy klasyfikowani przez większą niż 2 minuty różnicę w czasach więc każdy mógł jechać swoim tempem bez stresu. Przynajmniej każdy mógł czerpać ile mógł i ile chciał z tej wyprawy.

Na wyniki przyjdzie jeszcze czas…Chyba… 😀

4 Islands MTB Stage Race – czyli szaleństwo chorwackich wysp…
avatar
%d bloggers like this: