Często jadąc gdzieś na zawody zdaję sobie sprawę, że dany wyścig to dla mnie sprawdzian na granicy możliwości. Tak już się utarło i mimo różnych komentarzy zawody mają być dla mnie wyzwaniem. Trudniejsze tereny, dalsze odległości, większe przewyższenia, bardziej techniczne trasy – wszystko to nadaje smaczku, który ciągnie mnie w danym kierunku. Jadąc w minioną sobotę do Rogoźna na 2. Rogoziński Półmaraton Przemysła II nie nastawiałem się jednak na ciężką przeprawę. Miały być piękne tereny, miła dla oka i ducha trasa oraz dobry bieg. Ciut liczyłem na poprawę mojego wyniku z Poznania, ale wszystko bez ciśnień i szykowania się – ot będzie co będzie. No i jedno jest pewne … Było…. Działo się i to dużo i na pewno nie były to kwestie związane z moją sportową postawą tego dnia. A wszystko zaczęło się od niewinnego bólu brzucha w piątek w pracy i objawów jakiegoś zatrucia pokarmowego wieczorem. Ludzi o podwyższonych walorach estetycznych czy nadwrażliwych na opowieści o podstawowych przemianach materii uspokajam – w szczegóły nie będę się zagłębiał 😉

Do Rogoźna wybrałem się autem razem z kolegą Karolem, który miał akurat kilka spraw do załatwienia w tym mieście. Jak się później okazało nie załatwił przeze mnie prawie niczego, ale chyba udzielił mi rozgrzeszenia na powrocie 😉 Tak czy owak w okolicy godziny 10:00 stanąłem przed biurem zawodów zlokalizowanym przy liceum ogólnokształcącym.

dsc_0579Szybkie i sprawne sprawdzenie danych wraz z wydaniem pakietu startowego nie trwały łącznie dłużej jak 3,5 minuty tak więc czasu do startu prawie dwie godziny. Obejrzałem sobie wystawę poświęconą patronowi szkoły, którym jest Przemysław II.

dsc_0581Po krótkiej lekcji historii przebrałem się w rzeczy do startu a resztę zdałem do lotnego depozytu. Rozsiadłem się wygodnie pod ścianą i starałem zrelaksować czytając ulotki i pismo z pakietu lub przeglądając internety.

dsc_0582Czułem jednak w kościach, że krucho ze mną i osłabienie zaczyna atakować coraz mocniej. Wsunąłem więc banana dla poprawy nastroju, jakoś to będzie. Porozmawiałem z kilkoma znajomymi zabijając czas. Na godzinę przed startem na sali było już naprawdę tłoczno tak więc żeby nie robić sztucznego tłoku udałem się do głównego budynku liceum żeby tam przetrwać do startu. Po krótkim spacerze stwierdziłem, że nie jest tak zimno jak mi się zdawało i postanowiłem dorzucić do depozytu cienką kurtkę w której zamierzałem biec. Założenie było proste, bieg w tempie 5 min/km to dużo generowanej energii tak wiec będzie mi wystarczająco ciepło. W warunkach ceteris paribus założenie jak najbardziej słuszne… O 11:45 przyszedł czas na rozgrzewkę podczas której odezwał się znowu dwugłowy uda bolący mnie przez ostatnie kilka dni.

dsc_0585Jakieś fatum normalnie na to Rogoźno… Po rozgrzewce namierzyłem pacemaker’a mającego zapodawać tempo na 1:45 i stanąłem w jego okolicy.

dsc_0587Odliczanie i start. Spokojne wkręcenie na 5:00 i zostało już tylko jakieś 21 kilometrów do końca. Wszystkie podzespoły w normie chociaż rezerwa ewidentnie się pali. Początek to asfalt w kierunku miejscowości Boguniewo. Pierwsze 3,5 kilometra całkowicie płasko. W samym Boguniewie dużo kibiców, jest nawet parada ciągników i kombajnów – muszę przyznać, że mocno poprawiło mi to humor. Jest też i bufet, który mijamy jednak bez zwalniania.

fb_img_1478430536495Za miejscowością kręcimy o 90 stopni w lewo i wbiegamy do rezerwatu Buczyna. Tutaj trasa zaczyna lekko piąć się pod górę. Jest dosyć błotniście, ale po chwili każdy z grupy obiera odpowiedni tor. Zaczyna się pierwszy, krótki podbieg by zbiec po chwili w dół. W okolicy ósmego kilometra mamy najmocniejszy podbieg na trasie, jakieś 300 – 400 metrów długości. Nie jesteśmy przecież w Karkonoszach a ja zaczynam się już czuć bardzo lekko… Docieramy na górę, grupa zaczyna się ciut łamać. Po chwili wszyscy jednak łapią odpowiedni rytm i biegniemy dalej razem.

fb_img_1478430955260Mój organizm obudził się z letargu i zaczynają wracać koszmary dnia poprzedniego. Od dziewiątego kilometra zaczynam systematycznie sekunda po sekundzie odpadać od grupy. Po drugim bufecie w okolicy dwunastego kilometra jest już tak źle, że nie mam nawet siły podziwiać pięknej, kolorowej jesieni, która rozlewa się po rezerwacie. W okolicy działek rekreacyjnych w Nienawiszczu jestem gotowy żeby zakończyć zawody. Tutaj jednak trasa trochę kręci ścieżkami i mówię sobie – jeszcze chwila, jeszcze kawałek nie ma co tracić takich widoków. Mocno zwalniam do tempa około 6:00 min/km. Kręcimy o 90 stopni w lewo i przed nami długa, asfaltowa prosta drogą Długa Goślina – Rogoźno w kierunku Studzieńca. Tam też w okolicy 17 kilometra łapię ostatni bufet – izo i czekoladę. Czekolada super pomysł na jedzenie w tej temperaturze 😉 Przez kolejne pół kilometra staram się ją trochę rozpuścić żeby móc pogryźć zamarznięty na skałę kawałek 😀 Przez to, że zwolniłem i nie mam wiatrówki zaczyna mnie mocno przewiewać. Mobilizuję się do szybszego przebierania nogami żeby wygenerować trochę energii. Ostatnie kilkadziesiąt metrów lekkiego podbiegu i długa prosta w kierunku mety. Przyznać muszę, że ostatnie cztery kilometry ciągnęły się strasznie długo, w głowie liczyłem każdy metr… W okolicy dziewiętnastego kilometra mijałem dwie czy trzy dziewczyny zagrzewające każdego zawodnika do walki. Moje ulubione „dawaj, dawaj” znajdujące się w moim TOP 3 rankingu motywatorów na trasie zawodów zaraz za „jeszcze tylko kawałek” niestety zbytnio nie pomogło. Musiałem na chwilę przejść do marszu mając w głowie wypadek pewnego chodziarza z Rio… Dziewczyny nie dawały za wygraną i mocno zagrzewały do walki. Wiem, że się lekko uśmiechnąłem chociaż raczej nie wyszło zbyt naturalnie. W głowie pomyślałem sobie – „…gdybyście wiedziały jakie reakcje zachodzą obecnie w moim organizmie przy których Wielki Zderzacz Hadronów to niewinna zabawka z kiosku Ruchu to byście odpuściły…” Marsz poprawił trochę mój stan i mogłem wrócić do biegu.Kolejne dwa kilometry minęły w żółwim tempie. Zakręt w lewo, bieżnia stadionu, meta, medal…

fb_img_1478431271003Czułem się jakbym skończył właśnie jakieś ultra na dystansie 150 kilometrów ale z drugiej strony byłem prze szczęśliwy, że udało mi się dobiec do mety bez jakichś bardziej radykalnych przygód. Szybkie odebranie depozytu, przebranie rzeczy i już siedzieliśmy z Karolem w aucie wracając do domu. Bank rozbiła jeszcze pani z obsługi stacji Orlen w Rogoźnie gdzie wparowałem w krótkich spodenkach po picie pytając mnie czy wracamy z jakiejś dobrej nocnej imprezy, że tak ciepło 😉 Teraz już tylko jazda zatłoczoną trasą Oborniki – Poznań i Karol zostawia mnie pod domem. Cały się trzęsę – sam nie wiem czy to z zimna czy z powodu moich dolegliwości. Pozostaje ciepła kąpiel i relaks…

img_20161105_183122I tak 2. Rogoziński Półmaraton Przemysła II przeszedł do historii. Miało być lekko, łatwo i przyjemnie a przez wspomniane wyżej kwestie wyszło na to, że był to dla mnie jeden z najtrudniejszych startów w życiu. Jedno jest pewne – Rogoziński Klub Biegacza po raz kolejny stanął na wysokości zadnia i zorganizował bardzo miłe zawody z malowniczą trasą. Plusów na pewno byłoby więcej jednak chaos jaki panował u mnie tego dnia nie pozwolił sprawdzić wszystkich atrakcji, które przygotowali dla nas organizatorzy. Za rok do poprawki – to pewne 🙂

Serdeczne podziękowania dla kolegi Karola za poświęconą sobotę i transport w obu kierunkach!

Zdjęcia: Henrik Team, KS Photography

2. Rogoziński Półmaraton Przemysła II i walka dobra ze złem na malowniczej trasie…
avatar
%d bloggers like this: