Na Śnieżkę do tej pory głównie wchodziłem podczas wakacyjnych wypadów do Karpacza. Zdarzyło się też raz na nią wjechać rowerem podczas zawodów uphill w zeszłym roku. Dlaczego więc nie spróbować na nią wbiec i to więcej niż raz? Lipiec był już mocno obłożony gdy wypełniałem formularz zapisów dlatego też zdecydowałem się na dystans średni. Trasa o długości 36 kilometrów i dwie wizyty na szczycie wydawały się być dobrym planem. Dni mijały szybko, ja mało biegałem przez sezon rowerowy i w końcu nadszedł dzień wyjazdu do Karpacza.

Wyruszyliśmy z Poznania jakoś po 18:00 z kolegą Tomkiem ze Sportujesie.pl. Po chwili rozmowy zostałem sam na pokładzie, a kolega Tomek udał się na białą salę podładować akumulatory.

Taka już dola kierowcy 😉 W Karpaczu zameldowaliśmy się przed 23:00 odbierając klucze do naszego pokoju. Jedzenie, szybka pogawędka i do spania. Wcześnie rano pobudka i wymarsz po odbiór pakietów. W biurze załatwiliśmy wszystko szybko i sprawnie.

Teraz już tylko kilka ostatnich kwestii do ustalenia i można było wracać do pokoju przygotować się do startu.

Na miejscu na szybko ogarnięte śniadanie, przebieranie, uzupełnianie bidonów i można było udać się na start.

Zdaliśmy jeszcze tylko rzeczy do depozytu i byliśmy gotowi. Gdy pojawiliśmy się w sektorze do startu zostało niecałe 20 minut. Wszystkie trzy dystanse – krótki, średni oraz ultra – startowały razem tak więc ludzi było sporo.

Wkoło mnóstwo znajomych i ludzi kojarzonych „z twarzy” z biegów w Wielkopolsce. Odliczanie i strzał startera – można ruszać. Na początek kierujemy się w dół miasta, by po chwili skręcić w prawo w kierunku Łomniczki. Asfalt się kończy, a droga zaczyna piąć się pod górę. Biegniemy w kierunku Buławy. Stawka miesza się bardzo mocno – jedni maszerują, inni truchtają, czołówka poszła ostro do przodu. Na wysokości Skalnego Stołu robi się wąsko, a ścieżka zaczyna się mocno piąć pod górę. Na Sowiej Przełęczy robi się dosyć płasko. Przy czeskim Schronisku Jelenka czeka nas ostre podejście, ale droga mija dosyć szybko. Gdy docieramy na Czarną Kopę przed nami w oddali wyrasta nasz cel – Śnieżka.

Kamienista ścieżka pozwala przyspieszyć. Robi się trochę kamieniście, ale nogi mocno trzymają się nawierzchni. Czuję się doskonale.

Uzupełniam płyny i wrzucam coś na ząb. Czas na podbieg zakosami na szczyt. Wszystko idzie naprawdę zgrabnie. Przez chwilę myślę nawet, że coś chyba jest nie tak. Kontroluję jednak tętno i tempo, które wskazują, że wszystko jest OK. Przed samym szczytem zaczynam czuć dyskomfort w obu stopach. Buty zaczynają mnie uwierać. Tak to już bywa myślę i robię swoje. Na Śnieżce zawrotka i można było zacząć zbieg do Karpacza. Do Śląskiego Domu biegnę Drogą Jubileuszową prawie jak gazela 😉 Gdy staję tam na popasie czuję, że „czwórki” zaczynają mnie boleć. Pod Kopą wyrównuję tempo – staram się nie szarpać.

Gdy skręcam w Śląską Drogę nogi bolą mnie już całkiem solidnie. Upieram się jednak, że dam radę i biegnę sprawnie w dół w kierunku Białego Jaru. Spotykam tam Tomka, który zaczyna drugą z trzech swoich pętli na dystansie ultra. Widzi moją kwaśną miną, ale to nie czas na sentymenty i opowieści o tym co kogo boli. Jeszcze trochę ostrych zbiegów ulicami Karpacza i melduję się na ul. Konstytucji 3 Maja. Zaraz skończę pierwszą pętlę.

Zawracam łapiąc picie i jedzenie z bufetu. Słońce zaczyna palić, ciepło bije od asfaltu. Mam wrażenie jakby za chwilę miały mi eksplodować stopy razem z nogami. Gdy wracam w kierunku kolejki napotykam kolegę Tomka Marcinka, który kończy swój bieg. Rzuca mi kilka słów na otuchę, przebijamy piątkę i biegnę dalej.

Na Orlinku wbiegamy na czerwony szlak prowadzący do Schroniska PTTK Nad Łomniczką. Szeroki, szutrowy trakt nie jest trudny, nie pnie się też mocno pod górę. Muszę jednak często z biegu przechodzić do marszu. Mam wrażenie jakbym miał stopy hobbita, chyba napuchły mi do rozmiaru 60 😉 Za schroniskiem zaczyna się zabawa.

Na początku doskwiera tylko upał. Nie ma w ogóle wiatru i robi się strasznie duszno. Biegnący koło mnie próbują napić się z mijanego strumienia czy chociaż zmoczyć czapkę/buffa.

Szlak zaczyna jednak bardzo mocno iść w górę. Tutaj nie przebiegnę nawet dwóch metrów. Pozostaje tylko marsz. Po kilkunastu minutach mam już puste bidony.

Gdy docieram po kamienistych stopniach do Śląskiego Domu jestem bliski utraty przytomności. Nie wiem co się stało, ale czuję się naprawdę tragicznie. Do szczytu został ponad kilometr biegu i 200 metrów do pokonania w pionie. Szlak jest dosłownie zasypany ludźmi. Pomagam jakiemuś chłopakowi z dystansu ultra, którego łapie bardzo silny skurcz. Po wyczerpującym podejściu docieram na szczyt. To była ta łatwiejsza część drugiej pętli… Drogą Jubileuszową już tylko idę. Widzę, że przez siatkę prawego buta zaczyna przesiąkać krew. Oczywiście nie urwało mi nogi 😉 tak więc wykrwawienie mi nie grozi. Przy Śląskim Domu siadam na moment na ławce. Podchodzi do mnie kolega Artur. Rozmowa z nim dodaje mi trochę morale. Wiem, że się nie poddam – trzeba kuśtykać dalej.

Na skręcie w kierunku Kopy napotykam innego kolegę – też Tomka, który jest wolontariuszem podczas tego biegu. Zamieniam z nim kilka słów i lecę w dół. Na Śląskiej Drodze idę krok po kroku po kamieniach. Próbuję biec, ale po kilkuset metrach zatrzymuje mnie ból nóg i poodzierane stopy. Podbiegając co chwila próbuję dostać się niżej gdzie jest mniejsze nachylenie terenu. W okolicach Białego Jaru i kolejki napotykam zawodników zaczynających trzecią pętlę, dystans ultra. Niektórzy wyglądają naprawdę na zmęczonych i w kiepskim stanie. Teraz już tylko dwa kilometry po uliczkach miasta i zbliżam się do mety. Kilkaset metrów przed dołącza do mnie Tomek, który skończył już swój bieg. Dodaje mi otuchy na ostatnich metrach za co serdeczne dzięki.

Wpadam na metę. Pierwsze co to zdejmuję buty i oceniam straty. Jest kiepsko, ale będę żył. Czas pomyśleć nad innymi butami na tak kamieniste biegi w górach. Teraz już tylko prysznic i posiłek regeneracyjny.

Drugą pętlę biegłem godzinę dłużej niż pierwszą. Zmęczenie i ból nóg zrobiły swoje. Drugie podejście było też na pewno bardziej wymagające i techniczne niż pierwsze. Łączny czas to 5h:36m. Co daje mi miejsce #133 OPEN na 217 zawodników, którzy ukończyli dystans średni. Tragedii nie ma, ale gdybym biegał bardziej regularnie mogłoby być o wiele lepiej… Tomek dociera na metę po 45 minutach. Zajmuje na ultra #6 miejsce OPEN i #2 w kategorii. Widać, że sen w drodze do Karpacza nie poszedł na marne 😉

Teraz trzeba bardzo szybko dotrzeć do Poznania bo kolejne wyzwania przed nami. A wniosek ze Śnieżki nasuwa się jeden – trzeba zacząć biegać bardziej regularnie 😀

Foto:TumieszkAgnieszka, Tomasz Błachowicz – fotografia

3 x Śnieżka = 1 x Mont Blanc czyli jak to miało być szybko, łatwo i przyjemnie…
avatar
%d bloggers like this: